• Czwartek, 9 kwietnia 2026

    imieniny: Marcelego, Dymitra

Badania do mocnej korekty

Wtorek, 6 listopada 2012 (02:10)

Z Ignacym Golińskim, pilotem, byłym członkiem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, rozmawia Marcin Austyn

Zaskoczyły Pana informacje na temat śladów materiałów wybuchowych na wraku?

- Tego na pewno nie wiemy, bo prokuratura twierdzi, że nie ma ostatecznych wyników badań w tym zakresie. Przypomnę jednak, iż zwracałem uwagę na to, że ucięcie skrzydła samolotu przez brzozę jest dla mnie wciąż mało wiarygodne. Ono składa się z podłużnych żeber i dźwigara chromomolibdenowego lub ze stali o największej wytrzymałości i taka brzoza powinna być przez skrzydło ucięta jak siekierą. Pyta pan, czy te ślady mogą świadczyć o eksplozji... Na pewno przybliżałyby nas do tej hipotezy.

Dlaczego nie natrafiono na nie wcześniej?

- Być może to efekt tego, że od samego początku badania okoliczności tej katastrofy popełniane były błędy. Trzeba było np. zażądać wykonania dokumentacji fotograficznej, filmowej miejsca katastrofy z powietrza. Wtedy widoczne byłoby rozłożenie elementów tuż po katastrofie. Teraz od ekspertów słyszymy, że skrzydło poleciało do przodu na zasadzie impetu. Zgadzam się z tym, ale dlaczego odleciało na bok? Czy mógł być to skutek wybuchu? Kiedy bada się wypadek lotniczy, istotne jest położenie wszystkich części, bo przyczyn katastrofy dochodzi się po kolejnych śladach. Oczywiście te bardzo drobne części są trudne do odnalezienia, ale nie jest to niemożliwe. Przypomnę tu badanie katastrofy w Lockerby. Tam mały element bomby, mierzący zaledwie 2x4 cm, doprowadził do odkrycia, że doszło do zamachu. I w tym kontekście sposób, w jaki Rosjanie "zagrabili" miejsce katastrofy, daje do myślenia.

Chorąży Remigiusz Muś twierdził, że godzinę po katastrofie elementy samolotu były przemieszczane i dokumentowane. To normalne?

- Tego nie wolno było robić, bo takie działania zamazują obraz katastrofy.

W Smoleńsku, na terenie lotniska, był poligon moździerzowy, czy ewentualna obecność materiałów wybuchowych może mieć związek z działaniami w czasie II wojny światowej?

- To jakaś bzdura. Skąd zatem znalazłyby się one na fotelach? Dodam tu, że na podstawie właśnie śladów materiałów wybuchowych można by ustalić - za pomocą pomiaru ich natężenia (po ustawieniu foteli, tak jak były zamontowane przed wypadkiem), miejsce ewentualnego wybuchu.

18 czerwca 2010 r. Wojskowy Instytutu Chemii i Radiometrii w Warszawie nie stwierdził obecności śladów materiałów wybuchowych. Ale też badania powtórzono. Wyniki mogły być niepełne?

- Tego nie wiem, bo nie dysponuję dokumentacją. Jednak osobiście mam pewne wątpliwości co do rzetelności badań wykonywanych w Rosji wcześniej. Jak wiemy, polscy eksperci nie mieli wtedy swobodnego dostępu do miejsca katastrofy. To, że po dwóch latach, mimo że wrak nie był przykryty, był zniekształcony, niszczony, a nawet sugerowano, że był umyty, a rzekomo znaleziono jakieś ślady materiałów wybuchowych, jest ciekawe.

Edmund Klich twierdzi, że komisja ministra Jerzego Millera nie dopełniła obowiązków, bo nie badała wraku. W tej sytuacji "raport Millera" powinien być w ogóle zamknięty?

- Jeśli coś nie zostało przez komisję wykonane, to nie miała ona prawa zakończyć prac nad raportem. Jeśli były jakiekolwiek wątpliwości np. co do wybuchu, to komisja powinna była zażądać badań, obecności ekspertów i potem zająć stanowisko. W razie potrzeby komisja powinna była zaangażować do pracy tylu ekspertów, ilu zapewniłoby rzetelne wyjaśnienie przyczyn katastrofy.

Próbowano reanimować tezę o wznowieniu prac komisji Millera?

- Ponowne powoływanie komisji Millera mija się z celem, bo ta komisja już raz się wypowiedziała na temat katastrofy. Wznowienie badania jest potrzebne w ramach, powiedziałbym, komisji polskiej, ale nie komisji Millera. To gremium powinno czerpać z doświadczenia międzynarodowych ekspertów. To najlepsze rozwiązanie. Komisja powinna być niezawisła i mieć nieograniczone możliwości, szczególnie jeśli chodzi o sięganie po opinie ekspertów czy ustalanie zakresu badań.

Od którego momentu zacząć badania? Można bazować na ustaleniach komisji Milera? A może wystarczy zaufać zespołowi, który pracuje dla prokuratury wojskowej?

- Z pewnością bardziej skory jestem przychylić się do prac zespołu prokuratury niż do ustaleń komisji Millera. Oczywiście nie można wyrzucić wszystkiego, co wytworzyła ta komisja. To, co zostało poprawnie przeprowadzone, trzeba zostawić. Ale jeśli będzie taka potrzeba, to badania należy zacząć od początku. Wiemy też, że wielu kwestii komisja Millera nie zweryfikowała. Dotąd np. nie wiemy, dlaczego samolot znalazł się poniżej wysokości 100 m, dlaczego załoga miała stare mapy lotniska Siewiernyj, dlaczego samolot miał zbyt dużą prędkość schodzenia, dlaczego silniki odchodzącego na drugi krąg samolotu tak głośno wyły, a miały ok. 60 proc. obrotów? Tego jak dotąd nie wyjaśniło żadne z gremiów zajmujących się badaniem okoliczności katastrofy.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn