• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Bez wykształcenia, kwalifikacji i zasad moralnych

Czwartek, 3 września 2015 (03:11)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kolejna afera, tym razem „Kwiatkowski-Bury”, miota koalicją PO – PSL, ale jakoś nikt nie podaje się do dymisji. Czy na zachodzie Europy, którą jako wzorcem co rusz podpiera się rząd Ewy Kopacz – podobne standardy byłyby do przyjęcia?

– Z pewnością nie byłyby do przyjęcia w żadnym szanującym się kraju. Natomiast dowody przeciwko obu panom są bardzo mocne, a dzisiaj dodatkowo jeszcze podtrzymane przez szefa CBA, który nawiązując do posła Jana Burego, który pochodzi z Podkarpacia, mówi wręcz o „pajęczynie”, która oplata na zasadzie rozmaitych układów towarzysko-biznesowo-politycznych tamto środowisko i publicznie podkreśla, że w tym procederze wzajemnego wspierania się mogło uczestniczyć ok. 40 osób. Poparcie dla fałszowanych konkursów przez Krzysztofa Kwiatkowskiego zostało udokumentowane w postaci ujawnionych nagrań i stenogramów, jakie wyciekły z prokuratury. W tej sytuacji sprawa nie może być kwestionowana. W tej sytuacji na stanowisku szefa NIK kontrolera kontrolerów osoba skompromitowana nie ma prawa funkcjonować.   

Według doniesień medialnych szef NIK Krzysztof Kwiatkowski, który dotąd nie był kojarzony z aferami, miał załatwiać posady dla współpracowników Ewy Kopacz…

– Przez ostatnie lata Krzysztof Kwiatkowski był kojarzony jako wręcz ikona prawego urzędnika, łącząca funkcję polityka z etosem urzędnika państwowego. Jednak jak się okazuje, było to podwójne oblicze, ponieważ w świetle ujawnionych materiałów wygląda na to, że ma za sobą „wspieranie” czy „promowanie” na stanowiska nie tylko jednej osoby, ale wręcz całej grupy ludzi. Jednych ustawiał na stanowiska dla własnych korzyści, innych zaś wykonując polecenia partyjne czy koalicyjne. Widać, że był to cały proceder, którym się zajmował, w związku z tym stracił swą tożsamość i niezależność państwowca na rzecz partyjnego urzędnika.

Krzysztof Kwiatkowski jako szef NIK wyciągnął na światło dzienne parę spraw, które podważają wiarygodność zarówno rządu Ewy Kopacz, jak i Donalda Tuska. Czy być może sięgnął za daleko i stąd „koledzy” postanowili go za karę odstrzelić?

– Owszem, to prawda, że Kwiatkowski nie był politykiem zbyt popularnym w Platformie Obywatelskiej, dlatego że kilka lat temu dokonał rozłamu w łódzkich strukturach tego ugrupowania, a także w Radzie Miasta Łodzi. Przypomnę, że trzech związanych z nim radnych odeszło z Platformy, zakładając własne odrębne koło. Kwiatkowski był także politycznym rywalem najpierw lokalnym, a potem na skalę ogólnopolską Cezarego Grabarczyka, kolejnego łódzkiego polityka, głównego architekta tzw. spółdzielni, która wciąż trzęsie od wewnątrz Platformą. Ujawnienie sprawy Kwiatkowskiego – i to w przededniu wyborów – rodzi pytanie, czy ktoś za tym nie stał i czy nie jest to skorelowana akcja polityczna jego dawnych partyjnych kolegów. Jako szef NIK Kwiatkowski rzeczywiście opublikował kilka raportów, które pokazują kulisy funkcjonowania różnych instytucji pod rządami Platformy, czym mógł się narazić w kręgu własnego obozu politycznego.

Okazuje się, że kolejną osobą z rządzącej koalicji, która może być zamieszana w tę korupcjogenną historię, mającą załatwiać pracę w NIK swojemu znajomemu jest Julia Pitera. Była pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją, słynąca z umoralniania innych, sama stosuje podwójne standardy…

– To widać pewna norma w Platformie, że ci, którzy próbują pouczać innych, sami mają wiele za uszami, ale do tego chyba zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Dla mnie kariera Julii Pitery jest zadziwiająca. Jest to osoba bez istotnego wykształcenia, która po drodze przeszła przez kilka środowisk politycznych, za to jest wyróżniającą się medialnie, będącą w stanie wypowiadać się autorytatywnie w wielu różnych dziedzinach. Julia Pitera nie jest jednak wyjątkiem, bo polityków tego formatu w Platformie jest cała grupa. Z całą pewnością do tego grona można zaliczyć posłów: Adama Szejnfelda, Marcina Kierwińskiego, Andrzeja Halickiego czy Pawła Grasia, a więc ludzi, którzy nie mają jakiegoś konkretnego wykształcenia, którzy nie bardzo wiadomo, jaki zawód uprawiali czy w jakiejkolwiek dziedzinie się specjalizowali. Tymczasem od razu niejako z marszu weszli w życie polityczne i od razu byli przymierzani do różnych funkcji, a niektórzy te funkcje nadal pełnią. Nie bardzo wiem, jakie kwalifikacje posiada Andrzej Halicki, żeby piastować funkcję ministra administracji i cyfryzacji, nie umiem też powiedzieć, jakie kwalifikacje mogły predestynować Julię Piterę do objęcia stanowiska pełnomocnika rządu ds. walki z korupcją, a także jakie kwalifikacje do jakiegokolwiek urzędu miał Paweł Graś, który na pewnym etapie był nawet koordynatorem ds. służb specjalnych. Wreszcie, jakie kwalifikacje ma Marcin Kierwiński, żeby zarządzać Kancelarią Prezesa Rady Ministrów czy doradzać premierowi polskiego rządu. Takie przykłady ludzi „od wszystkiego” i od niczego zarazem w szeregach Platformy można mnożyć. Oczywiście nie sposób pominąć w tym gronie Sławomira Nowaka, którego zawód, profesja i doświadczenie są mi bliżej nieznane, co wcale nie przeszkadzało Donaldowi Tuskowi obsadzać go w odpowiedzialnych rolach, włącznie z rolą ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Julia Pitera jest ikoną tej grupy polityków Platformy, którzy nie tylko nie mają odpowiedniego wykształcenia i kwalifikacji, ale – jak się dzisiaj okazuje – także zasad moralnych.         

Poseł Jan Bury, który przerwał milczenie, uważa, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Twierdzi, że „rekomendował” wiele osób na stanowiska, mało tego ubolewa, że stał się ofiarą służb, które – jak twierdzi – bardziej inwigilują dzisiaj  niż było to za rządów PiS…

– Wypowiedź posła Jana Burego, że mamy do czynienia z państwem policyjnym bardziej posuniętym niż za rządów Prawa i Sprawiedliwości, jest zdumiewająca. Wygląda na to, że Jan Bury zapomniał, że jest posłem od ośmiu lat rządzącej koalicji PO – PSL i to, jak funkcjonują urzędy i służby, to efekt polityki jego rządu. Dla mnie zadziwiający jest fakt, że państwo polskie przez bodajże trzy lata – bo tyle zdaje się toczy się postępowanie sprawdzające Jana Burego – nie jest w stanie poradzić sobie z tą sprawą. Wniosek: albo sprawa ta była dotychczas tuszowana i politycy rządzącej koalicji PO – PSL oraz służby robili wszystko  aby zamieść tę sprawę pod dywan i przypadkiem nie dotknąć Burego, albo wynika to z nieudolności tego państwa. Z obu stron mamy sytuację zadziwiającą, bo znowu jakaś sprawa dojrzewa i wychodzi w kampanii wyborczej. Przecież w przypadku posła Jana Burego z tego typu historiami mamy do czynienia co parę miesięcy podczas kampanii samorządowej czy wyborów ogólnopolskich itp. Mam wrażenie, że toczy się tu jakaś gra, w której głównym bohaterem jest ten polityk.     

Każda afera w ostatnich ośmiu latach, począwszy od Amber Gold, ma swoich ojców chrzestnych, którzy funkcjonują w środowisku obecnej władzy. Jaki z tego płynie wniosek?

– Afera Amber Gold ma już parę lat i zawsze się zastanawiałem, co zresztą wyraziłem z trybuny sejmowej, czy to możliwe, że w końcu młody, bo dwudziestoparoletni człowiek mógł samodzielnie czy z żoną kierować parabankiem, czy był w stanie sam zainwestować w linie lotnicze i ściągnąć nowe samoloty pasażerskie z Niemiec. Tych afer było wiele. Jeżeli do tego dodamy aferę z podsłuchiwaniem najważniejszych osób w państwie, w tym premiera w wilii chronionej przez służby, to nasuwa się jeden wniosek, który płynie z nagranej wypowiedzi min. Sienkiewicza, który poznał te służby i cały aparat władzy od podszewki i jednoznacznie stwierdził, że państwo to działa tylko teoretycznie. Dlatego z nadzieją oczekujemy na październikowe wybory i odsunięcie od władzy skorumpowanej, skompromitowanej władzy i dokonanie radykalnych, ale koniecznych zmian także w mediach. Wczoraj, 1 września, mieliśmy okazję  zaobserwować na Westerplatte, że media w tak ważnym dla polskiej historii dniu nie są w stanie zaakcentować tego, co jest istotne, przekazu, który płynie dla nas, Polaków, z rocznicy wybuchu II wojny światowej, a skupiają się na mało istotnych szczegółach. Większość mediów nie dorosła do roli, jaką ma spełniać wobec społeczeństwa, i nawet nie próbowała w sposób obiektywny przekazać tego, co zrobiła premier Ewa Kopacz, która w swoim przemówieniu w niegodziwy, małostkowy i niestosowny sposób czyniła uwagi. Natomiast uwaga dziennikarzy była skupiona na tym, czy ktoś komuś podał rękę, czy nie. I z tego robi się aferę zastępczą, która ma za zadanie przykryć afery z udziałem Kwiatkowskiego, Burego, afery taśmowe i wiele innych. Czekamy zatem na wybory 25 października, gdzie jest szansa, że dokona się głęboka jakościowa zmiana życia politycznego w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki