Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!
Czwartek, 20 sierpnia 2015 (12:39)Wczesne wstawanie wcale nie musi się wiązać z jękiem rozpaczy i chęcią jak najszybszego powrotu do łóżka. Przynajmniej takiego zdania są niniwici, których czwórka z przodu na budziku wcale nie przeraża. Tym bardziej że owoce tak wczesnej pobudki bardzo szybko dojrzewają i przepysznie smakują!
Good morning! – dźwięcznie rozbrzmiało w uszach jeszcze zaspanych rowerzystów. Jest 4.45 rano. Gdy miasto York jeszcze śpi, w jednym z domów zaczyna się powolna krzątanina. Wyprawowicze niespiesznie się budzą, by o 5.00 uczestniczyć we Mszy św. Oczekuje na nią już gospodarz, a po kilku minutach dołącza do niego żona. Kolejne przychodzą dzieci, na pierwsze czytanie jeden syn, na psalm drugi. Niczym robotnicy z dzisiejszej Ewangelii, rozpoczynający pracę o coraz to późniejszych godzinach. Każdy jednak zostanie równo nagrodzony – obecnością Boga i wielką radością!
Po Mszy św. wszyscy jedzą wspólne śniadanko: płatki z mlekiem w ilościach odpowiadających liczebności tegorocznych podróżników, czyli super dużych. Wyjazd z domu w York nie należy do łatwych, jako że rowerzyści bardzo zżyli się z życzliwymi gospodarzami. Przed pożegnaniem kobieta serdecznie dziękuje za tak silne świadectwo wiary, jakim dzieli się NINIWA Team, określając całą wyprawę mianem „fantastic”! Po czym rodzinka żegna się z rowerzystami niczym z najbliższą rodziną.
Pierwszy dystans przebiega wyjątkowo sprawnie. Jak mówi Wojtek Kimel, wszystko dzięki tak wczesnej porze, gdy człowiek właściwie jeszcze śpi na rowerze, nawet nie wie, kiedy kilometry przelatują. Poza tym jest zdecydowanie mniejszy ruch na drogach, jest jeszcze chłodno i czuć energię budzącego się dnia. No tak, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! Jako bonus dzisiaj rowerzyści otrzymują wiatr w plecy i przyjemnie grzejące słońce. W takich warunkach przejeżdżają 60 km, pół godziny przerwy i kolejny dystans. Przed następną przerwą zaczyna się festiwal dziurawych dętek, który wygrywa Jola liczbą 2, deklasując przeciwników Ninę i Mateusza z pojedynczymi „kapciami”. Trzeci dystans wiąże się aż z trzema wywrotkami – Oli, Marleny, której przy okazji rozrywa się łańcuch, oraz Ojca Lidera. Jak podaje grupa, ostatnia wywrotka była wyjątkowo niespodziewana, wszak o. Tomek ni stąd, ni zowąd wywrócił się na prostej drodze. Hmm, ciekawe jaki konkretnie odcień mają niebieskie migdały…
Do awarii dnia dzisiejszego dopisujemy jeszcze popsuty pedał Leszka, którego właściciel niestety musiał zaopatrzyć się w nowy. Dlatego na drugiej przerwie Leszek w towarzystwie Piotrka udaje się na poszukiwanie sklepu rowerowego. W tym czasie reszta grupy najprawdopodobniej zaczerpnęła od Ojca Lidera migdałową fascynację i zapominając o dwóch współwyprawowiczach, wyrusza w dalszą drogę. Otrzeźwienie przychodzi dopiero w Newcastle, gdzie na rowerzystów czeka przeprawa przez rzekę. Rozpoczynają się szybkie akcje zdzwaniania z kolegami i poszukiwania sposobu dostania się na drugi brzeg. Okazuje się, że w mieście jest tunel, ale z zakazem dla rowerów. Taki dla rowerów też jest, ale obecnie w remoncie. W zamian za to co jakiś czas jeździ busik, który zabiera rowerzystów i przewozi na drugi brzeg. Ale jak tu szybko małym busikiem przetransportować 36 rowerów, 36 osób i do tego około 100 sakw? Wyprawowicze, już gotowi do podwijania nogawek i wjeżdżania do rzeki z myślą „a co mi tam”, jednak zmieniają zdanie i decydują się na nadłożenie kilometrów i przedostanie się na drugą stronę suchą nawierzchnią. Wiąże się to jednak z przejazdem przez miasto superwąskimi uliczkami, gdzie grupa się rozbija i traci lączność. Szczęśliwie jednak udaje się jej dotrzeć na drugi brzeg, gdzie już oczekują ich dwaj zaginieni.
W całości już drużyna rusza dalej, po drodze dostrzegając konia pasącego się na środku… ronda oraz renifery w zamkniętym wybiegu. Na ostatnim dystansie robi się zdecydowanie chłodniej i zaczyna kropić deszcz, więc Niniwici zaczynają poszukiwać noclegu. Rozpoczynają od dużego kompleksu sportowego, skąd są odprawiani z kwitkiem ze względu na nieobecność „bossa”. Na szczęście jednak 2 km dalej znajduje się kościół, jak się okazało anglikański, z którego dobiegają anielskie głosy. Rowerzyści swym przyjazdem przerywają próbę chóru, dostają przyzwolenie na nocleg, a nawet i zaproszenie pod dach, gdzie zostają poczęstowani ciepłą herbatką, kawą i ciastkami. Wszystko czego potrzeba, by rozgrzać się po chłodnym dystansie!
Kolejny raz na tej wyprawie śmiałkowie są przyjmowani na nocleg bez większej konieczności poszukiwania go. Wyjaśnienie tego cudownego zjawiska można znaleźć w Ewangelii. Nasi śmiałkowie są jak robotnicy wychodzący wcześnie rano do pracy, a wieczorem dostający swą zapłatę. Jak dzieli się ze mną Wojtek, każdy rowerzysta czuje misję na tej wyprawie, aby ciągle dawać z siebie więcej, cieszyć się z tego, co się ma i czego się doświadcza oraz poczuć prawdziwą wolność. Wczesne wstawanie grupy nie powoduje szemrania, ale radość, że Bóg chce się nimi od samego początku posługiwać, a oni mogą dłużej Mu służyć. Bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje ;).
Bilans dnia:
191 km
22 km/h
1200 m przewyższenia
Nocleg:
Whitley Bay
Przejechanych do tej pory kilometrów: 2417
Justyna/NINIWA Team