Wytężone leniuchowanie
Poniedziałek, 10 sierpnia 2015 (11:09)Czy cieszysz się, że żyjesz?… Takim pytaniem przywitał mnie dzisiaj o. Tomek, gdy zadzwonił, aby zdać relację. Po skończonym dniu pełnym atrakcji i po ciężkim tygodniu NINIWA Team jednogłośnie i bez zastanowienia odpowiada na postawione pytanie twierdząco! I to z nieukrywaną radością w głosach. A jak jest u Ciebie?
Na dworze jeszcze ciemno, otwieram zaspane oczy i spoglądam na zegarek: 3.59. O nie, za minutę znowu pobudka, znowu trzeba się zbierać, a tak nie chce się wstawać! Tak przyjemnie się śpi! Gdyby tak choć chwilkę jeszcze poleżeć… No niestety, wyprawa to wyprawa, pora wstać! Z sennością w oczach rozglądam się po sali. Ale czemu to nikt się nie budzi? Żaden budzik nie dzwoni? Ach, no tak! Przecież dzisiaj niedziela! Co za radość! Jak przyjemnie się wyspać… Dzisiejszy dzień rowerzyści rozpoczynają z dużym zadowoleniem, bo mogą się wyspać i odpocząć po wczorajszym, morderczym etapie. Godzina pobudki jest dobrowolna, byleby zdążyć na śniadanie o 8.30. I to nie na byle jakie śniadanie! Śmiałkowie tak gorliwie odmawiali modlitwę o dobry humor, a w szczególności jej pierwszy werset, że zostali wysłuchani. I to po stokroć bardziej, niż się spodziewali! Dzień wcześniej wujek ojca Tomka zapytał, czy 100 bułek dla grupy wystarczy? Ojciec Lider po żmudnych obliczeniach stwierdził, że to za dużo, połowa wystarczy, przecież nikt tyle nie zje po wczorajszej pysznej kolacji! Na szczęście niedowierzający wujek zamówił pierwotną ilość pieczywa, dzięki czemu o 8.30 przed oczyma każdego śmiałka pojawiają się stoły wręcz uginające się od dobrodziejstw. Takiego menu nie powstydziłaby się niejedna wykwintna restauracja! Oprócz świeżutkiego pieczywa rowerzyści mogą się raczyć różnego rodzaju wędlinami, serami, wszelakimi warzywami, masłem (ach, jaki to luksus na wyprawie!), wypasionym musli, mlekiem, a wszystko to w ogromnych ilościach! Jak relacjonuje Karol, wyprawowa „Szósteczka”, jedzenia jest tyle, że aż się w głowie nie mieści! Na szczęście jednak mieści się w żołądku. Jak się możesz, Drogi Czytelniku, domyśleć każda z tych 100 pysznych bułeczek została przez ekipę wsunięta! Myślę, że możemy być wdzięczni za to, że o. Tomek nie pomylił swojego powołania z karierą matematyka.
Po obfitym śniadaniu grupa udaje się na Mszę św., by przeżyć ją razem z miejscowymi parafianami. Śmiałków witają porozwieszane wszędzie na ich cześć plakaty, niezwykle życzliwy ksiądz proboszcz i przede wszystkim duża rzesza wiernych, wśród których spora część to Polacy. Msza odbywa się w języku niemieckim, z polskimi akcentami w postaci podśpiewywania grupy. Uroczystość jest bardzo wzruszająca, w szczególności dla obecnych na niej Polaków. Pewna pani pochodząca z Raciborza, gdy usłyszała wspaniałe głosy niniwitów śpiewających po polsku pieśń na zakończenie, ze wzruszenia nie była w stanie pohamować łez. Takimi to emocjami dzielą się nasi rowerzyści.
