Przychodzi czas zapłaty
Piątek, 14 sierpnia 2015 (10:04)Bankowcy niesłychanie natarczywie domagają się zmian w tzw. ustawie o frankowiczach.
Na ostatnim posiedzeniu Sejmu niespodziewanie uchwalono ustawę o tzw. kredytach frankowych z poprawką, która obliguje banki udzielające tzw. kredytów frankowych do umorzenia aż 90 proc. różnicy pomiędzy obecną wartością kredytu przeliczonego na złote po obecnym kursie a wartością kredytu w dniu jego udzielenia także przeliczonego na złote po ówczesnym kursie franka.
Oznaczałoby to, że koszty przewalutowania w 90 proc. pokryją banki udzielające tzw. kredytów frankowych i mimo ograniczenia liczby tych, którzy z przewalutowania będą mogli skorzystać poprzez metraż ich mieszkania czy relację wartości kredytu do wartości jego zabezpieczenia, przekraczającą 80 proc., według szacunków Związku Banków Polskich miałoby to kosztować wspomniane banki ponad 20 mld zł.
Akcje banków, które miały w swoich portfelach dużo tzw. kredytów frankowych, gwałtownie zniżkowały (nawet o 20 proc.), a bankowcy, w tym w szczególności Związek Banków Polskich (ZBP), zaczęli natarczywie domagać się zmian w tej ustawie podczas prac nad nią w Senacie.
Szef senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych senator Platformy Kazimierz Kleina natychmiast zapewnił na konferencji prasowej, że jego komisja na początku września poprawi ustawę i wróci do propozycji poselskiej (koszty przewalutowania po 50 proc. miałyby ponieść banki i kredytobiorcy), zaś marszałek Senatu stwierdził, że wszyscy senatorowie Platformy będą głosowali za taką wersją ustawy.
Bankowcy, w tym w szczególności szef ZBP Krzysztof Pietraszkiewicz, domagają się także od marszałek Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej spotkań ze wszystkimi klubami parlamentarnymi i chcą straszyć posłów nie tylko skutkami finansowymi przewalutowania tzw. kredytów frankowych, ale także zahamowaniem akcji kredytowej przez banki, które na tej operacji stracą najwięcej.
Pietraszkiewicz już wcześniej domagał się spotkania z prezydentem elektem i jak wynikało z jego wywiadu dla TV Onet, chciał go przestraszyć idącymi w dziesiątki miliardów złotych stratami, jakie w wyniku takich decyzji mają ponieść banki w Polsce.
Tak się jednak złożyło, że prezes Pietraszkiewicz „wystartował” z tym straszeniem skutkami przewalutowania tzw. kredytów frankowych w momencie, kiedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował raport o stanie węgierskiej gospodarki i finansów publicznych i wystawił rządowi tego kraju swoistą laurkę (rząd tego kraju ustawowo z dniem 1 stycznia 2015 roku zdecydował się na przewalutowanie hipotecznych kredytów walutowych po kursie z listopada 2014 roku, a więc jeszcze przed „tąpnięciem” franka).
Podkreślił wysoki wzrost gospodarczy wynoszący w roku 2014 3,6 proc. PKB z zaznaczeniem, że podstawowym jego czynnikiem był silny wzrost popytu wewnętrznego, wyraźny spadek bezrobocia i wyjście z unijnej procedury nadmiernego deficytu.
Pozytywnie ocenił także ustawowe przewalutowanie kredytów hipotecznych we frankach, euro i jenach. Stwierdził, że spadek wysokości rat tych kredytów o około 20 proc. spowodował nie tylko poprawę sytuacji materialnej rodzin, które takie kredyty zaciągnęły, odsunięcie od nich widma utraty mieszkań, na które te kredyty zostały zaciągnięte, ale także jest korzystny z makroekonomicznego punktu widzenia, ponieważ poważnie stymuluje popyt wewnętrzny.
Straty na przewalutowaniu prawie w całości poniosły na Węgrzech banki. W Polsce jeżeli nie teraz, to po październikowych wyborach też tak będzie, bo przecież to instytucje najbardziej dochodowe, a w ostatnich latach mimo kryzysu ich zysk netto nie spada poniżej granicy 17 mld zł rocznie.
Natarczywość bankowców w tej sprawie wywołuje tylko jeszcze większą determinację posłów, którzy coraz wyraźniej widzą, że banki świadomie wciągały swoich klientów w pułapkę, sprzedając im toksyczne instrumenty w postaci tzw. kredytów frankowych.
Przychodzi teraz czas zapłaty za tę bezwzględność banków w stosunku do swoich klientów (oferujący te kredyty, teraz już byli pracownicy banków mówią, że hale sprzedaży kredytów frankowych w swoim slangu nazywali rzeźnią).
Dr Zbigniew Kuźmiuk