• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Owacje dla "Jerzyka"

Poniedziałek, 5 listopada 2012 (02:02)

Tym razem się nie udało, ale o tym, że w stolicy Francji rozpoczął się wielki marsz ku szczytom Jerzego Janowicza, jesteśmy przekonani. Polski tenisista przegrał wczoraj z Hiszpanem Davidem Ferrerem 4:6, 3:6 w finale turnieju ATP Masters 1000 na twardych kortach w paryskiej hali Bercy (z pulą nagród 2,43 mln euro), lecz zebrał nie mniejsze owacje niż triumfator.

Nieładnie jest zaglądać komuś do portfela, ale przed tygodniem na koncie Janowicza znajdowało się 174 012 dolarów. Dokładnie tyle zarobił od początku sezonu. Od poniedziałku, czyli pierwszej rundy paryskiego turnieju, stał się bogatszy o ponad 234 tysiące euro. Tyle pieniędzy wywalczył za awans do finału tej imprezy, awans sensacyjny, w który chyba nawet sam nie mógł uwierzyć. Grę w stolicy Francji rozpoczął jednak już wcześniej, od dwóch rund kwalifikacyjnych. Musiał je przejść, by w ogóle w zawodach wystąpić.

- Szczerze? Przez moment wydawało mi się, że mogę ich nie przebrnąć. Minęło kilka dni, a tu jestem w finale. Jak to możliwe? Nie wiem, sam nie wiem, jak tego dokonałem - przyznał.

Gdy na dzień dobry pokonał Philippa Kohlschreibera, poczuł ogromną radość. Niemiec to 19. tenisista świata. Za chwilę Polak okazał się lepszy od 16. Chorwata Marina Cilicia. Był przeszczęśliwy. A kiedy w trzeciej rundzie odprawił z kwitkiem samego Szkota Andy´ego Murraya, mistrza olimpijskiego i triumfatora US Open, tenisowy świat zachwycił się młodym Polakiem. Nagle, niespodziewanie, zobaczył w nim kogoś wyjątkowego i niepowtarzalnego.

Kandydata na gwiazdę pierwszej wielkości. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że Janowicz może w niedalekiej przyszłości osiągnąć oszałamiające wyniki. Wystarczył jeden turniej, paryski tydzień, by jego twarz stała się rozpoznawalna dosłownie wszędzie. Pokonać Murraya to mało? Proszę bardzo, w ćwierćfinale łodzianin wygrał z dziewiątym na świecie Serbem Janko Tipsareviciem. Mało? W półfinale "Jerzyk" rozprawił się z faworytem gospodarzy Gillesem Simonem. Wygrał 6:4, 7:5, choć cały czas był pod presją zarówno rywala, jak i publiczności. Francuz po wszystkim nie mógł się Polaka nachwalić.

- Wydaje mi się, że jestem jednym z najlepiej przyjmujących serwis tenisistów, ale przy podaniu Janowicza nie miałem najmniejszych szans - przyznał.

Ów serwis, potężny, stał się znakiem rozpoznawczym naszego reprezentanta. Polak wykorzystuje swoje warunki, wzrost i siłę, uderzając piłkę z niesamowitą mocą. Co jednak zwraca uwagę, jego gra nie jest beznamiętnym przebijaniem piłki na drugą stronę siatki w myśl zasady "byle tylko silniej".

Styl "Jerzyka" jest urozmaicony i kombinacyjny, gdy dostrzega okazję, stosuje zaskakujące skróty, doskonale porusza się po korcie, jest bardzo zwinny i sprawny, co przy wzroście 203 cm jest rzadko spotykane. Do tego imponuje spokojem. W żadnym z paryskich meczów ręka mu nie zadrżała, nie poddał się presji, nie sparaliżowała go świadomość szansy. Grał pięknie i mądrze i dlatego tak bardzo zachwycił świat.

- Przy piłce meczowej czułem się jednak trochę dziwnie, miałem nawet "gęsią skórkę" - przyznał po meczu z Simonem. Gdy ją wygrał, padł na kort, rozpłakał się, a po chwili zaczął krzyczeć z radości.

We wczorajszym finale "Jerzyk" walczył niesamowicie, ale był zbyt wykończony, zbyt zmęczony, by sprostać doskonałemu rzemieślnikowi, jakim jest Ferrer. Popełniał więcej błędów niż we wcześniejszych meczach, brakowało mu precyzji. Serce chciało, ale nie miał wystarczająco dużo sił. Przegrał z Hiszpanem, dla którego był to 18. tytuł w karierze, 7. w samym 2012 roku. Po wszystkim przyznał, że ostatnie dni całkowicie zmieniły jego życie.

- Potrzebuję czasu, by dotarło do mnie to, co się wydarzyło. Na razie wciąż śnię. Turniej w Paryżu dał mi mnóstwo pewności siebie, marzę, by znaleźć się w czołowej dziesiątce świata. To mój cel na kolejny sezon - powiedział. I dodał, bez fałszywej skromności: - Jestem dumny z siebie.

Paryska publiczność obu finalistów nagrodziła owacjami. Ferrera za zwycięstwo, Janowicza za niewiarygodny tydzień, w którym udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Piotr Skrobisz