Jałowe obietnice
Piątek, 23 października 2015 (20:28)Jak zapewnia MSZ, już w listopadzie Polacy i osoby polskiego pochodzenia przyjadą z Mariupola na Ukrainie do Polski.
Deklaracje takie złożył dzisiaj w Kielcach minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna. Zaznaczył, że chodzi o repatriację Polaków i osób polskiego pochodzenia, których zdrowie i życie jest zagrożone w związku z konfliktem na wschodniej Ukrainie.
– To jest 147 osób, jest też kilkadziesiąt osób, które pochodzą z Donbasu i nie wzięły udziału w tym etapie ewakuacji sprzed blisko roku i też rozmawiamy z nimi, ustalamy Karty Polaka i weryfikujemy ich miejsce zamieszkania, czy rzeczywiście mieszkają na terenach, które są objęte lub mogą być objęte konfliktem zbrojnym – wyjaśnił. Proces repatriacji tej grupy miałby się zakończyć już w listopadzie br.
Mariupol znajduje się kilkanaście kilometrów na zachód od linii konfliktu z prorosyjskimi separatystami i wspierającą ich armią Federacji Rosyjskiej. Mieszka tu ok. 200 Polaków. Pewne obietnice ściągnięcia ich do kraju Schetyna składał jeszcze we wrześniu. Mówił wtedy, że rząd szuka formuły prawnej, która pozwalałaby na repatriację Polaków z terenów Ukrainy zagrożonych konfliktem zbrojnym.
W sprawie powrotu rodaków do Ojczyzny wypowiadał się też ambasador RP na Ukrainie Henryk Litwin. Zaznaczał, że kilkadziesiąt osób pochodzenia polskiego z Mariupola jest już gotowych do wyjazdu – mieszkańcy miasta obawiają się bowiem powrotu walk.
Do obietnic rządowych ostrożnie podchodzą organizacje pozarządowe zajmujące się problemem repatriacji.
– Chciałabym bardzo, żeby do tego doszło, żeby nasi rodacy wrócili do Macierzy. Mamy wielkie zobowiązania moralne wobec tych ludzi. Ale te obietnice rządowe są mocno spóźnione. Pani premier Ewa Kopacz jeszcze nie tak dawno mówiła, że nie ma żadnej potrzeby repatriacji Polaków z Ukrainy, ponieważ nic im tam nie grozi, teraz minister Schetyna mówi o sprowadzeniu tych ludzi do Ojczyzny… Nie wiadomo, czy można to traktować poważnie – zauważa w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl Aleksandra Ślusarek, prezes Związku Repatriantów RP.
– Była też bardzo heroiczna akcja premier Kopacz przydzielającej 30 mln zł na repatriację. Dopóki jednak nie będzie odpowiedniej ustawy, odpowiednich mechanizmów do skonsumowania tych pieniędzy, to – mówiąc krótko – nic z tego nie będzie. Chodzi o to, by Polska wzorem innych państw prowadziła repatriację na poziomie centralnym – dodaje prezes Ślusarek.
Obecnie obowiązujące przepisy prawne odpowiedzialnością za stworzenie warunków dla repatriantów obciążają samorządy, które – poza nielicznymi wyjątkami – nie są jednak zbyt chętne na przyjęcie rodaków z zagranicy.
Warto też przypomnieć, że od blisko pięciu lat w parlamencie leży obywatelski projekt ustawy, zgodnie z którą odpowiedzialność ekonomiczna za powracających miałaby spadać na państwo. Zdaniem jej twórców, umożliwiłoby to powrót do Polski kilkakrotnie większej liczbie Polaków, niż ma to miejsce obecnie. Doktor Robert Wyszyński, socjolog z UW, jeden z autorów projektu ustawy, wyjaśnia, że projekt ten zakłada wsparcie Polaków na różnych płaszczyznach. Zrównuje m.in. ich prawa z prawami uchodźców, co sprawi, że repatrianci będą mogli korzystać ze specjalnych ośrodków, w których nauczą się języka, zawodu. Projekt przewiduje też wypłatę emerytur po odpowiednim przeliczeniu lub ulgi w postaci niższych podatków dla osób aktywnych zawodowo.
Sęk w tym, że projektem właściwie nikt dotąd się nie zajął – posłowie z podkomisji powołanej do prac nad tym dokumentem zebrali się dotąd zaledwie kilkakrotnie, co – zważywszy, że szefową tego gremium jest poseł PO Joanna Fabisiak – w sumie niezbyt dziwi.
– Na powrót do Polski czekają tysiące osób. Niektóre z nich złożyły już stosowne dokumenty i mimo to czekają tak już kilkanaście lat. W efekcie pozostali nie składają papierów, gdyż nie widzą w tym sensu. Od lat brakuje dobrej woli ze strony rządzących, by tę sytuację zmienić. Mam nadzieję, że zmieni się to w najbliższym czasie – konkluduje Ślusarek.
Anna Ambroziak