Walka o głosy niezdecydowanych
Poniedziałek, 19 października 2015 (19:27)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Przed nami starcie premier Ewy Kopacz oraz kandydatki Zjednoczonej Prawicy na szefa rządu Beaty Szydło. Jak wielu wyborców podejmuje decyzję w oparciu o debatę?
– Inaczej postawiłbym to pytanie: a mianowicie, czy forma tego, co obie panie dziś zaproponują, jest formą uczciwą.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
– Spośród wszystkich komitetów, które startują w wyborach, do debaty przystępują tylko dwa ugrupowania, co według mnie jest manipulacją, co więcej, dzieje się to w mediach publicznych. Z drugiej strony, jeśli mówimy o pewnych zasadach i kanonach, pojawia się pytanie, czy ta debata nie powinna być sfinansowana przez oba komitety wyborcze.
Czy to może mieć wpływ na wynik wyborczy?
– Według mnie tak. Paradoksalnie śmiem twierdzić, że może się to źle skończyć dla Ewy Kopacz i Beaty Szydło. Nagle może się okazać po dzisiejszej debacie, że wyborcy tzw. niezdecydowani – nie mówię tu o żelaznym elektoracie PiS i Platformy, bo debata nic w ich ocenie nie zmieni, ale tzw. elektorat płynny może powiedzieć, że nie chce więcej słuchać narracji tylko dwóch stron sceny politycznej. Nie wierzę w żaden element pozytywny, bo ta debata tak na dobrą sprawę została sprowokowana przez Platformę, a celem była nie Beata Szydło, a Jarosław Kaczyński.
Chce Pan powiedzieć, że PiS, decydując się na udział Beaty Szydło w debacie, popełnia błąd?
– Mamy końcówkę kampanii, ostatni tydzień, decydujący, najważniejszy a jednocześnie najbardziej nieprzewidywalny. Ta debata jest największym błędem PiS, jaki tylko można sobie wyobrazić. Mając tak dużą przewagę i będąc liderem w sondażach, wystawianie się na dyskusję z Ewą Kopacz jest jak zabawa zapałkami przez dziecko w stodole pełnej siana. Prawidłowo PiS powinno zapowiedzieć: nie zgadzamy się na tę formułę, bo nie chcemy tylu komitetów, bo nie jest to druga tura wyborów prezydenckich, ale są to wybory parlamentarne i takie wybiórcze potraktowanie uważamy za niedemokratyczne i formę manipulacji. Gdyby taki przekaz poszedł w świat, to podejrzewam, że PiS zyskałoby dużo więcej, a jednocześnie pokazałoby wyborcom, nawet z SLD czy PSL, że ma inne zdanie, ale ma również świadomość, że nie są to wybory tylko dwóch partii, a kilku.
No dobrze, ale z badań wynika, że do debaty przywiązuje uwagę zaledwie ok. 10 proc. wyborców, czy zatem ewentualna klapa może oznaczać aż tak wielką stratę?
– Może to być klęska w tym sensie, że zmęczenie materiału może doprowadzić do przesilenia. I może się okazać, że obie panie mogą wiele stracić. Trzeba wziąć pod uwagę aspekt psychologiczny, że społeczeństwo ma prawo być już zmęczone kolejną kampanią w cyklu, który trwa już rok. Politycy są już zmęczeni, a społeczeństwo tym bardziej, i dlatego ludzie mają już dosyć tej walki, która staje się coraz brudniejsza.
PiS nie wyklucza także udziału Beaty Szydło w jutrzejszej debacie liderów wszystkich komitetów. Czy zatem nie jest to pewna prowokacja dla Platformy?
– Nie zmienia to faktu, że PiS, zgadzając się na tę dzisiejszą formę debaty, dało się wkręcić w coś, co można określić jako zaprzeczenie pluralizmu medialnego, otwartości mediów publicznych na wszystkie siły polityczne. Tym samym jednym ruchem zaprzeczyło temu, co tak podkreślało, a mianowicie równemu dostępowi wszystkich sił politycznych do mediów publicznych. Niestety burzy to wiarygodność PiS jako gwaranta pluralizmu. Platformie udało się wciągnąć PiS w rozpisaną przez siebie retorykę.
Czy zatem sztabowcy PiS, wystawiając Beatę Szydło do dzisiejszej debaty, popełnili błąd?
– Tak, jak najbardziej popełniają błąd. Mogli użyć argumentu sprzeciwu i pokazania, jak wygląda manipulacja medialna. Mogli pokazać społeczeństwu, jak w telewizji publicznej, bo o komercyjnych stacjach TVN czy o Polsacie nie wspomnę, kształtuje się czas antenowy dla Platformy czy PSL, a jak to wygląda w odniesieniu do innych partii. Tym samym PiS mogło pokazać, że z taką manipulacją się nie godzi i tym bardziej uniknąć tej debaty, schodząc niejako z linii strzału. To ugruntowałoby pozycję tej formacji jako tej, która jako jedyna walczy z tym zjawiskiem w tych wyborach. PiS pokazałoby się jako ta formacja, która chce przywrócić normalność w mediach. Niestety poprzez ten błąd – moim zdaniem – PiS wpisało się w ten sam kanon, jaki stworzyła Platforma.
Jak skomentuje Pan słowa Janusza Piechocińskiego, który stwierdził, że ograniczanie debaty do przedstawicieli dwóch największych ugrupowań to zamach na demokrację?
– To jakaś paranoja. I mówi to człowiek, który jest szefem partii, która rządzi telewizją regionalną, tym bardziej w tych ustach brzmi to zabawnie. Tak zachowuje się „chłopiec”, który nagle poczuł się odstawiony przez koalicjanta poza piaskownicę polityczną. Owszem, Janusz Piechociński ma prawo się tak poczuć, tylko że PSL jest ostatnią formacją w tej grupie niezadowolonych, która ma prawo do narzekania.
Wracając jeszcze do dzisiejszej debaty, czy choć na pierwszym planie są czołowi przedstawiciele PiS i Platformy – dwóch największych ugrupowań politycznych, nie jest to tak naprawdę starcie PR-owców?
– Owszem jest, bo to są właśnie wybory i każdy w tych decydujących godzinach chce jak najwięcej ugrać dla siebie, przechytrzyć przeciwnika i zyskać głosy niezdecydowanych, tych, którzy tak naprawdę mogą przeważyć szalę. 10-15 proc. Polaków wciąż nie wie, na kogo głosować, nie wiemy też, jaka będzie frekwencja, jaka w niedzielę będzie pogoda, bo to też może mieć znaczenie i w tej sytuacji każdy głos może być na wagę złota. Trudno jest przekonać przekonanego albo sympatyka PiS, żeby zagłosował na Platformę, i odwrotnie. Dlatego utrwalanie w tym momencie tego, co jest już pewne, nie ma sensu. Dzisiaj PiS i Platforma powinny walczyć o elektorat neutralny, młody, nowy, który jest niezdecydowany, albo do tej pory nie przejawiał ochoty wzięcia udziału w wyborach. To jest ta luka, którą spece od PR-u po obu stronach powinni się starać zapełnić.
Ale czy to robią…?
– Właśnie, że nie robią i to się zemści.
Czy jednak debata to właściwy sposób na pozyskanie tego neutralnego elektoratu?
– Mamy osiem ugrupowań, które startują w wyborach, tymczasem na ogół jest podział na PiS i Platformę. Pozostali mogą się czuć zawiedzeni. Przypominam, że Bronisław Komorowski startował do wyborów prezydenckich jako pewniak i to go zgubiło. Dlatego i tym razem sztuką będzie dowieźć zwycięstwo do końca, a nie cieszyć się tylko i wyłącznie sondażami, które są bardzo płynne, pokazują tendencję przewagi PiS i co do tego nie ma wątpliwości, ale jednocześnie pokazują, że ok. 70 proc. społeczeństwa ma inne zdanie i te 70 proc. może ostatecznie zdecydować, co będzie dalej.
Czy ta debata może przesądzić o wyniku wyborów?
– Dokładnie tak. Możemy mieć sytuację zniechęcenia i postawę: głosujemy, byle nie na Platformę i PiS. Nie zdziwiłbym się, gdyby w sieci pojawiły się memy typu „oni już podzielili władzę”. W Polsce są bowiem ludzie, którzy tym samym chcą pokazać, że ktoś za nich znów dokonał wyboru i na to się nie zgadzają.
Jakie zatem znaczenie może mieć udział obu kandydatek w jutrzejszej debacie wszystkich liderów ugrupowań startujących w wyborach?
– Jeśli do tego dojdzie, to przez wszystkich liderów będzie punktowana nie tylko Ewa Kopacz, ale także Beata Szydło. Platforma będzie atakowana za zawłaszczenie mediów, a PiS za to, że weszło w te same buty i robi coś, z czym usiłowało walczyć.