Boże prowadzenie
Wtorek, 18 sierpnia 2015 (12:33)W trzeci poniedziałek wyprawy NINIWA Team zmagała się z niezwykle silnym wiatrem wiejącym prosto w twarz oraz z nieco cięższymi niż zwykle sakwami. Co więcej, grupa przeżyła chwile grozy, które na szczęście zakończyły się pozytywnie.
Zanim przejdziemy do wydarzeń dnia dzisiejszego, wróćmy jeszcze do wczorajszej relacji.
Wieczorem gdy o. Tomek zdawał raport, część grupy pod przewodnictwem Sylwii pojechała na małą przejażdżkę rowerową pozwiedzać miasto. Tam też spotkali dwóch braci ze Starachowic, Filipa i Kubę (pozdrawiamy braci Hepnerów!), którzy życzliwie zaproponowali oprowadzenie po mieście. Sylwia, której imiona chłopaków szczególnie przypadły do gustu (ze względu na nieobojętnego jej sercu Kubę Hepnera), w imieniu całej grupy szybko zgodziła się na propozycję. W ramach podziękowań NINIWA Team podzieliła się z chłopakami, pochodzącymi z wielodzietnej rodziny, darami otrzymanymi od parafian. Dzięki temu zrobili dobry uczynek, pomnożyli radość i sprawili, że pozostałe dary zmieściły się do sakw;).
Plebania zaś w tym czasie tętniła życiem. Wyprawowiczów odwiedzało mnóstwo parafian. Wśród nich było małżeństwo z trójką dzieci, które przypadkiem wygadały się o przypadającej na wczoraj rocznicy ślubu rodziców. Na takie wieści nasza drużyna szybko zorganizowała toasty, podśpiewując Karolinie i Tomaszowi „gorzko, gorzko”, życząc Bożego prowadzenia i dziękując za obecność. Również Górnikowi trafiła się nielada niespodzianka, bo został odwiedzony przez swoje kuzynostwo mieszkające w Anglii. Po serdecznych przywitaniach rozmowa zeszła na temat żeniaczki Kuniola, na co ten odpowiedział… przyjdzie czas na żonę! Jest to kolejny szok, jaki serwuje grupie Sławek, który jest (a raczej już był!) znany z bardzo radykalnego podejścia do małżeństwa w jego wydaniu, twierdząc, że jest mu przeznaczony los samotnika. Grupa wspierając nowe przemyślenia Górnika, na każdej przerwie odmawiała „zdrowaśkę” w intencji przyszłej żony Sławka. Co więcej Kuniol do modlitwy gorliwie się włączał :).
Trzeci poniedziałek wyprawy rozpoczyna się pobudką o godzinie 5.00. 15 minut później ekipa stawia się w kościele, gdzie przeżywa koncelebrowaną Mszę św. Ksiądz Maciek na kazaniu wyraża pewność, że nasi rowerzyści są prowadzeni przez Ducha Świętego. Bardzo dziękuje grupie za obecność i za wniesienie tak wiele życia w parafię. Zapewnia też, że to nawiedzenie parafianie będą pamiętać do końca życia. Jak podaje tegoroczna szczęśliwa trzynastka, Dawid, nasza ekipa tych odwiedzin również nigdy nie zapomni! W Peterborough zostali przyjęci po królewsku, mieli okazję spotkać się i porozmawiać z Polakami oraz doświadczyli tutaj mnóstwo dobra. Za cały pobyt wszystkim parafianom i księdzu Maćkowi serdecznie dziękują!
Po niespiesznym śniadanku przygotowanym przez parafian, które po raz kolejny należy nazwać mianem „all inclusive”, drużyna jest dzielona przez Dawida na 3 podgrupy. Kryterium podziału jest miejsce zamieszkania: Lubliniec i okolice, Śląsk oraz reszta Polski. Pierwszy dystans mija bez sensacji, jedynie dociążone kilkoma podarowanymi kilogramami rowery przyjemnie utrudniają jazdę. Stąd po 50 km grupa robi szybką przerwę w Bostonie, żeby podjeść kilka batoników.
Kolejne 20 km należy do Karoliny, której najpierw spada łańcuch, a kilometr później odczepia się sakwa. Karolina swe awarie podsumowuje słowami: „No teraz to bym jeszcze chciała dętkę przebić!”. Na szczęście owo życzenie się nie spełnia i grupa dokręca na półgodzinną przerwę na uzupełnienie kalorii. Ze względu na tygodniowe zapasy w sakwach grupa może sobie pozwolić na organizację postoju w środku pola ;). Następne 50 km rozpoczyna się solidnym wiatrem w twarz i dostarcza grupie, a w szczególności Górnikowi, chwilę grozy i rozpaczy. Mianowicie podczas krótkiego postoju rowerzystów na poboczu ogromna flaga Sławka zaczęła się na wietrze zachowywać niesfornie. Pech chciał, że z tyłu nadjeżdżał tir, którego naczepa porwała flagę przyczyniając się do złamania masztu (z wielkim hukiem) i prawie do wyrwania siodełka! Teraz załamanemu „Kuniolowi” pozostaje jazda z „małą” flagą (1×0.5m) i pocieszenie grupy: „Nie ma flagi, będzie żona” ;).
Ostatni dzisiejszy dystans przynosi śmiałkom kolejny zastrzyk adrenaliny oraz kilka awarii. Do tych ostatnich szczególne szczęście ma Łukasz, któremu łamią się 2 szprychy, a w sakwach rozlewają się napoje energetyzujące. Podobny problem z klejącą się zawartością sakw ma też Krzysiek. Teraz chłopacy muszą szukać energii gdzie indziej… Najmniej szczęścia ma dzisiaj Beata, która ze względu na kiepską nawierzchnię, zalicza sporą wywrotkę. Na pierwszy rzut oka najwięcej wydają się wycierpieć biodro, kolano i kostka, która nieszczęśliwie wkręca się w szprychy. Na szczęście wśród naszej ekipy jest dużo ratowników, którzy opanowują sytuację i zapewniają profesjonalną pomoc. Dla pewności jednak Beata jedzie do szpitala na prześwietlenie kostki, gdzie zabiera ją kolejny Anioł tej wyprawy, ksiądz Rafał. Kontakt z nim udaje się nawiązać dzięki Pawłowi, który z młodym księdzem się zna. Prześwietlenie kostki szczęśliwie nie wskazuje żadnego uszkodzenia. Jednak Beata dostaje zalecenie, aby nie jeździć tak wielu kilometrów, czego nie omieszka przekazać Ojcu Liderowi.
Dzisiejszą noc grupa spędza na plebanii w Hull, gdzie zostaje zaproszona przez księdza Rafała. Rowerzyści mają do dyspozycji pokoje i korytarze, 2 toalety i prysznic, wszystko czego im potrzeba! Dzisiaj znów ekipa otrzymała dowód, że Opatrzność Boża nad nią czuwa. Przytaczając słowa Dawida: trudno nie zauważyć na wyprawie Bożego prowadzenia, patrząc na to, jak wiele otrzymujemy i jak wszystko dobrze się układa!
Bilans dnia:
185 km
22,2 km/h
1 porwana flaga
1 wywrotka Beaty
Nocleg:
Hull
Przejechanych do tej pory kilometrów: 2151
Justyna/NINIWA Team