• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Brak odpowiedniej siły może prowokować

Poniedziałek, 10 sierpnia 2015 (20:03)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Rafał Stefaniuk.

Program Andrzeja Dudy „Newport Plus” zakłada zwiększenie udziału sił NATO w Europie Środkowej. Jakie korzyści odniesiemy na jego realizacji?

– Ideą projektu jest wyrównanie statusu bezpieczeństwa naszego regionu z Europą Zachodnią. Naszemu wejściu do Sojuszu w 1999 r. towarzyszyły zobowiązania polityczne wobec Rosji zaciągnięte przez Zachód. Postanowiono, że na terenie Europy Środkowej nie będzie nowych baz NATO, broni nuklearnej i znaczącej instalacji obronnej. To wszystko oznacza, że państwa, które dołączyły do Sojuszu po 1999 r., mają niższy status. Nasze gwarancje są słabsze niż Europy Zachodniej. Program ten nie jest walką o przywileje, a o równe traktowanie.

„Szpica” to za mało?

– Pod nazwą „szpica” kryje się 5 tys. żołnierzy, którzy mają być gotowi w ciągu 3 dni do operowania na terenie od Bałtyku po Morze Czarne. To jest bardzo duży obszar. Zauważmy, że 60-tysięczna armia polska lądowa, gdyby rozwinąć ją w szyk obronny, nie byłaby w stanie zabezpieczyć 220 km granicy polsko-kalingradzkiej. A więc czy 5 tys. to wystarczająca odpowiedź na kryzys? Myślę, że więcej policjantów pilnuje obecnie Warszawy, niż wynosi „szpica”. Kiedy 9 maja Władimir Putin organizował paradę zwycięstwa, wyprowadził na ulice Moskwy 16 tys. żołnierzy, a więc trzy „szpice”. Ma więc zdecydowanie większe możliwości mobilizowania wojska niż 28 państwa NATO.

Utworzenie „szpicy” podczas szczytu NATO w Newport zostało okrzyknięte kompromisem. W kontekście tego, co Pan przedstawia, gdzie tu kompromis?

– Kompromisem można jedynie nazwać krok w dobrym kierunku. Jakaś odpowiedź nastąpiła, ale ciągle jest nieadekwatna do zagrożenia. Konflikt na Ukrainie tli się w dalszym ciągu. Wiemy, że Rosjanie, mimo zawarcia porozumienia Mińsk 2, nie zmniejszyli intensywności operacji. W dalszym ciągu w Donbasie jest kilka tysięcy żołnierzy rosyjskich, na granicy stoi dodatkowo kilkanaście tysięcy. Rosną także siły rosyjskie na okupowanym Krymie. Od miesięcy rejestrujemy prowokacyjne przeloty samolotów nad wodami Bałtyku czy przy brzegach Wielkiej Brytanii. To wszystko jest próba testowania naszych systemów obronnych. Dlatego musimy pójść dalej i wzmocnić bezpieczeństwo regionu. Obrońcami statusu quo są Niemcy i to oni nie chcą pójść dalej, niż wyznacza to tzw. kompromis. Berlin twierdzi, że obecność wojsk NATO to prowokacja Rosji. My im odpowiadamy, że prowokowaniem Moskwy jest brak tych wojsk. Brak odpowiedniej siły może kusić, zachęcać i prowokować do eskalacji incydentów i konfliktów.

Wspomniał Pan o Berlinie. Niemiecka prasa stwierdza, że program Andrzeja Dudy doprowadzi do konfliktu wewnątrz Sojuszu.

– Zapoznałem się z komentarzem „Sueddeutsche Zeitung” i postawiono tam błędną tezę. Założono, że Rosjanie mają w pełni uzasadnione interesy bezpieczeństwa na terenie Europy Środkowej, podkreślę – na terenie państw członkowskich NATO. Trzeba by zapytać, czyją stronę bierze gazeta: sojuszników czy Rosjan, którzy są poza sojuszami z Berlinem. W mojej ocenie, gazeta ta przedstawiła skrajnie prorosyjskie stanowisko.

Skąd to zainteresowanie zagranicznej prasy Andrzejem Dudą? Przecież pomysł zwiększenia obecności sił NATO w Polsce powtarzany jest przez wszystkie rządy i prezydentów od czasu naszego wejścia do Sojuszu?

– Tak, dokładnie od 1999 r., czyli od kiedy zorientowaliśmy się, jakie zasady towarzyszyły naszemu akcesowi. Oczywiście nie możemy otworzyć traktatu waszyngtońskiego i domagać się wzmocnienia art. 5, ale możemy naciskać na uaktualnienie planów obronnych i koncepcji strategicznych, które to powinny jasno wskazywać, z którego kierunku mogą napływać zagrożenia. W tej chwili podejmuje się próby zdyskredytowania prezydenta, dlatego że jego koncepcja polityki zagranicznej dotyka szerszego problemu, jak np. funkcjonowanie Polski w Unii Europejskiej. Andrzej Duda jasno nakreślił swoją wizję dalszej integracji. Wizja ta jest przeciwna federalizacji i upolitycznieniu Unii, a spycha ją w kierunku swobód i deregulacji. To się kłóci z niektórymi koncepcjami wygłaszanymi na Zachodzie, które chciałyby, aby Unia była podporządkowana tandemowi francusko-niemieckiemu.

Gdyby jednak prezydentowi udało się znaleźć mocne poparcie dla realizacji projektu, pewny będzie sprzeciw Rosji. Jaki jest plan na wypadek zaognienia sytuacji na linii Rosja – NATO?

– Moskwa nie ma prawa ingerować w projekty NATO oraz strategie naszej obrony. Od lat tłumaczymy Rosjanom, że NATO nie jest sojuszem konfrontacyjnym. Nie miało i nie ma żadnej agresywnej doktryny. Nie opracowało także koncepcji wojny prewencyjnej. Spojrzenie Moskwy na Sojusz jest fałszywe, a my nie możemy go akceptować. Rosja nie może też decydować o tym, kto powinien należeć do NATO. Istotą problemu jest to, że rosyjscy decydenci ciągle żyją koncepcjami XIX-wiecznej geopolityki, a więc „kto kogo”. Dążą również do prowadzenia interesów ponad głowami członków NATO i UE, a przez to chcą rozmawiać tylko z wybranymi podmiotami. To przyjmuje kształt XIX-wiecznego koncertu mocarstw. To koncepcja jest nie do zaakceptowania w XXI wieku.

Zakłada Pan, że Rosja przemilczy powstanie stałych baz NATO w Polsce?

– Jeszcze nie powstała tarcza antyrakietowa, a Kreml już zaczął straszyć. Przecież wiemy, że Rosjanie posiadają silny garnizon w obwodzie kaliningradzkim i nic nie przeszkadza, aby mogli dalej go umacniać. Zauważmy więc, że sytuacja jest inna, niż nam się ją przedstawia. To Rosja się zbroi i umacnia, a NATO w żaden sposób nie odpowiada. To nie wróży niczego dobrego.       

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk