• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Państwo ma stać po stronie obywatela

Sobota, 29 sierpnia 2015 (04:12)

Z Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych, członkiem Rady Forum dla Wolności i Rozwoju „Law4Growth”, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak odbiera Pan zapowiedź zagranicznych banków, które w przypadku zmiany prawa, jakie – ich zdaniem – obciąży je kosztami przewalutowania tzw. kredytów frankowych, straszą pozwami sądowymi?

– Może to zabrzmi zaskakująco, ale ja osobiście się bankom nie dziwię. Menedżerowie, właściciele i inni pracownicy tych instytucji są powołani do tego, żeby bronić ich interesów. Dziwię się natomiast politykom, którzy zbyt gorliwie wchodzą w rolę obrońców instytucji finansowych i sektora bankowego. W swojej retoryce twierdzą, że koszty ustawy dotyczącej restrukturyzacji czy w zasadzie przewalutowania kredytów frankowych banki natychmiast przerzucą na wszystkich swoich klientów. Jeśli przyjmiemy takie rozumowanie, to oznaczałoby, że banki muszą z jakiegoś powodu – nie bardzo rozumiem, z jakiego – uzyskać w danym roku z działalności w Polsce określony zysk nie niższy niż 16-17 miliardów złotych. Przypomnę, że w ostatnich latach o takiej kwocie w tym kontekście mówiliśmy i taka też była prognozowana kwota zysku na bieżący rok. Tymczasem w gospodarce rynkowej czasami zarabia się więcej, a czasami mniej. Jeśli banki będą zmuszone do dania klientowi możliwości przewalutowania jego kredytu frankowego, to jednocześnie ograniczone zostaną zyski ich właścicieli, a konkurencja, która na rynku bankowym istnieje, nie pozwoli na to, żeby banki przerzuciły całość kosztów na pozostałych swoich klientów. I tego niektórzy politycy w swoim albo niezrozumieniu dla podstawowych zasad ekonomii, albo w swojej nadgorliwości czy zacietrzewieniu w obronie zwłaszcza zagranicznych banków nie rozumieją.

Jak ocenia Pan tę ustawę o przewalutowaniu tzw. kredytów frankowych?

– Do tej ustawy podchodzę sceptycznie. Widzę w niej wiele elementów, które są – delikatnie mówiąc – niewłaściwe. I tu już nie chodzi nawet o proporcje podziału tego kosztu, o który się teraz parlamentarzyści spierają – 90 do 10 i 50 na 50 – ale o to, że ustawa ta wyklucza z zasad jej obowiązywania znaczną część kredytobiorców frankowych. Przypomnę, że jest tam mowa o kryteriach dotyczących np. metrażu mieszkania i domu, liczby dzieci, czynnika współczynnika LTV. A więc wartości kredytu do wartości nieruchomości to są wszystko kryteria, które mają się nijak do kwestii, jaką powinniśmy rozstrzygnąć w pierwszej kolejności, a mianowicie czy dany klient brał kredyt frankowy, świadomie ryzykując, a nawet spekulując, czy też został w ten kredyt przez bank wrobiony. Jeżeli tak się działo, to bez wątpienia takim kredytobiorcom należy pomoc i bank powinien im również zrekompensować poniesione straty. A przede wszystkim należałoby podjąć działania, które ograniczyłyby ryzyko finansowe dla nich na przyszłość.

Podziela Pan wszystkie oczekiwania kredytobiorców frankowych?

– Nie mogę powiedzieć, że zgadzam się ze wszystkim, czego oczekują kredytobiorcy frankowi. Wygląda na to, że przynajmniej część tego już zorganizowanego środowiska chciałaby mieć kredyt w złotym polskim, oprocentowany według szwajcarskiej stopy procentowej. Niestety, takie rzeczy się w naturze nie zdarzają. Dlatego strona tzw. społeczna powinna przyjąć odrobinę mniej roszczeniową postawę, bo jeśli wszystkie postulaty frankowiczów zostałyby spełnione, to wówczas pokrzywdzeni mogliby się czuć bardziej uprzywilejowani od tych, którzy zaciągnęli kredyty w złotych.

