• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Warszawa staje się strategicznym partnerem Waszyngtonu

Czwartek, 1 października 2015 (18:27)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, w przemówieniu prezydenta Andrzeja Dudy na sesji ONZ znalazła się wyraźna aluzja do działań Rosji na Ukrainie. Jakie to ma znaczenie, zwłaszcza że kiedy świat – jak się wydaje – oswoił się z połknięciem przez Moskwę wschodniej Ukrainy?

– Zasadniczo w tej wypowiedzi chodziło o to, aby podkreślić, iż działania siłowe na świecie nie mogą być sposobem rozwiązywania problemów. Zwłaszcza Europa Środkowa jest obszarem, gdzie nie ma „sprawiedliwych” granic, ale ich siłowe naruszenie spowoduje ogólny chaos i niekończące się konflikty. Co do Ukrainy, to obydwie strony konfliktu stosują siłowe rozwiązania i świat nie tylko się z tym oswoił, ale obecnie szuka także rozwiązania w świetle prawa międzynarodowego, jak ten stan unormować. Każdy rozsądny polityk zdaje sobie bowiem sprawę z tego, iż Krym nie wróci w najbliższych dekadach do Ukrainy, a ona sama nie może być już jako kraj państwem unitarnym, jeśli chce zachować swoje pozostałe prowincje.

W czasie prezydentury Bronisława Komorowskiego Polska była na zapleczu międzynarodowej sceny politycznej. Czy obecność prezydenta Dudy przy głównym stole z Barackiem Obamą, Władimirem Putinem i Ban Ki Munem może oznaczać przełom i początek innego postrzegania Polski przez światowe mocarstwa?

– Wszystko zależy od tego, czy prezydent Andrzej Duda będzie artykułował interesy Polski wobec światowych przywódców, czy też będzie politykiem jednoznacznie identyfikującym nasz kraj jako stronę konfliktu czy też gry sojuszniczej. Polska musi rozmawiać z Moskwą bezpośrednio, a nie za pośrednictwem Berlina czy też Brukseli. Jeśli tak będzie, to z pewnością nastąpi inne postrzeganie naszego państwa na arenie międzynarodowej. Tego też oczekują nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej.

Czy tym gestem wobec prezydenta Dudy nie dano też Putinowi odczuć, że Stany Zjednoczone będą oceniały poczynania Rosji, licząc się ze stanowiskiem Europy Środkowo-Wschodniej, w tym ze zdaniem Polski?

– Polska leży w sferze istotnych interesów Stanów Zjednoczonych i Rosja jest tego świadoma i zdaje sobie sprawę, że pewne jej zamierzenia są mocno ograniczone. Moskwa wie, że nieprzestrzeganie pewnych reguł w tej grze może grozić bezpośrednią konfrontacją. Jednakże trzeba zwrócić uwagę, że dotychczas Waszyngton nie traktował Warszawy poważnie, gdyż polscy politycy realizowali głównie cele Brukseli i to tam właśnie zasadniczo dyskutowano o losie tego regionu. W momencie wzmocnienia samodzielnej roli państw, członków Unii Europejskiej z Europy Środkowej kraje te będą miały większy wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych w regionie.

Jak Pana zdaniem na to odpowie Europa Zachodnia, głównie Berlin, który co by nie powiedzieć – sprzyja Moskwie?

– W obecnej chwili toczy się walka w Polsce pomiędzy opcją proniemiecką a proamerykańską. Platforma, która reprezentuje interesy Berlina w polityce wewnętrznej i zagranicznej Polski, stawia nasz kraj w konfrontacji z Moskwą, a z drugiej strony uzasadnia ocieplenie stosunków na linii Berlin – Moskwa jako działania czysto biznesowe. W odniesieniu do opcji proamerykańskiej celem jest wzmocnienie państw naszego regionu poprzez osłabienie wpływów Berlina, co jest w interesie Waszyngtonu, ale także wzmocnienie potencjału odstraszania wobec Moskwy w tym obszarze. Istotą naszej polityki zagranicznej powinno być budowanie potencjału gospodarczego i militarnego, ale także aktywna polityka w Europie Wschodniej poprzez koegzystencję na pewnych obszarach wpływów rosyjskich i polskich. Nie wolno nam się tego bać. 

Czy Polska jest dzisiaj bardziej potrzebna Stanom Zjednoczonym czy może Stany Zjednoczone Polsce?

– Przed Stanami Zjednoczonymi bardzo trudny okres. Mianowicie państwa bloku BRICS, w którego skład wchodzą Brazylia, Rosja, Indie, Chiny oraz RPA, podejmują działania mające na celu wyparcie dolara z pozycji waluty światowej oraz ograniczenia wpływów Stanów Zjednoczonych w Azji. Rosja poprzez współpracę z Niemcami chce to samo zrobić w Europie. Bez sprawdzonych sojuszników Stany Zjednoczone będą ponosiły coraz większe straty w polityce i we wpływach gospodarczych na świecie. To wszystko powoduje, że Warszawa staje się coraz bardziej strategicznym partnerem dla Waszyngtonu.

Jak skomentuje Pan kompromitującą wypowiedź ambasadora Rosji w Polsce?

– Ta wypowiedz była moim zdaniem zaplanowana jako sprawdzenie reakcji Polski na tego typu zaczepki. Jest to dalszy ciąg wzajemnych kompromitujących wypowiedzi, które padają z obu stron. Proszę pamiętać, iż minister Grzegorz Schetyna w swoim czasie mówił o Ukraińcach, którzy wyzwolili Oświęcim, a nie o Armii Czerwonej. W tym wypadku nie mamy jednak wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Rosji, a jedynie ambasadora. Po stosownych upomnieniach ambasadora Rosji przez polskie MSZ wspomnianą kwestię powinno się pozostawić, gdyż jej roztrząsanie niczego nie da. 

No dobrze, ale czy mimo wszystko stonowana odpowiedź polskiego MSZ, które ograniczyło się jedynie do lakonicznego komunikatu, jest wystarczająca?

– Ta sprawa powinna być załatwiona kanałami dyplomatycznymi na najwyższym szczeblu. W przeszłości, ale i obecnie mamy do czynienia z wieloma ostrzejszymi stwierdzeniami. Ostatnio wiceprzewodniczący Dumy Rosyjskiej Władimir Żyrinowski wprost stwierdził, że Polska ma sobie zabrać Lwów, tak jak Rosja zrobiła to z Krymem, oraz że wkrótce połowa naszego kraju może być obrócona w ruinę. Co ciekawe, w tej sprawie panuje absolutna cisza. Musimy jednoznacznie artykułować prawdę historyczną, a z drugiej strony dbać o nasze interesy gospodarcze w Rosji.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki