Koszty bez efektów
Wtorek, 6 października 2015 (05:14)Z Maksem Kraczkowskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Rafał Stefaniuk
Ewa Kopacz poinformowała, że rząd nie planuje powstania elektrowni atomowej. Rodzi się więc pytanie, co z wydanymi pieniędzmi.
– Dlaczego z pieniędzy pochodzących z naszych podatków, podnoszonych 21 razy przez ten rząd, mamy utrzymywać politycznych nominatów, którzy przez lata udają, że przygotowują powstanie elektrowni atomowej. Następnie projekt polityczny się zmienia i dowiadujemy się, że elektrowni nie będzie. Ten projekt w mojej ocenie nie był gospodarczy, a od początku polityczny. Założono, że poukłada się swoich ludzi na intratnych stanowiskach. Tak dano pewnej grupie osób możliwość pracy za niezłe pieniądze w bezpiecznych warunkach.
Aleksander Grad, były prezes spółek PGE EJ i PGE EJ 1, pobierał wynagrodzenie w wysokości 55 tys. zł miesięcznie.
– Tego typu wynagrodzenia, i to w spółkach, które nie mają przed sobą jasnego celu do zrealizowania, a w tym przypadku nie miały żadnego, nie powinny mieć miejsca. Przyrównując to do zasiłków, jakie dostają rodzice niepełnosprawnych dzieci czy szeregowi pracownicy budżetówki, nasuwa się tylko jedno stwierdzenie, wielki skandal i brak przyzwoitości.
Mając na uwadze kryzys w górnictwie, jak Pan odbiera twierdzenia premier, że priorytetem dla niej jest bezpieczeństwo energetyczne Polski oparte na węglu?
– To nie jest prawda. Premier została wywołana do tablicy przez przygotowujących się do strajku górników. Przypomnę, że w 2007 r. rząd Donalda Tuska podpisał niekorzystny z punktu widzenia Polski pakiet energetyczno-klimatyczny, a premier przez wiele lat współrządząc, wypowiadała się ostrożnie w kwestii europejskiej polityki węglowej. Ostatnio w dokumentach unijnych, o czym premier doskonale wie, pojawiały się sformułowania mówiące o dekarbonizacji polityki energetycznej. To rząd Ewy Kopacz przygotował program wygaszania kopalń. Jak wszyscy rozumiemy, między wygaszaniem a likwidacją jest niewielka różnica.
Część społeczeństwa jest przeciwna powstaniu elektrowni atomowej. A na dodatek w górnictwie trwa pożar. Nie uważa Pan, że stwierdzenie premier jest zabiegiem obliczonym na zyskanie sympatyków z obu stron przed wyborami?
– Premier powinna kierować się nie logiką partyjną, a państwa, które zostało powierzone w jej ręce. Moim zdaniem, każda z opcji, którą wybrała, niesie za sobą poważne konsekwencje. Wycofanie się z programu atomowego świadczy o tym, że pieniądze zostały wydane tylko na utrzymanie stanowisk. Zrobienie tego w ramach kampanii wyborczej pokazuje, że ten rząd nie ma żadnego planu dla polskiej energetyki. Ma tylko plan na kampanię. Ten plan obowiązuje do momentu, kiedy uda się Platformie prześlizgnąć do następnego parlamentu.
Widzi Pan przeciwskazania, żeby energia atomowa i węglowa współistniały w Polsce?
– Nie widzę takich przeciwskazań. Powinniśmy przyglądać się temu, jak programy nuklearne funkcjonują we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Japonii. Nie uważam, że w tej kwestii powinna występować zasada „albo” – „albo węgiel, albo atom”. Skoro podjęliśmy już tak duże kroki inwestycyjne związane z dużo tańszą energią atomową, to powinniśmy być konsekwentni.
Prawdopodobnie z końcem października zmieni się rząd. Program „Polska Energetyka Jądrowa” wymaga zmian?
– Temat jest otwarty. Na pewno jest wiele innych pilnych problemów w energetyce. Przypomnę, że ciągle nie mamy dokończonej budowy gazoportu, a terminy oddania do użytku tej inwestycją są, co przypomina kabaret, wielokrotnie przekładane. Z pewnością trzeba będzie zrobić bilans zysków i strat. Moim zdaniem, temat energetyki atomowej powinien być otwarty w pracach rządu.
A więc powstanie elektrowni atomowej w Polsce jest tylko kwestią czasu?
– Myślę, że tak. Biorąc pod uwagę ceny energii pozyskiwanej z atomu i bezpieczeństwo technologii oferowanych na rynku, jest to dobre rozwiązanie z punktu widzenia konsumentów i gospodarki.
Zdaniem wicepremiera Janusza Piechocińskiego termin powstania elektrowni jądrowej w Polsce to 2025 rok. Dekada to wystarczająco dużo czasu?
– Jeżeli będzie rządziła Platforma z PSL, każdy termin będzie nierealny. Przywołajmy budowę gazoportu. Kompromitacja przy budowie instalacji do odbioru gazu skroplonego pokazuje, że ci ludzie są dobrzy tylko w obietnicach. Jeżeli chodzi o podjęcie konkretnego projektu infrastrukturalnego energetycznego, to niestety, są koszty, ale nie ma żadnych efektów.