• Poniedziałek, 11 maja 2026

    imieniny: Lutogniewa, Mamerta

PO trudno będzie rozstać się z władzą

Niedziela, 9 sierpnia 2015 (19:49)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Czy patrząc na listy wyborcze Platformy Obywatelskiej, jest Pan w stanie dopatrzyć się jakiejś logiki w tej personalnej układance?

– Rzeczywiście trudno dopatrzyć się na tych listach jakiegoś sensownego, rozumnego kryterium. Jeżeli już, to można dostrzec negatywne kryterium, tzn. próbę odsunięcia w cień znanych polityków tej formacji. Niektórych, jak chociażby Radosława Sikorskiego czy ostatnio Pawła Biernata, zmuszono do rezygnacji ze startu w wyborach parlamentarnych. Niewykluczone, że będą następni, bo mówi się o niezadowolonych, jak chociażby Antoni Mężydło czy inni. Ci zaś spośród znanych polityków, których dopuszczono do startu w wyborach, są na dalszych pozycjach. Ciekawe jest też przeniesienie tzw. baronów regionalnych Platformy Obywatelskiej na „dwójki” czy „trójki” list wyborczych. Nie bardzo wiem, jakim kryterium kierowała się Ewa Kopacz poza tym, żeby utrzeć nosa temu czy innemu politykowi. Nie sądzę, żeby takie kryterium zapewniło Platformie zwycięstwo w jesiennych wyborach. Natomiast świadczy to o tym, że w PO trwa wewnętrzna partyjna walka i że nie jest to formacja, która zdolna jest na początku września – jak zapowiadała – przedstawić spójny program rozwoju Polski. Myślę, że przez najbliższe tygodnie będziemy świadkami wewnętrznych tarć w PO o jak najlepsze miejsca na listach. Niewykluczone są także rozliczenia polityków, którzy opuszczając szeregi tej partii, w formie rewanżu czy odegrania się na kierownictwie zaczną ujawniać zakulisowe szczegóły sprawowania władzy. To wszystko raczej będzie pogrążać PO, która jest coraz mniej atrakcyjną dla wyborców, a tym bardziej alternatywą dla Prawa i Sprawiedliwości. W mojej ocenie, działania premier Kopacz, które nieuchronnie prowadzą PO do klęski, to błąd.

A może to odsuwanie jeszcze do niedawna liderów PO, dziś skompromitowanych chociażby przez taśmy, jest pewną próbą samooczyszczenia tej partii?   

– W niektórych przypadkach być może tak właśnie jest, ale według mnie problem leży jeszcze gdzie indziej, a mianowicie w tym, że ci skompromitowani politycy są zastępowani mało znanymi działaczami partyjnymi. Gdyby Ewa Kopacz chciała naprawdę pokazać siłę PO, to na czołowe miejsca ściągnęłaby np. osoby wpływowe, znanych ekspertów w danej dziedzinie czy w danym regionie, żeby tym samym pokazać, że chce zrobić nowe otwarcie z ludźmi wiarygodnymi nie tylko politycznie, bo nie są niczym umoczeni, ale również wiarygodnymi jako fachowcy, którzy są gotowi podjąć się znaczących reform i naprawy państwa. Po tych listach niczego takiego nie widać.

No tak, tyle że trzeba jeszcze mieć w zanadrzu takich fachowców…

– To prawda, Platforma przez osiem lat rządzenia wyeksploatowała wielu swoich fachowców, innych nie dopuściła do udziału we władzy. To tylko pokazuje, że przez dwie kadencje państwo było mocno upolitycznione i w wielu dziedzinach sterowane raczej przez polityków niż ekspertów. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – w jakiej dziedzinie ekspertem był Sławomir Nowak, jaki zawód ma ten polityk, który zasłynął z „kolekcjonowania” drogich zegarków? W jakim obszarze specjalistą jest Marcin Kierwiński, który ma być „jedynką” w okręgu płocko-ciechanowskim, czy były już minister sportu Paweł Biernat, czy wreszcie wciąż będący na stanowisku ministra administracji i cyfryzacji Andrzej Halicki, o którym można powiedzieć tyle, że jest wiecznym politykiem, choć jeszcze młodym wiekiem?   

W przypadku porażki PO Kopacz jest w stanie obronić się jako szefowa partii?

– Myślę, że Ewa Kopacz nie ma szans na utrzymanie się po - mam nadzieję przegranych przez PO - wyborach w fotelu szefowej partii. Mało tego, powinna honorowo oddać władzę. Według mnie, tak czy inaczej ta koncepcja została źle zaplanowana i zrealizowana. We wszystkich krajach demokratycznych, gdzie politycy mają do siebie szacunek i dla wyborców, po przegranych wyborach oddają się do dyspozycji partii i z reguły odchodzą. Można zatem przypuszczać, że w przypadku PO będzie podobnie, choć różnie z tym może być.

Czy po wyborach Platformę czeka przebudowa czy bardziej rozpad?

– To dobre pytanie, na które jednak nie ma w tej chwili jasnej odpowiedzi. Według mnie, wiele zależy od tego, czy PO uratuje 20-procentowe poparcie swoich wyborców i tym sposobem utrzyma określoną liczbę posłów czy senatorów w parlamencie. Niewykluczone też, że wynik ten będzie gorszy, a wtedy wewnątrz tej formacji zaczną się rozłamy i rozliczenia. W tej chwili Platforma jest konglomeratem bardzo rozbieżnych środowisk politycznych, począwszy od konserwatystów, którzy równie dobrze mogliby współpracować z Prawem i Sprawiedliwością, po zwolenników wręcz lewackich poglądów, którzy cały czas pchają tę partię na lewo. Zważywszy na to, trudno będzie tej formacji utrzymać spójność, w związku z tym rozpad tego ugrupowania też nie jest niewykluczony.

Co Pana zdaniem trzyma jeszcze Platformę w tej - nazwijmy to - pozornej jedności?

– Przede wszystkim chęć utrzymania władzy. Ponadto mamy już utrwalone znane z ubiegłych lata próby powrotu do straszenia Prawem i Sprawiedliwością. Pojawiły się na nowo koncepcje wyszydzające IV RP, choć dla przypomnienia warto zwrócić uwagę, że ten pomysł zrodził się w umysłach polityków PO, m.in. Jana Rokity, Pawła Śpiewaka, którzy w 2004 i 2005 r. nawoływali do szarpnięcia cuglami itp. Później PiS zostało zdemonizowane przy użyciu różnych PR-oskich sztuczek, co przez jakiś czas było skuteczne, a w tej chwili brzmi jak zgrana płyta. Nie przeszkadza to jednak PO powrócić do starych, utartych koncepcji w nadziei, że znów przyniesie to zamierzony efekt. To, co również trzyma PO jeszcze w całości, to lęk przed upadkiem czy strach przed zmianami, jakie w przyszłości, po wygranych wyborach może wprowadzić rząd PiS.

Na listę straszenia został wpisany także prezydent Andrzej Duda…     

– Trudno to zrozumieć, zważywszy na otwartość, koncyliacyjne gesty zawarte w orędziu prezydenta Dudy. Ponadto pozytywne gesty w zakresie polityki obronnej i współpracy z min. Siemoniakiem, spotkania z szefem MSZ min. Schetyną czy chociażby list skierowany do czytelników „Gazety Wyborczej”. Mimo tej otwartości prezydenta Dudy Platforma wciąż usiłuje wywołać panikę wokół powrotu jakiejś IV RP i zagrożenia, jakie rzekomo czyha na Polaków. Niedobrze, że próby straszenia mają miejsce także na arenie międzynarodowej poprzez media, które idą za tym stereotypem, często kopiując teksty np. „Gazety Wyborczej”, przepowiadają rzekomy chłód w relacjach, chociażby polsko-niemieckich.

Kolejnym elementem jest krytyka zapowiedzianych przez Andrzeja Dudę wizyt we wszystkich powiatach, co również jest nagłaśniane jako wspieranie kampanii wyborczej PiS. Zgodzi się Pan, że z pozoru tak to może wyglądać?

– Za nami pierwsza prezydencka wizyta, w której na próżno by szukać elementów kampanii PiS. Prezydent ma obowiązki wypływające z pełnionego przez siebie urzędu, jak chociażby konieczność wizytowania jako zwierzchnik Sił Zbrojnych jednostek wojskowych, i nie powinno nikogo dziwić, że jeździ po kraju. Za chwilę rozpoczną się obowiązki związane ze świętem Wojska Polskiego, w drugiej połowie sierpnia przyjdzie czas dożynek, chociażby w Spale. Ponadto z wielu regionów kraju przychodzą zaproszenia, aby pan prezydent odwiedził te miejsca przy okazji spotkań różnych środowisk itp. Jest również wiele spraw niezałatwionych przez byłego już prezydenta Komorowskiego i ludzie chcą tym wszystkim zainteresować nowego prezydenta, który ma ogromne poparcie społeczne, ma możliwość podjęcia inicjatywy ustawodawczej, ponadto ma instrumenty, żeby przypomnieć rządowi o tych sprawach. Czyż można się dziwić, że ludzie liczą na jego wsparcie i czy można im odmówić? Prezydent ma prerogatywy, z których może i - w przeciwieństwie do swojego poprzednika - chce skorzystać. Wystarczy przypomnieć, że kiedy żony górników przyjeżdżały na spotkanie z prezydentem Bronisław Komorowski, wysyłał im naprzeciw swoją małżonkę, aby z nimi rozmawiała, bo on sam nie chciał rozwiązywać problemów społecznych, jakie się rodziły.  

Ta otwartość prezydenta Dudy nie wszystkim się jednak podoba…

– Taka jest cena zaangażowania się w politykę, ale nie oznacza to, że trzeba się poddawać tym lub podobnym próbom wymuszenia takich czy innych zachowań i ulegać presji. Proszę sobie przypomnieć, że jako kandydat na urząd Prezydenta RP Andrzej Duda obiecał Polakom, że po wygranych wyborach powróci w różne rejony kraju, aby podziękować, a także tam, gdzie podczas kampanii nie zdążył przybyć, żeby przedstawić społeczeństwu swoją koncepcję prezydentury i przedstawić sposób, w jaki zamierza zrealizować swoje obietnice. Teraz właśnie zaczyna realizować jedną z nich. Prezydent Duda nie chce się zamykać w Pałacu Prezydenckim, co sugerował ostatnio bodajże marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który chciałby, aby do wyborów parlamentarnych Andrzej Duda zamknął się w swoim gabinecie i najlepiej stamtąd w ogóle nie wychodził. To jest oczywiście absurd, ale takie są fakty. Proszę też zwrócić uwagę, co mało kto wie, że podczas pięcioletniej kadencji prezydent Komorowski, który wręczył ok. 560 tysięcy odznaczeń państwowych, przez cały czas był również wsparciem dla Platformy. Prezydent Andrzej Duda oddał swoją legitymację partyjną, natomiast nie można się domagać od niego, aby z chwilą objęcia urzędu wymazał swoje poglądy, swoje sympatie polityczne. Z pewnością będzie je miał nadal. Chodzi natomiast o to, aby z szacunkiem – co zresztą zapowiadał i co robi – odnosił się do wszystkich, także tych, którzy na niego nie głosowali, żeby ich łączył, a nie wykluczał.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki