• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Putin buduje swą siłę na słabości Zachodu

Czwartek, 8 października 2015 (03:11)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Generale, Rosjanie rozpoczęli w środę kolejną fazę ataku w Syrii, ostrzeliwując teraz również z okrętów na Morzu Kaspijskim pozycje islamistów. Mamy do czynienia z pokazem rosyjskiej siły innymi słowy z propagandą Kremla?

– Z pewnością jest to pokaz siły, ale Rosja głównie zabiega o swoje interesy, o to, żeby być obecnym na Bliskim Wschodzie. Baszar al-Assad i Syria to jest przyczółek, z którego jeśli Rosja zrezygnuje, to może zostać całkowicie wypchnięta z tego regionu. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę i nie chce odpuścić, stąd też jego wsparcie nie tyle dla Zachodu w walce z tzw. Państwem Islamskim, ale przede wszystkim dla Baszara al-Assada. W nim bowiem upatruje swojego człowieka, dzięki któremu może sprawować kontrolę nad wydarzeniami w tym regionie. Natomiast działania, jakie prowadzi – głównie lotnicze i rakietowe, działania sił, służb specjalnych, być może jakieś działania ochotników.

Rosjanie zaryzykują wejście wojsk lądowych w Syrii?

– Nie wydaje mi się, żeby Rosja zdecydowała się na ofensywę typowo lądową, taką jaką przeprowadził Związek Radziecki w Afganistanie.   

Do kogo jest skierowany przekaz, jaki wysyła Putin, i czemu ma służyć?

– Przede wszystkim jest to wyraz troski Rosji o własne interesy, żeby jak wspomniałem, być obecnym w tym regionie i wpływać na wydarzenia. Z drugiej strony jest to przekaz dla Zachodu, może nawet nie tyle przekaz, co wskazanie słabych punktów i pogłębiających się problemów państw Zachodu. Putin swoimi działaniami obnaża całą strategię Zachodu, brak spójnego działania czy wręcz brak jakiegokolwiek pomysłu na rozwiązanie sytuacji kryzysowej. Strategia Putina jest prosta: pokazał słabość Zachodu, realnie wsparł Baszara al-Assada, przez co propagandowo wygrywa, bo niby walczy z tzw. Państwem Islamskim, ale w rzeczywistości doprowadził do przejrzystości sytuacji w Syrii, bo uderzając w rebeliantów, wyraźnie dał do zrozumienia, że Rosja nie pozwoli odebrać władzy al-Assadowi.

Można powiedzieć, że Amerykanie są w szachu?

– Niestety Putin zresztą nie po raz pierwszy ograł Obamę, który może się czuć sfrustrowany, bowiem już raz niemal dokonywał inwazji na Syrię, chcąc obalić Baszara al-Assada, tymczasem Putin doprowadził do tego, że rząd dobrowolnie zobowiązał się zniszczyć broń chemiczną, którą wcześniej użył przeciwko własnym obywatelom. Putin, który wyszedł wówczas na ojca sukcesu, teraz kolejny raz korzysta z błędów Stanów Zjednoczonych i państw Zachodu, które nie były w stanie zdecydować, czy i jak wspólnie dogadać się z Assadem, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się tzw. Państwa Islamskiego i budowaniu jego siły w Syrii. Z tej słabości Amerykanów i koalicji państw Zachodu kolejny raz korzysta Putin, budując swoją siłę.

Czy mimo wszystko interwencja rosyjska w Syrii jest jednak w stanie zażegnać konflikt w tym rejonie?

– Wprost przeciwnie. Działania rosyjskie jeszcze bardziej nakręcają spiralę napięć na Bliskim Wschodzie oraz wzmacniają Baszara al-Assada i z całą pewnością nie doprowadzą do pokoju w tym regionie. To z kolei oznacza jeszcze większą niż dotychczas falę migracji. Uderzenia i ataki, które są prowadzone przez Rosję, bardzo często nie trafiają w cele militarne tzw. Państwa Islamskiego, ale w ich wyniku giną niewinni ludzie. To powoduje, że strach i przerażenie ludności bezpośrednio zagrożonej działaniami wojennymi rozkręca się jeszcze bardziej, co sprawia, że fala migracji, jaka dotarła do bram Europy, będzie rosła w postępie geometrycznym.

Co zatem Pana zdaniem może zatrzymać falę imigrantów?

– Tak naprawdę trudno będzie znaleźć rozwiązanie tego poważnego problemu. Jedno jest pewne, że Rosja na Bliskim Wschodzie rozgrywa swoje interesy i szczerość czy wiarygodność Putina w tej kwestii jest taka sama jak w kwestiach dotyczących Donbasu  czy Krymu i wojny rozpętanej przez Moskwę na Ukrainie. Według mnie, tym, co mogłoby się okazać skuteczne, to spójność Sojuszu Północnoatlantyckiego, który ma w sobie moc, tyle że nie potrafi jej użyć we właściwy sposób. Tu potrzebna jest także zgoda społeczeństw, które udzielają swoich wojsk w ramach NATO, a wszystko po to, żeby wkroczyły one w tamten region, ale nie tylko uderzeniami ze strony lotnictwa, ale również poprzez działania na lądzie. Tylko takie działania mogą okazać się skuteczne i zapewnić bezpieczeństwo miejscowej ludności. Warunkiem koniecznym jest w pierwszym rzędzie wspólna strategia, która określi zakres działań, sposób ich realizacji, innymi słowy – zbudowanie mapy drogowej, która doprowadziłaby do pokoju. Do tego jednak potrzebny jest wspólny głos i wola, tyle że na razie tej woli nie dostrzegam. To, z czym mamy do czynienia, to chaotyczne, nieskoordynowane działania, które powodują, że zamiast wygaszania konfliktu mamy do czynienia z jego zaognianiem.

A zatem jedność może okazać się kluczem do sukcesu w rozwiązaniu tego konfliktu?

– Dokładnie tak: jedność i spójność działań. Spójność w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego i jednak realna strategia, koncepcja działania. W jednym z wcześniejszych wywiadów z panem powiedziałem, że NATO jest „papierowym tygrysem”, co spotkało się z oburzeniem niektórych. Czy jednak to określenie nie odzwierciedla faktów, zwłaszcza gdy działania NATO, które na szczycie wynegocjowało niewielkie, bo zaledwie pięciotysięczne siły natychmiastowego reagowania, których do tej pory nie udało się zbudować…? Czego zatem można oczekiwać po nawet tak potężnej strukturze, jaką jest NATO, i jej skutecznym działaniu w obliczu kryzysu na Bliskim Wschodzie, skoro nie potrafi zbudować jedności, działając bez ładu i składu w prostych sprawach.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki