• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Po pierwsze – konsument!

Wtorek, 29 września 2015 (05:01)

Przez kolejne kraje Europy i świata, nie wyłączając Polski, przetaczają się właśnie dyskusje i protesty przeciwko aplikacji, która w szybkim tempie, jak na innowację przystało, zmienia rynek przewozów osobowych, zdominowany do tej przez tradycyjne taksówki.

Już nie tylko zawodowi, licencjonowani kierowcy wożą pasażerów po ulicach naszych miast. Robią to od niedawna również zwykli Kowalscy, chcący dorobić do pensji po godzinach. Wystarczy, że zainstalują w swoich smartfonach odpowiednie oprogramowanie.

Pozornie, spór o przewóz osób jest jak każdy inny. A jednak to test, papierek lakmusowy naszego podejścia do gospodarki. W czym bowiem tkwi klucz do popularności aplikacji Uber, bo o niej mowa? Oczywiście w prostocie i niskich kosztach, tak z punktu widzenia usługodawcy, jak – i to jest w całej sprawie najistotniejsze – usługobiorcy, czyli konsumenta. A w warunkach normalnej, zdrowej gospodarki to jego dobro powinno stać na szczycie hierarchii wartości, których broni państwo.

Ktoś mógłby powiedzieć, że kierowca bez licencji to większe ryzyko pasażera. Tak, ale to JEGO ryzyko i nic nikomu do tego. „Chcącemu nie dzieje się krzywda”, jak mawiali Rzymianie.

Rzecz jasna, pewne regulacje, choćby podatkowe czy ustanawiające ogólne reguły gry rynkowej, są potrzebne, ale nigdy takie, które mogłyby ten czy inny segment wyeliminować, unicestwić. Taksówki z pewnością stracą część klientów, ale przecież nie znikną. Z nowej formy transportu skorzystają klienci bardziej skłonni do ryzyka, z mniej zasobnym portfelem albo po prostu ci, którzy z taksówek do tej pory nie korzystali – studenci, miłośnicy nowinek technologicznych, czasem turyści.

Na rynku jest miejsce dla wszystkich – tanich i drogich linii lotniczych, fastfoodów i ekskluzywnych restauracji, firm pożyczkowych, gdzie dostaje się pieniądze prawie „od ręki”, za to drożej, ale i banków, które skrupulatnie weryfikują zdolność kredytową każdego klienta. Ważne, byśmy mieli prawo wyboru, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie, by istniała rywalizacja, zwana w ekonomii konkurencją, by wreszcie nikogo nie wypychać do szarej strefy lub, co gorsza, do czarnego rynku. Niestety, wiele wskazuje na to, że politycy i urzędnicy tych prostych zasad nie chcą pojąć.

A tak w ogóle, to może, zamiast komuś szkodzić, warto zastanowić się nad tym, jak ulżyć wszystkim? Dlaczego dyskusja nie idzie w tę stronę? Co się z nami stało, że potrafimy już tylko myśleć o eliminacji, negacji, regulacji? Czy doprawdy nie lepiej pójść ku poprawie, niższym cenom i większej wolności?

Dr Marian Szołucha