Największym „ryzykantem frankowym” jest resort finansów
Czwartek, 20 sierpnia 2015 (05:16)Z Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych, członkiem Rady Forum dla Wolności i Rozwoju „Law4Growth”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Po wtorkowym wyjazdowym posiedzeniu rządu premier Ewa Kopacz ubolewała nad kondycją banków, ale nawet nie zająknęła się, że to właśnie zagraniczne banki wciągnęły w pułapkę kredytobiorców. Komu zatem służy premier polskiego rządu?
– W normalnych warunkach gospodarki rynkowej, rządu, który chce służyć swoim obywatelom, celem polityki gospodarczej na najwyższym miejscu w tej hierarchii wartości stoi zawsze konsument. I jeśli tak będzie, to cała reszta tej piramidy wartości społeczno-gospodarczych poukłada się logicznie, racjonalnie, tak że wszystko będzie na swoim miejscu. Jeśli natomiast rząd czy inne organy władzy publicznej będą brały stronę tej czy innej grupy interesów, takiej czy innej branży, to zawsze będzie to niekorzystne dla gospodarki i obywateli. To co do zasady, natomiast w tym przypadku trzeba sobie jasno powiedzieć, że wszyscy ponoszą część winy za problem kredytów bankowych. Organy państwa, a szczególnie Komisja Nadzoru Finansowego i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, odpowiadają za to, że nie działały prewencyjnie, ale reaktywnie. Również klienci, przynajmniej niektórzy, nie zachowali wystarczającej ostrożności. Kredyt walutowy to nie jest jakiś wyjątkowo wyrafinowany i niezrozumiały instrument finansowy. Można było przewidzieć, że jeśli do czynnika ryzyka w postaci zmiennej stopy procentowej dodamy jeszcze jeden czynnik w postaci płynnego kursu walutowego, to możemy sobie w przyszłości wygenerować problem, tym bardziej że taki kredyt na dużą kwotę zaciągamy na kilkadziesiąt lat.
Czy jednak największa wina nie leży po stronie banków?
– To prawda, bo takie praktyki, jakie stosowały banki, gdy nie przyznawały zdolności kredytowej swoim klientom w złotówkach, a więc w walucie, w której ci ludzie zarabiali, natomiast przyznawały zdolność kredytową we franku szwajcarskim, były po prostu niedopuszczalne. W takich przypadkach – bez wątpienia – należy ludziom pomóc i odwrócić tę sytuację, która od kilku lat ma miejsce, oczywiście przy zachowaniu zasad sprawiedliwości społecznej. Należy zrównać kredytobiorców frankowych do takich warunków, jakie mają dzisiaj kredytobiorcy złotowi.
Jak ocenia Pan pomysł rządowy na przewalutowanie kredytów frankowych?
– Jeżeli ten pomysł wejdzie w życie, bo przypominam: ścieżka legislacyjna nie jest jeszcze zakończona, to moja największa wątpliwość dotyczy kryteriów, które wykluczają dużą część frankowiczów spod obowiązywania mechanizmu przewalutowania. Tych kryteriów jest kilka i dotyczą one: metrażu mieszkań, liczby posiadanych dzieci, ilości nieruchomości – nie można mieć więcej niż jedna – oraz współczynnika LTV (z angielskiego Loan To Value) określającego wielkość pożyczki do wartości zabezpieczenia np. nieruchomości. Te kryteria są wzięte z sufitu i mają się nijak do tego, czy klient zasługuje na pomoc, czy też nie, czy brał ten kredyt świadomie, podejmując ryzyko, spekulując nawet, czy też został do wzięcia tego kredytu namówiony przez doradcę finansowego albo wprost przez bank.
Banki przerzucą całość kosztów tego przewalutowania na swoich klientów?
– Według mnie, jest to niedorzeczne i jeżeli ktoś tak mówi, to albo celowo manipuluje opinią publiczną, albo zwyczajnie nie zna się na ekonomii. Proszę zwrócić uwagę, że to stwierdzenie wychodzi z założenia, że bank ma osiągnąć w danym okresie konkretny zysk, który nie może być niższy niż ok. 16 mld zł, jak się to prognozuje np. w tym roku dla sektora bankowego w Polsce. Jeśli przyjmiemy, że zysk musi wynieść 16 mld zł dla właścicieli w sektorze bankowym, to oznacza, że trzeba byłoby przerzucić wszystkie dodatkowe koszty funkcjonowania banków na klientów. Zysk jednak bywa raz wyższy, a raz niższy, taka jest również istota gospodarki rynkowej, a banki za swoją działalność sprzed kilku lat na polu kredytów mieszkaniowych, hipotecznych muszą ponieść odpowiedzialność. Chciałbym jeszcze dodać, co często umyka podczas dyskusji o kredytach frankowych, że największym kredytem frankowym, o jakim ostatnio słyszałem, był kredyt zaciągnięty przez ministra finansów Mateusza Szczurka, kiedy to w kwietniu tego roku, korzystając z niskich kursów, resort finansów wyemitował obligacje denominowane właśnie w tej walucie na kwotę 580 mln franków, czyli ponad 2 mld zł. Jest to działanie ryzykowne, a więc dokładnie takie jak działanie kredytobiorców frankowych, tyle że Ministerstwo Finansów powinno się wykazać daleko większą ostrożnością, bo nie dysponuje własnymi środkami, ale pieniędzmi nas wszystkich.
W Pańskiej ocenie przewalutowanie kredytów frankowych nastąpi?
– Prawdopodobnie tak, a wpływ na to będą miały dwa czynniki. Pierwszy to niekorzystne dla banków wyroki sądów, które są coraz częściej ogłaszane, a tym samym ujawniają, potwierdzają istnienie w umowach kredytowych klauzul naruszających interes klienta. Drugim czynnikiem jest presja coraz mocniej wywierana na polityków ze strony społeczeństwa, którego świadomość prawno-finansowa systematycznie rośnie. To właśnie dlatego politycy zdecydowali się na obniżenie opłat interchange związanych z płatnościami kartami, to dlatego ograniczono spready, a więc kursy walutowe, które banki sobie kształtowały w dowolny sposób i zarabiały na tym krocie, dodajmy, że w zupełnie nieuzasadniony sposób. To dlatego właśnie jest likwidowany bankowy tytuł egzekucyjny nawet szybciej, niż nakazuje to wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Biorąc to wszystko pod uwagę – w mojej ocenie – należy się również spodziewać przewalutowania kredytów frankowych. Pozytywne w tym wszystkim jest to, że Polacy nauczyli się dbać o swoje interesy, dbać o swoje finanse i dochodzić swoich słusznych racji. Nie oznacza to jednak, że lobby bankowe spuściło z tonu i przeszło do defensywy, bo ono ciągle funkcjonuje. Dowodem na to jest chociażby uchwalona niedawno, choć jeszcze, zdaje się, nie podpisana przez prezydenta tzw. ustawa antylichwiarska, w której – na co proszę zwrócić uwagę – spod limitu pozaodsetkowych kosztów pożyczki wyłączone zostały takie instrumenty jak karty kredytowe czy debety na rachunkach osobistych, które właśnie oferowane są przez banki. Tak czy inaczej jeszcze dużo pracy przed nami, ale miejmy nadzieję, że ta dyskusja, którą toczymy również na forum medialnym, zaowocuje pozytywnymi rozstrzygnięciami.
Czy nie dziwi Pana fakt, że w zasadzie jedynymi, którzy nad wyraz troszczą się o banki, są politycy Platformy?
– Politycy Platformy Obywatelskiej, moim zdaniem, jedynie uprzedzają wydarzenia, które niewątpliwie nastąpią. Deklaracje prezydenta Andrzeja Dudy w odniesieniu do kredytów bankowych są jasne, w związku z czym PO politycznie czy nawet wizerunkowo nie może sobie pozwolić na to, aby w tym sporze być umiejscowiona jako wyłącznie rzecznik interesów banków. W związku z tym robi wrażenie dbającej również o dobro klienta. Myślę, że obecna partia władzy doskonale zdaje sobie sprawę z tego, o czym wspomniałem wcześniej, a mianowicie, że z prawnego punktu widzenia obrona kredytów bankowych jest sprawą straconą. Prędzej czy później ilość wyroków sądowych, ich moc i poziom, na jakim zapadają, dojdą do takiego pułapu, że przewalutowanie kredytów frankowych stanie się koniecznością również z prawnego punktu widzenia. Te sprawy należy uporządkować. PO próbuje to rozegrać politycznie, wizerunkowo i uprzedza wydarzenia, które tak czy inaczej będą miały miejsce. Szkoda tylko, że do ustawy o frankowiczach w wersji uchwalonej przez Sejm wprowadziła szereg wykluczeń, wprawdzie złagodzonych dzięki poprawce wniesionej przez posłów SLD, ale i tak nie zmienia to faktu, że wprowadza ona dużo nieuczciwości w cały ten mechanizm. Weźmy chociażby limit metrażu, który szereg osób wyłączy spod tej ustawy o przewalutowaniu, czy chociażby posiadaczy drugiego mieszkania.
Jak frankowicze powinni podejść do przewalutowania kredytów, zakładając, że to nastąpi?
– Przede wszystkim należy zachować spokój. Każdy z frankowiczów musi dokonać solidnej kalkulacji, co – mam nadzieję – odbędzie się przy pomocy banku. W kierunku przewalutowania powinni pójść ci, którzy zaciągali kredyty po rekordowo, historycznie niskich kursach franka w okolicach 2 zł. Swoje kredyty powinni przewalutować także ci, którzy dysponują dziś środkami do spłacenia kredytu bankowego i w najbliższej przyszłości chcieliby zadysponować nieruchomością w inny sposób, np. sprzedając ją. To przewalutowanie umożliwi przewalutowanie takich transakcji i uwolni w pewien sposób ręce kredytobiorcom. Ci zaś, którzy będą chcieli spłacić kredyt zgodnie z harmonogramem, i tych, którzy zaciągali kredyty po kursie znacznie wyższym niż różnica między 4 zł, wokół której dzisiaj oscyluje kurs franka, bądź ta różnica była niewielka, to w tych przypadkach sprawa nie jest już tak oczywista, bo frank w przyszłości może również drożeć, zwłaszcza jeśli sytuacja w strefie euro będzie się nadal destabilizować. Jednak równie dobrze frank może tanieć, jeśli np. Grecja nie zbankrutuje albo strefa euro nie zostanie zachwiana w inny sposób. Sytuacja nie jest zatem zerojedynkowa. Jednakże największym problemem, co pragnę jeszcze raz podkreślić, tej propozycji ustawowej są zupełnie irracjonalne wykluczenia.