• Poniedziałek, 11 maja 2026

    imieniny: Lutogniewa, Mamerta

Rząd zaniedbuje rodaków na Ukrainie

Poniedziałek, 20 lipca 2015 (04:25)

Z Marią Mirecką-Loryś, byłą dyrektor Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago, prezes Koła Lwowian w Chicago, w czasie wojny zaangażowaną w działalność narodowej konspiracji, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przez kilka dni gościła Pani na Ukrainie z pomocą dla naszych rodaków. To już kolejna Pani wizyta w tym roku za naszą wschodnią granicą…

– Staram się być na Ukrainie tak często, jak tylko siły pozwalają, tym bardziej że mam już 99 lat. W ubiegłym roku byłam u naszych rodaków na Ukrainie trzy razy, a w tym roku już drugi raz. Mam w planie jeszcze wyjazd na sierpniowe uroczystości upamiętniające jedną z największych bitew w wojnie polsko-bolszewickiej, bitwę pod Zadwórzem, gdzie walczył mój brat Bronisław Mirecki, późniejszy ksiądz – duszpasterz m.in. w Kamieńcu Podolskim, Gródku Podolskim, Połonnem i w Hałuszczyńcach. Teraz byłam na Ukrainie wraz z Krystyną Markut z Florydy, która od 10 lat ofiarnie niesie pomoc finansową naszym pozostawionym sobie samym rodakom. To nadzwyczajna osoba. Byłyśmy m.in. we Lwowie, ale także w Kamieńcu Podolskim i odwiedzałyśmy polskie środowiska. Modliłyśmy się również przy grobie wielkiego przyjaciela ludzi, duszpasterza Polaków na Wschodzie śp. ks. bp. Jana Olszańskiego.

Jak postrzega Pani ten kraj z perspektywy wojny, jaka się tam toczy?

– Od ponad roku z przerażeniem obserwujemy rozwój konfliktu zbrojnego na Ukrainie. Na zachodniej Ukrainie, gdzie byłyśmy, nie jest może aż tak niebezpiecznie jak w centralnej czy wschodniej części, choć przed wyjazdem przestrzegano nas przed ewentualnymi kłopotami. Na szczęście wróciłyśmy cało i zdrowo.  

Jaka jest sytuacja Polaków na Ukrainie?

– Przede wszystkim są to ludzie bardzo biedni. Ich sytuacja materialna jest niezmiernie trudna. Żyją bardzo skromnie, często nie stać ich na zakup leków, a nawet na jednorazowy zakup większej ilości ziemniaków czy innych warzyw, dlatego kupują na sztuki. Ludzie są zaniepokojeni tym, co się dzieje na wschodzie, ale np. we Lwowie jest na ogół spokojnie.   

Zachodnia część Ukrainy jest dotknięta innym problemem – odradzającego się nacjonalizmu. Czy goszcząc ostatnio w tym kraju, zetknęła się Pani z jego przejawami?

– Dla kogoś, kto przyjeżdża tam na kilka dni, często może to być niezauważalne, ale tu i ówdzie można dostrzec czarno-czerwone flagi banderowskie. Można też zauważyć pewną prawidłowość, mianowicie im bliżej polskiej granicy, tym symboli UPA jest więcej. To bardzo niepokojące zjawisko.  

Polska bardzo mocno angażuje się w pomoc Ukrainie, co niestety często obraca się przeciwko nam…

– Słuszna uwaga. Zarówno zaangażowanie polityczne, jak i materialne polskich władz dla Ukrainy jest znaczące. Ta nasza zdecydowana postawa i opowiedzenie się po jednej ze stron sprawia, że Rosja zamknęła swoje rynki dla naszych produktów zwierzęcych i roślinnych. Tracą na tym polscy hodowcy trzody chlewnej i producenci owoców i warzyw. Trzeba też powiedzieć, że Ukraińcy nie doceniają gestów płynących z Polski, mało tego, zwyczajnie grają nam na nosie, sankcjonując nacjonalizm ukraiński, gloryfikując zbrodniarzy OUN-UPA, a co za tym idzie niechęć do Polski i Polaków. Mamy też wciąż niezałatwioną kwestię zwrotu wiernym katolikom polskich świątyń, które zamknięte i nieużytkowane niszczeją, a nasi rodacy nie mają się gdzie modlić bądź gromadzą się w kaplicach cmentarnych. Ukraińcy w Polsce mają idealne warunki do życia, pracy i wszystko, czego zażądają, otrzymują, a naszych rodaków na Ukrainie traktuje się jak zło konieczne. Brakuje polskich napisów zarówno, gdy chodzi o polskie szkoły, jak i nawet w kościołach, gdzie dominuje język ukraiński. Warto, żeby polskie władze zadbały o tych naszych braci i siostry, którzy żyją za naszą wschodnią granicą.

Jak ocenia Pani działania polskich władz na rzecz przywrócenia prawdy historycznej i upamiętnienia ofiar ideologii UPA?

– Rząd polski tak na dobrą sprawę nie prowadzi polityki historycznej. Szkoda też, że nie wykorzystują sytuacji i naszego zaangażowania się po stronie Ukrainy i nie zabiegają o jasne stanowisko najwyższych władz tego kraju wobec ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Trudno się nam pogodzić z takim zaniechaniem polskiego rządu, tym bardziej że Ukraińcy szyderczo to wykorzystują. Nic zatem dziwnego, że mamy coraz częściej do czynienia z przejawami odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego i wrogości wobec nas, Polaków. To wstyd, że polski rząd nie reaguje. W sercu nosimy dwie rany: pierwszą zadaną i nierozliczoną naszemu Narodowi przez zbrodniczą ideologię OUN-UPA i drugą równie bolesną ranę, którą rozdrapuje bezczynność naszych władz, które mają obowiązek zadbać o przywrócenie prawdy historycznej i dążenie do upamiętnienia dziesiątków tysięcy ofiar zbrodni, a niestety tego nie robią.

Dlaczego obecne polskie władze nie widzą problemu w związku z falą odradzającego się tuż za naszą wschodnią granicą nacjonalizmu?

– Nie widzą, bo nie chcą widzieć. Nie chcą też reagować, nie chcą pomóc Polakom, którzy pozostali na Wschodzie. Taki niestety mamy rząd. Mam nadzieję, że po jesiennych wyborach przyjdzie dobra zmiana, którą zapoczątkowały niedawne wybory prezydenckie. Jeżeli sytuacja na zachodzie Ukrainie będzie szła dalej w takim kierunku, to obawiam się, że za jakiś czas możemy mieć kłopot z dotarciem z pomocą materialną dla naszych rodaków.   

Polacy, nawet duchowni zamieszkujący zachodnie regiony Ukrainy, z obawy przed represjami nie chcą się bezpośrednio wypowiadać na temat sytuacji, jaka ma miejsce w tym kraju. Pani, która rozmawiała z polskimi kapłanami, może niejako w ich imieniu powiedzieć, jak to wygląda z ich perspektywy?

– W moim odczuciu jeszcze kilka lat temu polscy księża na Ukrainie byli mocniejsi i odważnie wyrażali swoje stanowisko także w sprawach historycznych. Dziś w związku z zaistniałą sytuacją na wschodzie Ukrainy oraz odradzającym się i tolerowanym przez władze nacjonalizmem ukraińskim są bardzo oszczędni w wypowiedziach i nie ma się co dziwić, bo są tam sami i tak naprawdę znikąd nie mają pomocy. Coraz częściej też w polskich świątyniach nabożeństwa są odprawiane w języku ukraińskim. Na przykład we lwowskiej katedrze na próżno szukać jakichkolwiek informacji w języku polskim. Dla mnie jest to całkowicie niezrozumiałe. Wiele lat przeżyłam w Stanach Zjednoczonych i tam Polacy mają swobodę wypowiadania się, dotyczy to także nabożeństw, które są odprawiane w naszym ojczystym języku. Z Ukrainy powróciłyśmy w bardzo smutnych nastrojach.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki