Mamy poczucie, że nie jesteśmy sami
Poniedziałek, 17 sierpnia 2015 (03:10)Z ks. dr. Michałem Bajcarem, proboszczem parafii rzymskokatolickiej pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Gródku Jagiellońskim na Ukrainie, sędzią Sądu Metropolitalnego Archidiecezji Lwowskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Proszę Księdza, czy echa wojny, jaka toczy się na terenie wschodniej Ukrainy, są odczuwalne na zachodzie kraju bliżej granicy z Polską?
– Owszem świadomość zagrożenia wojną jest odczuwalna, ale nie przekłada się to na życie codzienne społeczeństwa. Jako kapłani nie odczuwamy też wzmocnienia wiary wśród ludzi, którzy żyją na Zachodzie, a modlą się za Wschód. Wygląda to mniej więcej tak, jakby mało ich to wszystko obchodziło. Jedyne ożywienie nastrojów jest zauważalne wtedy, kiedy zabierają kogoś stąd do wojska czy do milicji na wschód, a jeszcze większe, kiedy ktoś z tych poborowych ginie. Wówczas społeczność miejscowości, z których pochodzili, momentalnie się ożywia. Z czasem jednak wszystko wraca do normy. Ludzie żyją zwykłymi problemami, starając się związać koniec z końcem i tak naprawdę nie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi, czy wydarzenia na wschodzie kraju skończą się i jak to się przełoży na ich los. Po wydarzeniach na kijowskim Majdanie stara władza została obalona, ale nadzieje, jakie wiązano z nową, coraz bardziej okazują się niespełnione. Działania obecnych władz nie przekładają się na konkretne oczekiwania społeczeństwa ukraińskiego. Ludzie są gotowi przyjąć na siebie ciężar zmian, ale chcą widzieć lepszą przyszłość przynajmniej dla swoich dzieci. Tej nadziei nie ma, za to jest drożyzna, wzrastają też opłaty komunalne a temu wszystkiemu towarzyszy ogromne bezrobocie. Widoczny jest strach chociażby przed nadchodzącą zimą. Ludzie zastanawiają się, skąd wezmą pieniądze na opał itp. Jest niepewność jutra. Ta beznadzieja i brak perspektyw sprawia, że ludzie młodzi uciekają na zachód Europy, tam szukając swojej szansy na lepsze życie.
Jaka w tych okolicznościach jest sytuacja Polaków na zachodzie Ukrainy?
– Sytuacja nas, Polaków, niczym się nie różni i jest nie do pozazdroszczenia. Polacy ratują się jedynie tym, że Polska jest blisko i kto tylko może, stara się wyjechać do kraju, skąd pochodzi. Otrzymujemy także pomoc od ludzi z Polski, którzy o nas nie zapominają. To, że ktoś się nami interesuje, jest budujące, mamy poczucie, że nie jesteśmy sami. Pod tym względem jesteśmy w nieco lepszej sytuacji od rdzennych Ukraińców, którzy w pewnym sensie nam zazdroszczą.
Mimo wszystko samą nadzieją i świadomością, że Ojczyzna jest blisko, nie da się nakarmić dzieci czy napalić w piecu. Jaka pomoc realnie dociera do Polaków, skąd i czy jest ona wystarczająca?
– Dotychczasowa pomoc, jaka dociera do nas, w dużej mierze pochodzi od indywidualnych darczyńców czy organizacji kościelnych, jak chociażby Caritas Polska, także za pośrednictwem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, nieraz otrzymujemy też wsparcie z Konsulatu Polskiego. Od strony duszpasterskiej mogę powiedzieć, że ludziom brakuje autentyczności, życia w prawdzie i prawdą, co w mojej ocenie ułatwiłoby im jako wspólnocie narodowej pokonanie problemów i wyjście z kryzysu, który jest na zewnątrz, ale wypływa z wnętrza, z braku uporządkowania wartości. Fałsz jest wszechobecny, a pokonanie tych problemów jest zadaniem zwłaszcza dla wierzących, wspólnot religijnych. Przede wszystkim jednak trzeba widzieć człowieka, który w tej machinie zła jest zawsze najbardziej poszkodowany i takiego człowieka trzeba odnaleźć i pomóc mu.
Polska angażuje się w sprawy Ukrainy, czy ma to jakiś wpływ na relacje Ukraińców do Polaków zamieszkałych w tym kraju?
– Wiem, że podejmowane są różne kroki, aby poprawić relacje, które w wielu miejscach czy sytuacjach nie były czy nie są najlepsze. W tym kierunku zmierzają działania przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski ks. abp. Stanisława Gądeckiego czy metropolity lwowskiego ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego i wielu biskupów oraz księży podejmowane m.in. przy okazji 10. rocznicy ogłoszenia „Listu biskupów greckokatolickich Ukrainy i rzymskokatolickich Polski z okazji aktu wzajemnego przebaczenia i pojednania” – dokumentu, który 19 czerwca 2005 r. w Warszawie podpisali ks. abp Józef Michalik i ówczesny zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego kard. Lubomyr Huzar. Podczas spotkania rocznicowego, w którym uczestniczył m.in. greckokatolicki arcybiskup większy kijowsko-halicki Światosław Szewczuk, ks. abp. Gądecki powiedział wyraźnie, że bez uregulowania spraw własności na rzecz Kościoła łacińskiego, na co bezwzględnie mają wpływ grekokatolicy m.in. w archidiecezji lwowskiej, nie może być mowy o pełnym pojednaniu i rozwijaniu relacji polsko-ukraińskich. Owszem, grekokatolicy próbują coś robić w tym kierunku, ale dopóki nie będzie konkretów, wszelki optymizm nie jest tu wskazany. Tak czy inaczej jakakolwiek pomoc jest udzielana przez Polskę Ukrainie musi uwzględniać wsparcie dla zamieszkujących tam Polaków i powinna być udzielana za pośrednictwem Polaków. Tylko takie podejście gwarantuje, że pomoc ta będzie skuteczna i rzeczywiście dotrze do tych, którzy tego potrzebują.
Jak Ukraińcy reagują na pomoc, jakiej w różny sposób udziela im Polska?
– Pomoc, jakiej Polska udziela Ukraińcom, niewiele daje, a już na pewno nie sprzyja poprawie relacji ukraińsko-polskich. Prawda jest taka, że Ukraińcy są przyzwyczajeni od lat do tego, że Polska ma im pomagać bez względu na to, jak oni zachowują się w stosunku do Polski i Polaków. Powinniśmy wyciągnąć naukę z tej lekcji i nauczyć się, że pomagając, należy stawiać wymagania. Tylko takie podejście może zmusić Ukraińców do szacunku wobec Polski i Polaków.
A zatem jest to apel do polskich władz, aby nie angażować się bezkrytycznie w sprawy Ukrainy?
– Tak, jak najbardziej. Społeczeństwo ukraińskie żyje jak wspomniałem w wielkim rozgardiaszu, wiele spraw wciąż wymaga uporządkowania. Jest zatem okazja, aby nauczyć ich właściwego rozumienia rzeczy ważnych i szacunku do innych i do samych siebie. Kraj jest spowity korupcją, która kwitnie także po Majdanie, zakłamanie jest na porządku dziennym i wcale nie widać poprawy w sprawach dotyczących funkcjonowania państwa. Na tym najbardziej cierpią prości ludzie.
Jak zostało odebrane przez Polaków na Ukrainie uznanie przez tamtejszy parlament OUN-UPA za uczestników walk o niepodległość?
– Wielu ludzi zajętych problemami, których im nie brakuje, o tym nie myśli. Ci zaś, którzy znają historię, których rodziny doświadczyły nienawiści ze strony nacjonalizmu ukraińskiego, oceniają ten fakt bardzo negatywnie. Uznanie banderowców za bohaterów to dla nich wielki cios. Trudno im zrozumieć, że nie dość, iż Ukraina jest w trudnej sytuacji, to jeszcze ktoś ją zainfekował kolejną chorobą. To jest przykre, ale jest to fakt, a zło pozostaje złem.
Ją tę infekcję wyleczyć?
– Tylko prawdą i konsekwentnym dążeniem do tego, aby ta prawda docierała do wszystkich zakątków serc i umysłów. Jest to trudne, zwłaszcza gdy z drugiej strony nie ma pozytywnego odzewu, gotowości do przyjęcia tej historycznej prawdy. Myślę, że prędzej czy później to przyjdzie, bo Ukraina tak naprawdę nie ma wyjścia, jak uznać za fakt dwie sprawy: ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz na wschodzie Hołodomor, czyli Wielki Głód. Z tym wszystkim Ukraina musi się uporać, wobec tych faktów stanąć w prawdzie, bo są to grzechy, które ciążą na tym społeczeństwie.
Czy w dalszym ciągu odprawia ksiądz Msze św. w kaplicy cmentarnej w Komarnie, podczas gdy XVII-wieczny kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny niszczeje?
– Niestety, nic w tej sprawie się nie zmieniło. Podobno jakieś działania ze strony greckokatolickiej eparchii stryjskiej w sprawie zwrotu świątyni łacinnikom były podejmowane, ale na razie sprawa stoi w miejscu. Mam jednak nadzieję, że mądrość i rozsądek, bo po tamtej stronie wielu jest takich ludzi, zwycięży i niszczejąca z dnia na dzień zabytkowa świątynia wróci do nas. Grekokatolikom w niczym to nie powinno przeszkadzać, bo nie dość, że użytkują tę świątynię, to mają jeszcze dwie własne. Ta sprawa może być zatem rozwiązana bez szkody dla żadnej ze wspólnot i dla dobra całej społeczności Komarna. Na razie są ludzie, którym zależy na jątrzeniu, żeby nie było dobrze. Dopóki ci ludzie będą decydować, nie będzie postępu. Myślę jednak, że Ukraińcy sami między sobą muszą dojść do porozumienia. Nasz metropolita ks. abp Mieczysław Mokrzycki zorganizował zespół, w skład którego wchodzą duchowni katoliccy i greckokatoliccy – w tej grupie jestem również ja – i celem tego zespołu jest dialog i próba dojścia do konsensusu w sprawie zwrotu kościoła seminaryjnego pw. Matki Bożej Gromnicznej we Lwowie oraz kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Komarnie. Czas pokaże, czy uda się osiągnąć porozumienie.
Czy nie jest to zatem dogodny czas, aby również polskie władze w sposób bardziej zdecydowany upomniały się o zwrot tych i wielu innych świątyń ich prawowitym właścicielom?
– Byłoby to piękne i ze wszech miar oczekiwane, ale władze świeckie niezależnie od szczebla tego nie podejmują. I to jest niezrozumiałe. Skoro ukraińska mniejszość w Polsce ma zapewnione wszelkie warunki rozwoju, również pieniądze, to niby dlaczego my, Polacy żyjący na Ukrainie, nie możemy liczyć na podobne gesty. I od razu powiem, że nam nie chodzi o pieniądze, ale o prawdę i zwrot naszych własności, które sami sobie odremontujemy. O to się modlimy. Pracuję w Komarnie już 15 lat i uczę ludzi tego, co sam czuję, a mianowicie, aby wszystkie trudności polecać Panu Bogu. My nie jesteśmy wrogo nastawieni do Ukraińców, wprost przeciwnie, czując się Polakami, żyjemy wśród nich i staramy się, aby te relacje były jak najlepsze, ale wobec wielu nieprzyjaznych gestów jesteśmy bezradni. Wiemy też, że bez Boga nie ma szans na dobrą przyszłość, że trzeba budować na prawdzie i wartościach. Złość i nienawiść były przyczyną wielu konfliktów na świecie, a miłość zawsze dawała początek dobru. Wniosek jest zatem prosty.