Po przyjemnościach duchowych czas na przyjemności dla ciała! Taką mądrość pojęła ciocia Monika, która po Mszy św. zabiera ekipę do parku wodnego z prawdziwego zdarzenia. Są baseny, solanki, sauny, zjeżdżalnie i trampoliny. Te ostatnie dostarczają grupie najwięcej frajdy, jako że za punkt honoru większość osób obiera sobie, żeby wskoczyć do wody z 5 metrów. Na tak odważny ruch decyduje się też Ojciec Lider, który po długich rozmyślaniach wskakuje do wody, jak mówi, jedynie dzięki głośnemu i silnemu dopingowi grupy. Taka to siła wspólnoty! Do basenu z trampoliny wskakuje też i Górnik, który jak podają wyprawowicze, na tej wyprawie zaskakuje… normalnością! Skacze on do wody nie na „kiepkę”, nie na bombę, a najzwyklej w świecie na nogi (Ci, co znają Sławka, wiedzą, jak bardzo to do niego niepodobne). Co więcej, podczas prawie każdego dnia tej wyprawy korzystał on z dobrodziejstw prysznica! Zawsze twierdziłam, że wyprawy odmieniają.
Dzięki wizycie w parku wodnym grupa czuje się niezwykle odprężona, wypoczęta i pełna energii. Jednakże to nie koniec atrakcji na dzisiaj! Po powrocie z basenu na śmiałków czekają już grillowane przez wujka Walka kiełbaski i steki. Do tego 10 ogromnych misek z sałatkami przygotowanymi przez parafian, tak że ekipa nie jest w stanie wszystkiego zjeść. Jest niemiecki grill, musi też być i niemieckie piwo! Grupa do całej tej uczty ma okazję raczyć się chłodnym, lanym prosto z beczki piwem, które to – jak niesie legenda – dobrze działa na zmęczone mięśnie. Miejmy tylko nadzieję, że po takiej uczcie dla żołądka Bóg naszych śmiałków znów wysłucha i nie poskąpi im „dobrego trawienia”.
Po tak obfitym dniu trzeba troszkę… poleniuchować. Na szczęście w tym tygodniu wyprawowicze nie muszą się martwić o pranie, ponieważ o to zadbali już wcześniej gospodarze. Każdy rowerzysta musiał tylko dostarczyć brudne ubrania i odebrać już wyprasowane i pachnące ciuszki! Po grillu każdy ma czas dla siebie. Jedni wykorzystują go na małe naprawy rowerowe, drudzy na rozmowy z rodzinami, kolejni na spanie, a część grupy wyruszyła na zwiedzanie stadionu Borussi Dortmund. Aby tam dotrzeć, śmiałkowie nie muszą wsiadać na rowery ani szukać komunikacji miejskiej. Jedyne, co muszą, to odpowiedzieć na pytania: ile samochodów potrzebnych i dokąd jedziemy?:) Jak przyznaje Karol, zwiedzanie stadionu jest fajnym doświadczeniem, grupie udało się zobaczyć stadion w pełnej okazałości i z zewnątrz i od środka, nie pomijając nawet szatni!
Po zdaniu przez o. Tomka relacji grupa spotyka się na cotygodniowym spotkaniu, w tzw. kółeczku, w tym czasie każdy uczestnik dzieli się z grupą swoimi przemyśleniami, troskami i radościami. Jest to wspaniały czas, kiedy można wręcz namacalnie odczuć tworzenie i wzmacnianie się wspólnoty i który pozwala na rozpoczęcie nowego tygodnia z „czystą kartą”, w dobrych relacjach z pozostałymi uczestnikami. Tym razem jednak, jak zdążyłam się pokątnie dowiedzieć, na ojca Tomka będzie nałożona ogromna presja, jako że każdy uczestnik z maślanymi oczyma będzie wnosił prośby o pozostanie w tym istnym raju, choć jeden dzień dłużej. Czy Ojciec Lider ulegnie płomiennym błaganiom uczestników? Czy może bez wzruszenia przed grupą, acz z wielkim żalem w sercu, zadmucha rano w gwizdek, dając tym samym sygnał do wyjazdu? Tego, Drogi Czytelniku, dowiesz się już jutro!
Podziękowania:
- Dla ks. proboszcza i dla wszystkich parafian za ogromne zaangażowanie i pomoc grupie.
- Dla cioci Moniki i wujka Walka, dla cioci Gabi i wujka Wernera w szczególności za poświęcany czas, zrzucenie własnych spraw na dalszy plan i ciągłe towarzyszenie NINIWA Team, za przygotowywanie atrakcji i posiłków!
Bilans dnia:
- 0 km
- Śr. prędkość: 0 km/h
- 100 bułek na śniadanie
- 1 park wodny
- Mnóstwo leniuchowania
Nocleg:
Dortmund
Przejechanych do tej pory kilometrów: 1137
Justyna, NINIWA Team