• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Kiepski występ premier

Czwartek, 22 października 2015 (20:39)

Z dr Hanną Karp, medioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Paulina Gajkowska.

Jak ocenia Pani debatę Szydło – Kopacz?

– Warto zwrócić uwagę na komentarze, jakie pojawiły się zaraz po debacie, gdy debatujące jeszcze wychodziły ze studia. Niecodzienna sytuacja miała miejsce w telewizji Polsat, w której od razu po spotkaniu Michał Kamiński, doradca premier, był sam w studiu i to jego komentarze zdominowały przekaz Polsat News, natomiast Stanisław Karczewski, szef sztabu Beaty Szydło, spóźnił się, tłumacząc, że godzina, na którą umawiał się ze stacją, była inna. To, że Kamiński pierwszy mógł swobodnie komentować, wyglądało w mojej opinii wręcz na zaplanowaną pomyłkę i zabieg socjotechniczny. Widać było, że szef sztabu prezes Szydło był skonfundowany zaistniałą sytuacją. A widzowie pamiętają najlepiej pierwsze komentarze. I nie ma znaczenia, czy są one obiektywne. Ten narzuca narrację, kto pierwszy przebije się z nią do widzów. A rzecz jest o tyle ważna, że Ewa Kopacz wyraźnie słabiej wypadła i miała kiepski występ.

Jakie błędy popełniła liderka Platformy?

–Nie do końca panowała nad emocjami. Popełniła kilka niewybaczalnych błędów. Po pierwsze, premier łamała zasady, na które przecież zgodził się jej sztab. Przerywała, kilkakrotnie wchodziła nieprzyjemnie i agresywnie w słowo Beacie Szydło. Kandydatka PiS przestrzegała reguł. W końcówce debaty mieliśmy do czynienia już raczej ze strumieniem świadomości Ewy Kopacz niż z merytorycznymi argumentami i trzymaniem się odpowiedzi na pytania. Na koniec premier postanowiła postraszyć emerytów Prawem i Sprawiedliwością. Chodzi tu o frazę „Jeśli oni dorwą się do tej kasy, to wasze emerytury będą zagrożone”. Taka retoryka świadczy o tym, że premier albo nad sobą nie panowała, albo przyszła na debatę z bardzo negatywnym, agresywnym nastawieniem. Premier nie tylko deprecjonowała swoją oponentkę, mówiąc o jej formacji politycznej per „oni”, ale również wtedy, gdy mówiła o „dorwaniu się” PiS „do kasy”. Słuchacz mógł wywnioskować, że premier sugeruje, iż to są złodzieje. Taka wypowiedź w normalnych warunkach byłaby bardzo kompromitująca dla lidera partii.

Podobnie jak ta o „republice wyznaniowej”.

– Tak. Słowa Ewy Kopacz tworzyły ciąg niekontrolowanych wypowiedzi o republice wyznaniowej, na temat kobiet czy młodych emigrujących z Polski. Znamienne jest to, co wydarzyło się po debacie. Beata Szydło od razu wystąpiła na zapowiedzianej jeszcze podczas debaty konferencji prasowej. Sztab zachował się profesjonalnie. Postawił kropkę nad i. Co w tym czasie działo się z premier? W otoczeniu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i kilku anonimowych osób z PO opowiadała dziennikarzom o debacie. Słuchałam tego i przecierałam oczy ze zdumienia – było to bardzo nieprofesjonalne. Sztab premier, zostawiając ją samą, zawiódł na całej linii.

Beata Szydło odnalazła się w takiej formule debaty?

–Sprawiała takie wrażenie. Była spokojna, merytorycznie odpowiadała. Ponadto, co ważne, była pogodna, emanowała dobrą energią. Odnosiła się z szacunkiem do przeciwnika, nawet jeśli krytykowała rządy PO. Świadczyło to przede wszystkim o jej szacunku do wyborców Platformy Obywatelskiej. Nawet jeśli nie od razu odpowiadała na pytania, to dlatego, że chciała dokończyć wcześniejsze urwane kwestie. Dobrze wybrnęła z pytania Ewy Kopacz na temat projektu konstytucji PiS, który rzekomo miał wyparować z internetu. Nie popełniła poważniejszych błędów. Beacie Szydło dziennikarze zarzucają, że jest flegmatyczna. Jest to fałszywa ocena. Myślę, że do wielu ludzi mogła dotrzeć ze swoim prostym, konkretnym przekazem.

Czy dzięki debacie wyborcy niezdecydowani już wiedzą, na kogo głosować?

– W przypadku elektoratu niezdecydowanego często mamy do czynienia z sytuacją, w której o tym, na kogo oddadzą głos, decydują oni w ostatniej chwili, czyli już nad urną wyborczą. Trudno oczekiwać, aby ta debata miała decydujący wpływ. Myślę, że była ona ważna jako wydarzenie medialne – pokazała pomimo wszystko pewne wizje dwóch głównych obozów politycznych walczących o władzę. Taka debata niewątpliwie mobilizuje wyborców już zdecydowanych, natomiast w przypadku tych, którzy się wahają, prawdopodobna jest opcja, że w ogóle jej nie oglądali. Podsumowując: debata była potrzebna, ale wymaga nowej formuły na przyszłość. I nie należy w polskich warunkach przeceniać jej wpływu na wynik wyborów.

Dziękuję za rozmowę. 

Paulina Gajkowska