• Poniedziałek, 11 maja 2026

    imieniny: Lutogniewa, Mamerta

Unia budowniczym zagrożenia terrorystycznego

Wtorek, 25 sierpnia 2015 (11:22)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Polska ma przyjąć w ciągu dwóch najbliższych lat 1100 migrantów od Włoch i Grecji, ponadto zaoferowała gotowość przyjęcia 900 uchodźców przesiedlanych bezpośrednio z obozów poza UE. Czy w tym dopasowywaniu się do unijnych trendów sami sobie nie gotujemy problemu terrorystycznego?

– Oczywiście wszystko zależy, kim będą imigranci, którzy do nas trafią. Wiele też zależeć będzie od tego, czy, po pierwsze, jesteśmy w stanie wyselekcjonować ludzi, którzy dawaliby jakąś rękojmię czy też nadzieję na asymilację w Polsce. Po drugie, czy jesteśmy w stanie sprawdzić ich tożsamość, żeby mieć pewność, że ci ludzie nie mieli kontaktu z jakimś ruchem dżihadystycznym. Tak czy inaczej wątpię, czy jesteśmy w stanie to zrobić, czy polskie służby będą w stanie rzetelnie sprawdzić daną tożsamość, zwłaszcza że, jak pamiętamy, nasze służby nie były w stanie upilnować bezpieczeństwa urzędników państwowych, którzy byli podsłuchiwani przez lata w warszawskich restauracjach. Wreszcie, po trzecie, istnieje obawa, że jeśli już ściągniemy te kilka tysięcy uchodźców z krajów Afryki, Libii czy Bliskiego Wschodu, czy oni nie będą – a prawo stwarza im taką możliwość – ściągać do Polski członków swojej rodziny. To zaś powoduje, że planowana liczba uchodźców, a tym samym społeczność obca nam kulturowo, może się powiększać.

Czy jest możliwa asymilacja tych ludzi – jak mówi Pan: obcych nam kulturowo i religijnie – z polskim społeczeństwem?    

– Teoretycznie istnieje taka możliwość, ale doświadczenie krajów Europy Zachodniej uczy, że społeczności muzułmańskie nie asymilują się. Przeciwnie, tworzą własne enklawy czy getta i domagają się warunków, czy wręcz żądają oficjalnego wprowadzenia prawa szariatu, które pozwala im żyć według własnych wzorów kulturowych. To wszystko powoduje poważne wątpliwości i pozwala postawić pytanie, czy taka operacja ma jakikolwiek sens. Przecież ci ludzie, uciekając z terenów takich jak Afryka Północna czy Bliski Wschód, nie mieli zamiaru przedostać się do Polski, a ich celem były kraje Europy Zachodniej, gdzie są duże skupiska ludności muzułmańskiej, gdzie żyją już ich krewni czy znajomi. Istnieje zatem możliwość, że spora część tych uchodźców po kilku miesiącach wyjedzie z Polski i cała ta operacja może okazać się jałowa i będzie jedynie wyrzuceniem pieniędzy, na których nadmiar w Polsce raczej nie narzekamy.     

Otwieranie granic Europy dla muzułmańskich migrantów to w ogóle dobry pomysł?

– Moim zdaniem, to zły pomysł. Europa, biorąc pod uwagę wartości, z jakich wyrasta i jakimi żyje, oczywiście powinna przyjmować ludzi, których życie jest zagrożone, bo działali w swoich krajach na rzecz demokratyzacji, ale takich ludzi jest garstka. Natomiast zdecydowana większość uchodźców są to uciekinierzy z przyczyn ekonomicznych. Są to zatem ludzie, którzy chcą sobie podnieść poziom życia, który w ich rodzinnych krajach jest bardzo niski. Europa, owszem, powinna pomagać imigrantom, ale to się wiąże z kosztami organizacji obozów przesiedleńczych czy uchodźczych. Dwa lata temu miałem okazję odwiedzić taki obóz – wspierany finansowo przez niemal cały świat, obóz na pograniczu Jordanii z Syrią, gdzie przebywało 120 tysięcy Syryjczyków. Warunki życia były tam znośne, bo była woda, prąd, szkoły dla dzieci, place zabaw, wreszcie sklepy. W takim obozie istnieje możliwość przetrwania przez jakiś czas, natomiast przyzwolenie na przyjazd tysięcy, a niewykluczone, że nawet milionów ludzi, zwłaszcza do państw Europy, powoduje problemy. Należy się też liczyć z zagrożeniem dżihadystycznym. Są to ludzie inni od nas, którzy kulturowo nie zasymilują się z naszym społeczeństwem. Owszem, oni bardzo chętnie tu przybędą, żeby żyć w Europie, korzystać z naszych standardów ekonomicznych, ale trzeba pamiętać, że większość z nich wychowała się w krajach muzułmańskich i, nie łudźmy się, nie zaakceptują naszych chrześcijańskich wartości. I nawet jeśli w początkowym okresie żeby zdobyć pracę, mogą sprawiać wrażenie, że akceptują nasze prawo, to w perspektywie czasu, po tym, jak się zadomowią na dobre, obrosną w dobra materialne i uzyskają prawo stałego pobytu, a więc świadomość, że nikt ich stąd nie wyrzuci, to wówczas zaczynają tworzyć enklawy muzułmańskie dla własnego społeczeństwa, enklawy, które nie dopuszczają naszych wartości, a nawet naszego prawa. Przykładem chociażby Francja czy Wielka Brytania, gdzie policja nawet nie wchodzi w obawie przed zamieszkami. Są to enklawy, nad którymi państwo gospodarz właściwie nie ma kontroli.

Watykański dyplomata ks. abp Silvano Tomasi radzi, aby od muzułmańskich migrantów domagać się zaakceptowania naszych wartości. Dlaczego więc Unia Europejska nie stawia takich wymagań?

– Tradycja muzułmańska dopuszcza zgodę na warunki, które stawia ktoś spoza tej kultury, ale tylko na pewien czas. Religia wymusza jednak powrót do źródeł. Dlatego dobry muzułmanin będzie zawsze dążył do tego, aby kierować się nie prawem lokalnym, ale bezwzględnie zasadami Koranu. Może więc przez jakiś czas udawać, ale docelowo będzie dążył do życia według własnych zasad. Zresztą takie zasady, jakimi my się w życiu kierujemy, jak tolerancja, jak konsensus, mają dla nich zupełnie inne znaczenie. Inne jest także ich podejście do rozwiązywania tych problemów.  

Z tego, co Pan mówi, wynika, że tak na dobrą sprawę Europa szykuje sobie problem, i to na własne życzenie. Nagłaśniany ostatnio przykład islamisty z kałasznikowem obezwładnionego przez amerykańskich żołnierzy we francuskim pociągu chyba najlepiej pokazuje, z jakim zagrożeniem możemy mieć do czynienia…

– To jest namacalny fakt. Oczywiście nie wiadomo, jak się to wszystko ułoży w dłuższej perspektywie. Jest taka prawidłowość, która wynika nie z teorii, ale praktyki życia, że pierwsze pokolenie muzułmanów, które przyjeżdża do kraju europejskiego, skupia się na pracy, aby się dorobić, kupić mieszkanie, wychować i zapewnić dzieciom możliwie najlepsze wykształcenie i start w dorosłe życie. Drugie pokolenie to dzieci zasymilowane z odpowiednim wykształceniem, a przynajmniej z dobrym zawodem, natomiast trzecie pokolenie, a więc dzieci tych już zadomowionych i usytuowanych emigrantów, zaczyna odkrywać swoją tożsamość. Są to ludzie, którzy w dorobku nie mogą przeskoczyć swoich rodziców, często żyjący na ich garnuszku. Na zachodzie Europy to pokolenie 30-latków jest określane mianem pokolenia „tysiąca euro” i właśnie ci ludzie zaczynają poszukiwać swoich korzeni kulturowych. Od dziadków, którzy już są na emeryturze, uczą się tradycji, w jakiej żyli ci przodkowie w kraju, z którego przed laty wyemigrowali. I to właśnie ci młodzi ludzie stają się najczęściej terrorystami, którzy domagają się powrotu do ich tradycyjnego sposobu życia, próbując siłą i przemocą narzucić zasady islamu w kraju europejskim.

Czy, biorąc pod uwagę zagrożenie terrorystyczne, nie lepszym rozwiązaniem byłyby działania społeczności międzynarodowej na rzecz poprawy sytuacji w krajach, z których pochodzą migranci, zamiast otwierania granic do Europy?

– Problemem Unii Europejskiej jest to, że wspólnota państw jest zafiksowana na wysoki kurs euro i wydaje grube miliardy, aby ratować maleńką gospodarkę grecką w imię utrzymania tej utopii, natomiast nie ma już ani możliwości, sił, ani środków, aby wyłożyć miliardy euro, żeby pomóc tych afrykańskim krajom czy krajom Bliskiego Wschodu z uporaniem się z problemami tam na miejscu. I to jest właśnie zasadniczy problem. Jeżeli dalej będziemy się koncentrować na utrzymaniu ze względów ideologicznych utopii – waluty, to niestety będziemy ponosić poważne konsekwencje w postaci migracji, a co za tym idzie – narażać na szwank bezpieczeństwo ludzi.

A zatem jest to kwestia priorytetów?

– Dokładnie tak, jest to kwestia priorytetów. Europa musi zrozumieć, że jej bezpieczeństwo ma być ponad interesami ekonomicznymi i utrzymaniem utopijnej wspólnej waluty euro czy koncepcji Unii Europejskiej, czyli federalizmu fiskalnego pojmowanego jako ideologia polityczna. To błędna koncepcja, która przynosi więcej szkód niż pożytku.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki