Radośnie zakręceni
Wtorek, 4 sierpnia 2015 (18:45)Piękny, owocowy sad z basenem, studnia z orzeźwiającą wodą i prysznic dla każdego. Oto nagroda za pierwszy dzień ciężkich rowerowych zmagań, z dużą dawką kilometrów i stopni Celsjusza.
Jednak zanim opowiemy, jak nasi radośni cykliści trafili w to miejsce, warto cofnąć się do wczesnego poranka i prześledzić na spokojnie przebieg wydarzeń.
Jeszcze przed wschodem słońca 37 rowerowych śmiałków w towarzystwie swoich rodzin i przyjaciół rozpoczyna dzień od Eucharystii. Słuchając Słowa Bożego i refleksji ks. bp. Jana Wieczorka, koncentrują swoją uwagę na rozpoczynającej się właśnie wyprawie. Wyprawie niebanalnej, w trakcie której pragną otaczać modlitwą rządzących światem, prosząc, by angażowali swe działania w budowanie cywilizacji życia, pełnej pokoju i szacunku dla każdego człowieka.
Po Mszy św. czas zaczyna nieubłaganie przyspieszać. Szybkie śniadanie (choć skurczony ze stresu żołądek i tak nie pozwala na obżarstwo), pakowanie ostatnich rzeczy i już trzeba ustawiać się na scenie, by wysłuchać słów pokrzepienia przed startem. W powietrzu czuć powiew rozpoczynającej się przygody, kiedy przy dźwiękach utworu „Wiara czyni cuda” pada komenda: „Ruszamy!”. Czułe uściski, kilka uronionych łez, chwila oszołomienia i już można wziąć głęboki oddech – IX wyprawa NINIWA Team staje się faktem! Podzieleni na dwie grupy śmiałkowie obierają kurs na zachód i znikają z oczu żegnającym, by nieść radość życia światu!
Pierwszy dystans mija w mgnieniu oka. Żadnych wywrotek, czy awarii, koła aż same się kręcą, napędzane energią otrzymaną w trakcie pożegnania. Do tego to przyjemne ciepełko bijące od jeszcze niepalącego słońca. Śmiałkowie skusili się nawet na przejażdżkę ścieżką rowerową, jednakże, gdy droga niespodziewanie kończy się w środku pola, szybko dziękują za takie udogodnienia. Po tradycyjnych 50 kilometrach czas na przerwę, która dzięki dobrej dyscyplinie w grupie kończy się zgodnie z planem po 30 minutach. Aby dodać sobie sił na kolejny dystans, rowerzyści gromadzą się w kółeczku (choć w tym przypadku bliższe prawdzie jest określenie „ogromne koło”) i odmawiają modlitwę o dobry humor. Modlitwa ta przedstawia zestaw trudności, których pokonanie jest kluczem do otwarcia się na wszystko, co przyniesie wyprawa i zbudowania postawy, która pozwoli dać z siebie wiele dla innych. A z doświadczenia wiemy, że im więcej dajesz siebie innym, tym więcej otrzymujesz. (Zwróć uwagę, Drogi Czytelniku, że to sprawdza się również w codziennym życiu :) ). Wyzbycie się znużenia, szemrania, wzdychania i zbytniego przejmowania się własnym „ja” to pierwszy krok w lekcji przyjmowania i osiągnięcia pełnej radości, jaką niesie nasze życie.
Drugi dystans okazuje się mniej łaskawy. Szymek Majchrzak łapie dętkę w tylnym kole, a trójka debiutantów pedałów SPD (Marlena Szymańska, Łukasz Wasilewski i Paweł Durklaniec) zalicza po wywrotce. Grupa po 110 kilometrach dociera do Brzegu, gdzie organizuje kolejną przerwę.
Następny etap daje rowerzystom popalić, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wysoka temperatura otoczenia i nagrzewający się niemiłosiernie asfalt przyprawia śmiałków nie tylko o pot czoła. Po 160 kilometrach rowerzyści docierają do Wrocławia. Każdy wyprawowicz czuje już ulgę odrobionego dziennego dystansu oraz zbliżający się wymarzony odpoczynek. Plan jest taki, żeby wyjechać za miasto, zaopatrzyć się w jedzenie i znaleźć pierwsze dogodne miejsce na nocleg, a tam rozbić namioty. Jednakże na wrocławskim rynku naszych śmiałków wyczekuje dwójka filmowców z lokalnej telewizji, którzy chcą uwiecznić ich szaleńcze wyczyny. Przeprowadzają wywiady, proponują ujęcia: jeszcze kółeczko na rynku, kadr z jazdy po mieście, kadr poza miastem… Pełna profeska! Wśród rowerzystów można wyczuć niechęć, zmęczenie i zniecierpliwienie. Przecież nocleg sam się nie załatwi, czas leci, a tu kręcą się kolejne kilometry… Zmarnowani, po 190 kilometrach docierają do Kątów Wrocławskich, gdzie bez większego entuzjazmu zaczynają myśleć o poszukiwaniu noclegu. Wtem do ojca dzwoni jeden z filmowców, pan Rysiek, z uprzejmym pytaniem o miejsce wypoczynku grupy. Jak się możesz, Drogi Czytelniku, domyśleć, strapienia naszych rowerzystów o miejsce do spania odeszły w niepamięć. Pan Rysiek przyjął rowerzystów na swoim podwórzu, na którym czekał basen z zimną wodą (oczywiście Górnik nie omieszkał wskoczyć do niego na bombę), trampolina, sad pełen jabłek, woda do kąpieli oraz studnia z wodą pitną. Istny raj. Pan Rysiek nieco później przyznał: „Jak mogłem Was nie przyjąć, skoro mam syna księdza?”. Co więcej, drugi kamerzysta, pan Maciek, NINIWĘ kojarzy już z wcześniejszych lat. Niektórych śmiałków poznał już na prezentacji książki z wyprawy na Syberię, a co więcej - pochodzi z Lublińca.
No ładna nauczka dla naszych śmiałków. Tych dwoje filmowców, z którymi grupa nie wykazała zapału do współpracy, okazało się istnymi aniołami niosącymi pomoc. Ojciec Lider mówi, że to dla całej ekipy lekcja przyjmowania. Często nasze wewnętrzne słabości utrudniają nam dostrzeganie dobra, które spotyka nas na co dzień. Przed wyprawowiczami duże wyzwania. Muszą się nauczyć przyjmować, aby nauczyć się radości życia.
Justyna i Mateusz / www.niniwateam.pl