• Czwartek, 9 kwietnia 2026

    imieniny: Marcelego, Dymitra

Szybciej i precyzyjniej

Poniedziałek, 5 listopada 2012 (02:04)

Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie smoleńskim, rozmawia Marcin Austyn

Zdementowana informacja o odnalezieniu śladów materiałów wybuchowych na wraku Tu-154M mogła służyć przykryciu skandalu z błędną identyfikacją ciała prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego? A może nagromadzenie smoleńskich spraw to tylko przypadek?

- Tego, czy mieliśmy do czynienia ze zbiegiem okoliczności nie wiem, ale z pewnością prokuratura wojskowa spóźniła się ze swoją informacją dotyczącą wyników sekcji zwłok śp. prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Ta informacja, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, miała zostać przekazana w ciągu tygodnia od ekshumacji, czyli w miniony poniedziałek. Faktem jest, że informacja o tym, iż ciało prezydenta Kaczorowskiego nie spoczywało w opisanym grobie, zeszła na drugi plan. A ta pomyłka to straszny wstyd. Szczególnie, że owe omyłki stają się już prawidłowością i obawiam się, że kolejna ekshumacja przyniesie podobny wynik.

Maciej Lasek, szef PKBWL, powołuje się na wyniki badań sekcyjnych Zbigniewa Wassermanna (choć zna je z mediów), twierdząc że przeczą teoriom o wybuchu na pokładzie Tu-154M. To wystarczający argument?

- Nie znam tych wyników. Trzeba tu jednak jasno powiedzieć, że informacja dotycząca odnalezienia śladów materiałów wybuchowych na wraku, przekazana przez płk. Ireneusza Szeląga, szefa Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, była uspokajaniem społeczeństwa. A to nie jest rolą prokuratury, bo ta powinna przekazać nam fakty. Oczekuję od szefa WPO fachowej wypowiedzi i klarownej oceny sytuacji. Logiczna analiza tego przekazu wskazuje, że eksponowana na pierwszym miejscu teza zaprzeczająca wykryciu takich śladów, jest wątpliwa. Oczywiście nie twierdzę, że w przekazie prokuratury powinny pojawić się wnioski ostateczne. Jeśli jednak na danym etapie badań wyniki wykazują z tak dużą dozą prawdopodobieństwa wykrycie śladów materiałów wybuchowych, to oczekiwałbym, aby stanowisko śledczych było szybkie i precyzyjne.

Jak szybko informacja o wynikach działań pirotechników powinna być ujawniona?

- Zespół wrócił z Federacji Rosyjskiej w połowie października. Już wtedy należało poinformować o wynikach wstępnych badań. Nie pojmuję, dlaczego prokuratura spotyka się z dziennikarzami dopiero po uprzednim ujawnieniu sensacyjnych informacji przez media. To jest najważniejsze śledztwo w kraju i tego rodzaju informacje powinny zostać ujawnione natychmiast. Wówczas nie byłoby problemu z jakością przekazu, jaki do nas dociera. Sposób podania przez prokuraturę informacji deformuje prawdziwy stan rzeczy. Usłyszeliśmy na przykład określenie,,biegli nie stwierdzili". To oczywiste, bo żadna ekspertyza jeszcze nie powstała. Próbki nadal są w Rosji. Powinno się jednak uczciwie przekazać opinii publicznej, że przeprowadzone badania dały olbrzymią ilość pozytywnych wskazań, albowiem trzeba badania potwierdzić, a nie tłumaczyć, że urządzenia są niedoskonałe czy nadwrażliwe. Po co zatem użyto takich urządzeń? Po co zabezpieczono kilkaset próbek? Ostateczną ocenę prokuratura powinna przekazać tak szybko, jak tylko będzie to możliwe, po wykonaniu badań końcowych. Tymczasem konferencja prasowa prokuratury rozpoczęła się od postawienia negatywnej tezy całkowicie sprzecznej z wynikiem wykonanych badań i co najważniejsze nie potwierdzonej żadną ekspertyzą.

Próbki pobrane na miejscu katastrofy przechodzą przez ręce Rosjan. Będą wątpliwości co do ich wiarygodności?

- Te wątpliwości, na skutek oddania śledztwa Rosjanom, będą nam towarzyszyły cały czas. Wiemy jednak, że w badaniach brało udział kilkunastu fachowców, którzy mieli możliwość obserwowania wskazań urządzeń. Same ich obserwacje zawarte w protokole oględzin miejsca zdarzenia są cennym materiałem dowodowym. Działanie sprzętu wykorzystanego na miejscu katastrofy jest oczywiście o wiele dokładniejsze niż przedstawiono na konferencji. Inaczej można by uznać, że badania pirotechniczne w Polsce realizuje się urządzeniami, na których weryfikację wskazań trzeba czekać miesiącami. W ten sposób np. ruch w portach lotniczych zamarłby.

Skoro były badania pirotechniczne Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii w Warszawie, to po co prokuratura zleciła kolejne badania? Są jakieś wątpliwości, czy tylko dopełniane są procedury?

- Jestem przekonany, że inspiracją dla prokuratury do wykonania ponownych badań były doniesienia o tym, że takie ekspertyzy zlecane są prywatnie, poza śledztwem. Przecież tak jak my monitorujemy działania WPO, tak monitorowane są działania parlamentarnego zespołu smoleńskiego i naszych klientów. Sądzę, iż śledczy mieli informację, że badania próbek zlecone zagranicznym placówkom dały pozytywne wskazania i postanowiono to zweryfikować. Odnosząc się do badań Instytutu Chemii, trzeba się zastanowić, jak to jest możliwe, że tak szybko - ekspertyza powstała już w czerwcu 2010 roku - postawiono tak kategoryczne tezy o wykluczeniu obecności materiałów wybuchowych. Czy wówczas nie było pozytywnych wskazań urządzeń? Dlaczego w takim razie teraz eksperci odnotowali ich co najmniej kilkaset? Można przypuszczać, że próbki zostały pobrane pobieżnie, może było ich za mało albo metodologia ich pobierania była nieodpowiednia.

Wróćmy jeszcze do tez Macieja Laska. Twierdzi, że na trzech nagraniach - z samolotu Jak-40, Tu-154M i ze smoleńskiej wieży nie potwierdzają się zeznania śp. Remigiusza Musia, dotyczące sprowadzania samolotów do 50 m...

- To przejaw braku zrozumienia problemu. Gdyby wszystko się zgadzało, to nie byłoby sprawy i pan Lasek nie komentowałby tej relacji lotników. Z dwukrotnych zeznań śp. Remigiusza Musia i Artura Wosztyla złożonych na potrzeby śledztwa, z informacji ujawnionych w trakcie posiedzenia zespołu smoleńskiego przez pana porucznika Wosztyla wynika, że dwie osoby, dwóch fachowców, słyszało inne komendy podawane załodze tupolewa, niż te opisane jako nagrane przez rejestrator lotu. Czy możliwe jest to, aby dwóch lotników naraz pomyliło się w odbiorze tak istotnych informacji? Czy z żelazną konsekwencją możemy wierzyć zapisom czarnych skrzynek? Prokurator ma obowiązek zweryfikować te dane i odpowiedzieć na pytanie, czy zarejestrowane nagrania nie noszą znamion fałszerstwa. Do tego trzeba mieć jednak rejestratory, a te nadal są w Moskwie. Świadectwo śp. Remigiusza Musia było na tyle dokładne, że przytaczał je tekstem komendy w języku rosyjskim. Świetnie znał ten język. Zdarza się, że odbieramy rzeczywistość inaczej niż to ma miejsce, ale fakt zapamiętania tej informacji w obcym języku, niezależnie przez dwie osoby, wskazuje, że pomyłka jest co najmniej wątpliwa. Istnieje zasadnicza różnica w odbiorze krótkiego słowa "sto" niż słowa "piatdiesiat". A jeśli jeszcze mamy do czynienia z dwoma pilotami, fachowcami wyczulonymi na tego typu komunikaty, dla których tego rodzaju informacja znaczy o wiele więcej niż dla osób niezwiązanych z lotnictwem, to prawdopodobieństwo, by obaj się mylili, jest nikłe. Jestem daleki od stwierdzenia, że przekazany nam zapis rejestratorów jest sfałszowany, ale tak też być może. I to trzeba sprawdzić. Dwóch świadków w tak ważnej kwestii mylić się nie powinno. Chciałbym poznać ustalenia z badań nagrań z samolotu Jak-40. Czekamy na tę opinię już bardzo długo. Dotarłem do informacji, że były minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski tuż po katastrofie zwracał się do Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, i innych instytutów mających prowadzić badania na potrzeby śledztwa, by traktować je priorytetowo. Sprawa nagrań z Jaka-40 pokazuje, że jego apel był nieskuteczny. Oczywiście nikt nie wymaga ani od pirotechników, ani od fonoskopów, by pisali opinie na kolanie i w pośpiechu, ale prokuratura nie może pozwalać na tego rodzaju opóźnienia. Z nagrań z rejestratora jaka będą wynikały komendy wydawane załodze tego samolotu. Oczywiście nie postawimy tu kategorycznych stwierdzeń, co do komend dotyczących Tu-154M, ale śp. Remigiusz Muś twierdził, że zarówno Jak-40 oraz Ił-76 także były sprowadzane do 50 metrów.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn