Niech rząd się opamięta!
Środa, 8 lipca 2015 (19:17)Z Romanem Jakimem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
500 osób w Mielcu i 900 w Świdniku – tylu pracowników straci pracę w wyniku wyboru caracala. Jak zrozumieć to, że rząd nie podał ręki firmom, które inwestują w Polsce?
– W tym wypadku nawet trudno mówić o zrozumieniu. Niepojęte jest to, jak rząd może traktować swoich obywateli. Mówiąc o likwidacji 1400 miejsc pracy w Mielcu i Świdniku, trzeba wziąć pod uwagę, że jest to tylko część stanowisk pracy, jakie w związku z decyzją rządu zostaną zlikwidowane. Do wspomnianych dołączy jeszcze co najmniej drugie tyle w firmach, które kooperują z zakładami w Mielcu czy Świdniku. Zatem wybór francuskiego caracala to utrata kilku tysięcy miejsc pracy w Polsce, a może nawet więcej. Jeżeli do tego dołączymy rodziny zwalnianych, to krąg osób poszkodowanych, które ucierpią na skutek niezrozumiałej decyzji rządu PO – PSL jeszcze bardziej się poszerza.
Tymczasem z obozu rządzącego dochodzą głosy, że protestując, dramatyzujecie i przesadzacie oraz chcecie, mówiąc kolokwialnie, podjudzać do protestów. Co Pan na to?
– To insynuacje. Nie jest prawdą, że chcemy wpływać na nastroje społeczne. My pokazujemy, jak wygląda prawda o tym przetargu i jakie są fakty. Zresztą już od samego początku wykazywaliśmy jako Sekcja Krajowa Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, która reprezentuje pracowników PZL Mielec i PZL Świdnik, że sprawy zmierzają w złym kierunku. Byliśmy nastawieni na rozmowy i negocjacje, co udowodniliśmy. Zanim bowiem doszło do akcji protestacyjnych, odbyło się kilka spotkań w Ministerstwie Obrony Narodowej, które deklarowało, że nasi przedstawiciele będą mieli wgląd w dokumentację najpierw przetargową, a później będą mogli uczestniczyć w testach praktycznych caracala. To wszystko było negocjowane przy stole i to strona rządowa nie wykazała żadnej dobrej woli. Mało tego, wszystkie działania ze strony MON to było pozorowanie i próba zmylenia pracowników polskich zakładów lotniczych, uśpienia ich czujności jeszcze przed decyzją, że to Airbus Helicopters będzie dostawcą śmigłowców dla polskiego wojska. To nie my robiliśmy kogokolwiek w konia, tylko to nas próbowano zrobić na szaro i nami się posłużyć. Stąd doszło do akcji protestacyjnych. Na poparcie tego są argumenty, które przedstawiliśmy w listach do prezydenta Komorowskiego, przedstawialiśmy to również w pismach kierowanych do premier Kopacz. Tu chodziło o sprawę obronności naszej Ojczyzny i nie dość, że wybrano śmigłowiec, który jest produkowany poza granicami Polski, który jest droższy, to jeszcze mamy wydać na to 13 miliardów złotych, zasilając budżet innego państwa. Tym samym sponsorujemy miejsca pracy Francuzom, przy okazji likwidując miejsca pracy w Polsce. To są argumenty, które przedstawialiśmy, zanim doszło do protestów. Jeżeli ktoś po stronie rządowej zaprzeczy, że tak było, to niech stanie przed pracownikami z Mielca i Świdnika i patrząc im w oczy, powie, że nie mają racji.
Wcześniejsze apele o wyjaśnienie decyzji MON oraz o unieważnienie przetargu zostały zlekceważone. Tymczasem znów zwróciliście się do premier Kopacz i wicepremiera Piechocińskiego – czy to oznacza, że wciąż liczycie na refleksję?
– Nigdy nie należy posądzać kogoś o złą wolę, należy dać mu szansę, aby się wykazał, przeanalizował swoje postępowanie i – jak trzeba – żeby się zreflektował. Te nasze ostatnie wystąpienia skierowaliśmy z jeszcze jednego powodu, bo oprócz tych wszystkich argumentów, o których mówiliśmy wcześniej, doszedł jeszcze jeden. Mianowicie na Międzynarodowym Salonie Lotniczym w Le Bourget we Francji kierownictwo Airbus Helicopters ogłosiło, że wycofuje się z produkcji caracali. Stwierdzono, że jest to przestarzała konstrukcja z lat 60. i w związku z tym rozpoczynają produkcję nowoczesnego śmigłowca. Kiedy usłyszeliśmy, i to z ust szefostwa Airbus Helicopters, że nasza armia ma być wyposażona w przestarzały sprzęt, to postanowiliśmy jeszcze raz zaapelować do rządzących w Polsce o opamiętanie.
Niedawno poseł Mieczysław Kasprzak z PSL stwierdził, że zwalniani pracownicy z PZL Mielec przy pomocy rządu i władz Podkarpacia mogliby znaleźć pracę w mieleckiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej (SSE)…
– Jeżeli rząd pozostanie przy swoim, choć mam nadzieję, że uda się nam przekonać argumentami, że podjęta decyzja była zła, i skłonić do ponownego jej przeanalizowania, to pracownicy, którzy nie mają uprawnień emerytalnych ani żadnych innych świadczeń, które pozwoliłyby im jakoś godnie egzystować, z pewnością będą szukać zatrudnienia i być może znajdą je w innych firmach zlokalizowanych np. na terenie mieleckiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. I poseł Kasprzak nie odkrył tu żadnej Ameryki. Pytanie tylko, czy o to w tym wszystkim chodzi. Czy ludzie, którzy są przygotowani do pracy w sektorze lotniczym, którzy mają określone, wysokie kwalifikacje powinni być przenoszeni czy szukać pracy w innych sektorach niż lotniczy. Po co niszczyć to, co dobrze funkcjonuje i próbować to leczyć protezami? Na terenie Podkarpacia bezrobocie jest kilkunastoprocentowe i dobrze byłoby, aby poseł Kasprzak wiedział, że oprócz pracowników, którzy są zwalniani z Mielca, są jeszcze inni, którzy poszukują pracy, i lepiej byłoby, aby to oni znaleźli pracę zarówno w mieleckiej SSE, jak i w innych zakładach regionu. Fachowcy z branży lotniczej powinni robić to, co potrafią najlepiej. Stąd rady posła Kasprzaka są tu nie na miejscu. Może lepiej, żeby jako przedstawiciel koalicji rządzącej wpłynął na swoich kolegów, aby zweryfikowali swoje decyzje, a nie udzielał rad tym, w których imieniu sprawuje funkcję posła RP.