Czarny PR na ostatniej kampanijnej prostej
Sobota, 10 października 2015 (05:16)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Podczas konferencji prasowych z udziałem Beaty Szydło mamy frontalny atak części mediów i dziennikarzy, którzy wręcz w nachalny sposób próbują przenieść debatę na płaszczyznę sensacji. Czemu to ma służyć?
– Wszystkie te działania mają jeden cel – zniwelować rozmiary porażki Platformy Obywatelskiej, a jednocześnie zrobić wszystko, żeby sukces Prawa i Sprawiedliwości nie był zbyt okazały. Przed nami ostatnie dwa tygodnie kampanii, do ciszy wyborczej pozostało niewiele ponad dwa tygodnie i wytaczane są armaty czarnego PR. Platforma, nie mogąc się niczym specjalnym pochwalić po ośmiu latach rządzenia Polską, stosuje takie, a nie inne metody, próbując zohydzić w oczach społeczeństwa swoich najgroźniejszych rywali.
Na ile może okazać się skuteczne brnięcie Platformy, która idzie w kierunku tworzenia kryzysu, jaki rzekomo wywołał swoją wypowiedzią Antoni Macierewicz?
– Prawdę powiedziawszy, wolałbym, aby to prezydent mówił o swoich decyzjach, a nie politycy z kręgów, z których się wywodzi. To źle świadczy o niektórych osobach. Nie wolno pozwalać na to, aby rola i powaga osoby i urzędu prezydenta RP była w jakikolwiek sposób dyskredytowana.
Czy wypowiedź posła Macierewicza w Chicago jest aż tak istotna i godna uwagi, żeby zdominować ostatnią prostą kampanii wyborczej?
– Niestety, czy to się komuś podoba, czy nie zarówno Antoni Macierewicz, jak i prezes Jarosław Kaczyński mają najbardziej negatywny elektorat i tym sam są wykorzystywani do straszenia społeczeństwa zarówno przez premier Ewę Kopacz, jak i pozostałych polityków Platformy. Poseł Macierewicz jest strachem, który w sytuacji, kiedy poparcie dla Platformy wali się na łeb, na szyję, jest wyciągany na powierzchnię.
Czy zważając na to, o czym Pan mówi, zarówno PiS, jak i sam poseł Macierewicz nie powinni zwracać szczególnej uwagi na to, co mówią?
– Każde wystąpienie Antoniego Macierewicza, jakie by ono nie było, zawsze będzie wykorzystywane przez Platformę do krytyki. Dlatego milczenie w polityce nieraz jest złotem, a niemówienie czasem więcej daje niż najpiękniejsze słowa. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy w kampanii mniej było prezesa Jarosława Kaczyńskiego czy Antoniego Macierewicza, poparcie w sondażach dla PiS rosło. Nie oznacza to oczywiście, że te postaci absolutnie zasłużone dla tej formacji politycznej mają całkowicie usunąć się w cień, ale dobrze byłoby, gdyby w pewnych momentach nie dawały powodów oponentom politycznym do krytyki. Czas na scenie politycznej mija podobnie jak w życiu i młodsi politycy zastępują starszych. Myślę, że tak czy inaczej dzisiaj potrzeba innego języka, który przyniosą młodsi politycy. Rola tych, którzy tworzyli formacje polityczne, w tym również prezesa Kaczyńskiego, który powoli sam daje możliwość pokazania się młodszym politykom jak Andrzej Duda czy Beata Szydło, powinna być bardziej mentorska niż wychodzenie na zewnątrz. Język prezesa Kaczyńskiego nie jest czytelny dla młodego pokolenia. Jest to język, który łatwo daje się zmanipulować. Prezes PiS doskonale ustawił kampanię prezydencką, gdzie podobnie jak w całej tej kadencji Sejmu bardzo mądrze się zachowywał. Teraz jednak mam wrażenie, nie wytrzymuje tego milczenia.
Trudno, żeby szef jednej z największych partii w Polsce chował się całkowicie w cień...
– Nie ma co ukrywać, że Platforma zbudowała negatywny wizerunek Jarosława Kaczyńskiego i zależy jej, żeby ten wizerunek utrwalać i żeby prezes PiS pokazywał się jak najczęściej. Stąd nawoływanie przez Ewę Kopacz do debaty głównie z prezesem Kaczyńskim.
Czy mimo wszystko straszenie Jarosławem Kaczyńskim czy Antonim Macierewiczem nie jest już zgraną kartą, czy ma jeszcze jakikolwiek sens i czy nie obnaża braku pomysłu Platformy na kampanię wyborczą?
– Jeśli do tego straszenia dodamy niektóre wystąpienia czy wypowiedzi mniej lub bardziej zmanipulowane przez media, to może się okazać, że to straszenie będzie miało jednak swój sens i może znaleźć swoje odzwierciedlenie w spadających sondażach PiS.
Ale czy społeczeństwo to kupi?
– O tym tak naprawdę dowiemy się za dwa tygodnie. Sądzę, że PiS w przypadku prezesa Kaczyńskiego i posła Macierewicza, bez wątpienia osób ważnych w historii Polski, powinno dokonać pewnej korekty. I nie chodzi tu o uleganie presji Platformy, ale o postawienie akcentów w innych miejscach na innych osobach, na młodym pokoleniu. Pytanie tylko, czy ci politycy są w stanie to zaakceptować.
Czy to oznacza, że prezes Kaczyński miałby według Pana ustąpić?
– Nie, nie o to chodzi. Prezes Kaczyński ma chyba świadomość, że niekoniecznie musi być wszędzie i zabierać głos, bo on już tego nie musi. Jarosław Kaczyński już nic nikomu nie musi nic udowadniać. Sam fakt jego obecności czy patronowania pewnym przedsięwzięciom będzie więcej dawał niż zabierany przez niego głos czy najpiękniejsze przemówienie. To jest domena autorytetów, którym Jarosław Kaczyński bez wątpienia był, jest i będzie. Mało tego, tym sposobem odbierze argument oponentom politycznym.
Przejdźmy może na grunt parlamentarny, w piątek odbyło się ostatnie posiedzenie Sejmu VII kadencji. Jak scena polityczna może wyglądać po wyborach?
– Myślę, że może być potrzebna koalicja fachowców, żeby odbudować zgliszcza, które pozostawiła po sobie Platforma w różnych obszarach. Z jednej strony mamy głęboki dług publiczny ukrywany, rolowany i zwijany, tak naprawdę nie wiemy, jaki jest dzisiaj w Polsce system emerytalny, czy i jaki jest system ochrony zdrowia. Jeśli do tego dołożymy stan polskiej armii, która nie bardzo wiadomo czy obok zdezelowanych niemieckich czołgów, czy przereklamowanych samolotów F-16 jest w stanie zaistnieć i odeprzeć ewentualne zagrożenie, to pokazuje tylko kilka obszarów, gdzie zmiany, poprawa są nie tylko potrzebne, ale wręcz konieczne. Do tej pory mieliśmy prezentację tych i wielu innych obszarów sprzedawanych w PR-owski sposób, ale po wyborach trzeba to wszystko wyciągnąć na powierzchnię dokonać remanentu i zacząć pracować nad przywracaniem Polsce stanu bezpieczeństwa w wielu obszarach. Oczywiście będziemy słyszeć ze strony Platformy, że jest to zemsta polityczna i działanie przeciwko tej formacji, aby minione osiem lat, „pasma sukcesów” Donalda Tuska i Ewy Kopacz pokazać w czarnych barwach, ale nie o to tu chodzi. Polsce potrzebny będzie remanent i nie będzie on korzystny dla Platformy, ale będzie konieczny dla Polski. Kontrole NIK i ich wyniki dzisiaj gdzieś po kątach pochowane i tylko sygnalnie ogłaszane, aby nie rujnować obrazu rządów koalicji PO – PSL, po 25 października obnażą prawdziwe dokonania tej ekipy.
Przedsmakiem tego, co nas może czekać, jest bilans otwarcia w Kancelarii Prezydenta RP…
– Bilans otwarcia w Kancelarii Prezydenta RP po rządach Bronisława Komorowskiego jest tylko zapowiedzią tego, co może ujrzeć światło dzienne już niebawem. Tych remanentów czeka nas znacznie więcej. Przykładem może być słynna perspektywa budowlana i inwestycje drogowe na Euro 2012. Jeśli przeanalizować to, co faktycznie zostało zrobione, ile inwestycji wciąż nie jest zakończonych i nierozliczonych, ile firm po drodze zbankrutowało, gdzie jest polskie drogownictwo, które dzięki unijnym funduszom zamiast stanąć na nogach de facto przestało istnieć. Ogromna liczba podwykonawców zbankrutowała, to wszystko jest zalążkiem czarnej listy dokonań rządów PO – PSL, które naprawdę nie mają się czym pochwalić.
Czy dzisiejsza opozycja, kiedy przejmie władzę, będzie w stanie wyprowadzić Polskę z tej zapaści?
– Mamy rok wyborczy i na ten czas rząd gromadził pieniądze od dwóch lat, żeby jak najlepiej zaprezentować swe dokonania społeczeństwu. Przyszły rok budżetowy będzie tym, gdzie rachunki za kampanię prezydencką i parlamentarną koalicji PO – PSL trzeba będzie spłacać. Przykład OFE, gdzie pokoleniom od rocznika 1969 r. w dół poznikały pieniądze i ci ludzie czują się okradzeni i oszukani. Ludzie, którzy przejmą władzę, będą musieli się zastanowić, co z tą Polską, w jakim kierunku zmierzamy i czy nie jesteśmy kolonią gospodarczą i wielkim dyskontem handlowym, gdzie wszystko jest wyprzedawane na prawo i lewo. Przyszła władza musi sobie odpowiedzieć, czy idziemy wzorem Węgier, czy Wielkiej Brytanii, które rację stanu i interes własnego państwa stawiają nadrzędnie nad ideą Unii Europejskiej.