Czy polski rząd wywiązał się należycie ze swoich obowiązków? Mam na myśli ochronę swoich obywateli.

– Do władzy publicznej można mieć sporo zastrzeżeń i nie chodzi tu tylko o takie czy inne niewłaściwe zapisy ustawowe, o których rozmawiamy, ale o to, że rząd źle zabrał się do rozwiązania tego problemu. Wstępnie należało zorganizować coś w rodzaju trójkątnego stołu z udziałem przedstawicieli organów państwa, głównie Komisji Nadzoru Finansowego i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, które są do tego powołane, z udziałem strony społecznej wspomnianych już zorganizowanych stowarzyszeń kredytobiorców frankowych oraz banków – tyle że bardziej przedstawicieli organów właścicielskich niż poziomu menedżerskiego. Przy tym trójkątnym stole uważam, że można by osiągnąć porozumienie, które następnie zostałoby przekute w odpowiedni projekt ustawy. Dalsze trwanie przy status quo z kredytami frankowymi nie jest bowiem w interesie żadnej ze stron. Dla kredytobiorców frankowych jest to oczywiste, ale również banki mogą czuć się zagrożone, bo jeśli nadal frank szwajcarski będzie rósł w siłę, to również instytucje bankowe mogą mieć problem z rosnącą ilością niespłacalnych, nieobsługiwalnych kredytów. Z punktu widzenia państwa taki stan mógłby zagrozić stabilności systemu finansowego, za które państwo odpowiada. Wreszcie sprawa najważniejsza – na początku naszej rozmowy powiedziałem, że nie dziwię się bankom, które dzisiaj przyjmują taką, a nie inną postawę, walcząc o swój interes. Jednakże państwo, a w tym wypadku parlamentarzyści jako przedstawiciele jednego z trzech rodzajów władzy publicznej, czyli władzy ustawodawczej, są od tego i za to biorą pochodzące z naszych podatków pieniądze, żeby bronić interesów obywatela, a nie podmiotów gospodarczych, zwłaszcza podmiotów zagranicznych. Na szczycie piramidy hierarchii wartości powinien zawsze stać interes konsumenta, który powinien być objęty przez państwo szczególną ochroną, bo w starciu z tak potężną instytucją, jaką jest bank, ma niewielkie szanse. W tej relacji istnieje bowiem coś w rodzaju asymetrii informacji i możliwości działania oznacza, że państwo musi dbać, żeby tej uprzywilejowanej asymetrycznej pozycji banki nie wykorzystywały.

Tymczasem rząd, ulegając presji i groźbom, wyraźnie wspiera banki w tych działaniach…

– Senatorowie z przewodniczącym Komisji Budżetu i Finansów Publicznych senatorem Kazimierzem Kleiną twierdzą, że nie chcą wylać dziecka z kąpielą, nie chcą za pomocą ustawy, o której rozmawiamy, doprowadzić do destabilizacji sektora finansowego. Mam nadzieję, że rzeczywiście przemawia przez nich tylko ta troska, a nie coś innego. Natomiast chciałbym uspokoić obawy, a mianowicie przewalutowanie kredytów frankowych – zwłaszcza że przy kryteriach, o których wcześniej wspomniałem, nie będzie dotyczyło aż tak dużej ilości kredytobiorców – niczemu i nikomu tak naprawdę nie zagrozi, oczywiście oprócz tego, że w najbliższych miesiącach uszczupli zyski banków. Koszty przewalutowania kredytów walutowych, jakie są podawane przez niektóre środki masowego przekazu, też są wyolbrzymione, zwłaszcza że część z nich dotyczy kosztów utraconych możliwości w przyszłości, a więc nie tego, co bank będzie musiał teraz po wejściu w życie ustawy wyłożyć na stół – mówiąc kolokwialnie – ale ile mniej zarobi w przyszłości. To jest zgodne z naturą gospodarki rynkowej – raz zarabia się mniej, a raz więcej.

Wspomniał Pan wcześniej, że ustawa ta, o ile wejdzie w życie, będzie omijała dużą część kredytobiorców frankowych. O jakiej liczbie mówimy?

– Szacuje się, że z tej ustawy może skorzystać jedynie ok. 12 proc. kredytobiorców. Myślę, że ci, którzy nie zostaną objęci tym kryterium, sami zwrócą się do banków o restrukturyzację kredytów – taką, jaką przewiduje ta ustawa. Część kredytobiorców frankowych będzie jednak chciała pozostać przy obecnych zasadach, co nie jest wykluczone. Myślę, że w tym gronie znajdą się ci kredytobiorcy, którzy chcą spłacać swoje raty do końca okresu trwania umowy zgodnie z harmonogramem, oraz ci, którzy zaciągali kredyty frankowe po względnie wysokim kursie w stosunku do obecnego wynoszącego ok. 4 złotych. Natomiast na przewalutowanie będą się decydowali ci, którzy zadłużoną nieruchomość chcą sprzedać, albo ci, którzy dysponują dzisiaj większymi środkami i mogliby za jednym razem spłacić taki kredyt. Do tego grona należy też zaliczyć osoby, które brały kredyty po rekordowo niskich kursach franka, oscylujących wokół 2 złotych.

Chciałbym jeszcze zapytać o kwestie dotyczące moralności w sferze finansowej. Banki chcą, aby traktować je jako instytucje zaufania publicznego. Jak zatem nazwać wciąganie przez te instytucje klientów w pułapki kredytowe, bo chyba tak należałoby określić tzw. kredyty frankowe?

– Dla banków cała ta historia związana z kredytami frankowymi też jest nauczką, żeby kredytobiorcom – swoimi klientom – nie oferować nadmiernie ryzykownych instrumentów finansowych, bo prędzej czy później również na bankach się to zemści. Myślę, że niektórzy bankowcy nie docenili ryzyka walutowego w przypadku kredytów we franku szwajcarskim, inni natomiast ulegli pokusie szybkiego zarobku, jak to określają finansiści – zrobienia szybkiego wyniku finansowego.

Dlaczego?

– Dlatego, że spready bankowe, które wtedy przyjmowano, a więc różnica pomiędzy kursem oficjalnym czy nawet rynkowym a kursem przyjmowanym przez bank do rozliczenia kredytu z klientem, była tak duża, że banki zarabiały na każdym kredycie jednorazowo kilkanaście, a czasami nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wówczas taki sprzedawca kredytu mógł się pochwalić takim, a nie innym – nazwijmy to – osiągnięciem przed dyrektorem, dyrektor przed swoim zwierzchnikiem itd. Trudno takie postępowanie nazwać odpowiedzialnym czy uczciwym i trudno przypisać je do instytucji, która chciałaby uchodzić za instytucję zaufania publicznego. Myślę, że bankowcy również z tej lekcji, jaką są obecnie w Polsce kredyty frankowe, wyciągną wnioski i mam nadzieję, że z podobnymi sytuacjami będziemy się spotykali w przyszłości już znacznie rzadziej.

Czy jednak mimo wszystko banki, czerpiąc tak ogromne zyski z udzielanych kredytów, nie powinny ponosić też odpowiedzialności w przypadku niepowodzenia, a nie składać wszystko na karb swoich klientów?  

– Zdecydowanie banki powinny brać na siebie odpowiedzialność odważniej, niż robią to dotychczas. Z kolei państwo powinno działać bardziej prewencyjnie niż tylko reaktywnie i ewentualnie represyjnie, jak to ma miejsce dzisiaj. Tak czy inaczej na przyszłość odpowiedzialnością powinny się wykazywać wszystkie trzy strony: strona społeczna i na tym polu w dziedzinie edukacji jest sporo do zrobienia, strona władzy publicznej i strona bankowa również. Tu każdy niestety powinien się uderzyć we własne piersi. Sytuacja każdego indywidualnego odbiorcy jest pewnie inna i powinna być rozpatrzona indywidualnie. Tak czy inaczej pomiędzy klientem a bankiem jest asymetria informacji i możliwości działania. Z tej asymetrii wynika ich uprzywilejowana pozycja i jeśli tak jest, to logicznym wnioskiem jest przyjęcie przez bank przynajmniej części odpowiedzialności za to, co się działo z kredytami walutowymi w Polsce przez ostatnie lata.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki