• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Musimy wygrać Polskę

Piątek, 18 września 2015 (01:20)

Z Bogusławem Nizieńskim, sędzią w stanie spoczynku, byłym Rzecznikiem Interesu Publicznego, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Ekipa profesora Krzysztofa Szwagrzyka ekshumowała 7 września na cmentarzu w Zwięczycy w Rzeszowie szczątki trzech Żołnierzy Niezłomnych: kapitana Władysława Koby, dowódcy rzeszowskiego okręgu WiN, Leopolda Rząsy i Michała Zygi. Dla Pana jako podkomendnego kapitana był to dzień wyjątkowy.

– Ekshumacja zaczęła się o godz. 8.30, zjawiłem się na cmentarzu razem z synem kapitana Koby, Wojciechem, i jego żoną Jadwigą oraz z bratankiem kapitana. Profesor Krzysztof Szwagrzyk wstrzymał się z rozpoczęciem prac do czasu naszego przyjazdu. Okazało się, że wszystko, co przekazywała mi Maria Kobowa, żona kapitana, sprawdziło się. To, że w ogóle odnaleziono miejsce pochówku, to zasługa grabarza ówczesnego podrzeszowskiego cmentarza w Zwięczycy. Obecnie znajduje się on już na terenie Rzeszowa. Tam potajemnie dokonali nocą pochówku.

Raczej ukrycia ciał.

– Rano 1 lutego 1949 roku grabarz zobaczył, że w nocy był jakiś nieznany mu pochówek. Gdy zgłosił się do rzeszowskiej bezpieki, odpowiedziano mu, że sprawa jest jej znana i żeby się tym nie interesował. Domyślił się, o co chodzi.

Jednocześnie rodziny straconych otrzymały skrócone odpisy aktów zgonu, które pokrywały się z datą pogrzebania ciał. Rodziny postarały się o wykonanie ziemnego grobu, ale bez żadnej tabliczki i bez krzyża. Dopiero w 1976 roku pozwolono na bardzo skromny napis: „Zmarli 31 stycznia 1949 roku” i nazwiska. Był jednak ciągle znak zapytania, czy na pewno oni tam leżą.

Po otwarciu grobu wątpliwości zniknęły?

– Okazało się, że pochówek był bardzo płytki, szczątki znajdowały się na głębokości zaledwie 45 cm. Dwóch zamordowanych leżało jeden przy drugim, ściśnięci, głowami do tyłu grobu, na trzecim, który rzucony był twarzą do ziemi. Prawie 11 godzin trwało docieranie do tej ofiary, to były niesłychanie delikatne prace. Poczuliśmy ulgę, kiedy młoda pani archeolog nagle z dołu powiedziała: „Jest głowa”. Czyja? Na razie nie wiadomo.

Patrzył Pan na dół śmierci, który miał na zawsze ukryć okrutną zbrodnię na niewinnych ludziach.

– Proszę mi wierzyć, to straszny widok. Profesor Szwagrzyk zaprosił mnie kiedyś na Łączkę, ale okazuje się, że tam prace są najłatwiejsze, bo ziemia jest piaszczysta. Natomiast to, co widzieliśmy w Rzeszowie, było bardzo przykre: brudne, oblepione gliną i ziemią kości. Mimo to byłem do końca ekshumacji, do godz. 23.00. Nie chcieliśmy w ogóle opuścić tego miejsca, ciągnęło nas jak magnes. Wojciech Koba powiedział, że dla niego to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo spotkał swojego ojca. On przecież go nie znał. Kapitan poprosił, abym jako najmłodszy żołnierz w jego plutonie dywersyjnym „Rak”, a następnie w oddziale leśnym „Prokop”, został ojcem chrzestnym jego syna i przekazał mu wszystko to, co dotyczyło naszej walki.

Panie Sędzio, jaka byłaby dziś Polska, gdyby Niezłomni przeżyli?

– Zabrali nam Polskę w 1944 roku. To zrobili sprzymierzeni. Oni oddali nas w straszny, niewolniczy los. Teraz, kiedy rysują się jakieś szanse, nie wolno nam przegrać. Musimy wszyscy jak jeden stanąć do tego boju, nic nas nie może rozdzielić. Musimy wygrać Polskę. Bo inaczej grozi nam absolutna zagłada moralna.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym