Konieczna zmiana systemu
Piątek, 3 lipca 2015 (08:43)Z Andrzejem Sadowskim, założycielem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha, Pierwszego Niezależnego Instytutu w Polsce od 1989 roku, rozmawia Rafał Stefaniuk.
Beata Szydło zaapelowała do Platformy o odejście od pomysłu przyjęcia w Polsce euro. Jak stwierdziła, to ta europejska waluta zgubiła Grecję. Rzeczywiście euro jest głównym problemem Greków?
– Euro uczyniono religią państwową w Unii Europejskiej, która miała przynieść wszystkim dobrobyt tylko z jednego powodu – ze zmiany koloru farby na banknotach, które są w obiegu. Z tego tytułu w Grecji i innych krajach miało być od razu lepiej. Taka argumentacja pojawiła się też w raporcie NBP w 2004 r. Przekonywano, że tylko z tego tytułu, że w Polsce będzie euro, będziemy żyć lepiej. Dekada pokazała, że jest to nieprawda z prostego powodu. Nie da się wprowadzić wspólnej waluty w krajach o tak zróżnicowanym poziomie rozwoju gospodarczego. W dodatku wprowadzając jedną stopę podatkową dla krajów, które chcą się szybko rozwijać, tak jak chciała Hiszpania, i krajów, które zadowalają się bardzo niskim poziomem rozwoju, jak Francja. Ekonomiści z EBC po pewnym czasie krytycznie przyznali, że takie rozwiązanie uśredniające jest niekorzystne i dla jednych, i dla drugich. Po latach jeden z ministrów rządu Grecji przyznał, że euro spowodowało niekonkurencyjność wielu gałęzi gospodarki jego kraju, bo przyjęto fałszywe parytety, przeliczenia i była to waluta innego obszaru gospodarczego. Dlatego dzisiaj wyspy greckie, opierające się na turystyce, ucieszyłyby się, gdyby przyjęto drachmę. To spowodowałoby, że usługi turystyczne Grecji byłyby konkurencyjne wobec usług Włoch, Hiszpanii czy Portugalii. Doświadczenia z euro pokazują, że nie jest to waluta na czas kryzysu, która tworzy bezpieczną przystań. Tego doświadczyliśmy w 2008 r., kiedy nasza narodowa waluta pozwoliła nam bardziej elastycznie reagować na kryzysową sytuację, na co nie pozwalało posiadanie euro. I takich argumentów jest bardzo dużo.
Istnieje prawdopodobieństwo, że Grecy wrócą do drachmy?
– To nie jest kwestia prawdopodobieństwa, tylko nie da się już – a mówimy o perspektywie nie dni, a tygodni czy miesięcy – utrzymać tego mechanizmu, który był do tej pory, że w sposób sztuczny utrzymuje się bardzo wysoki poziom życia, który nie wynika z własnej pracy.
Mówi Pan o dodatkach socjalnych?
– Jak się przyjrzeć poziomowi życia Greków w kryzysie, to on jest bardzo duży, jeżeli chodzi o to, co mają do dyspozycji, w porównaniu do naszego poziomu, kraju niebędącego w kryzysie. Ale trzeba pamiętać, że to jest efekt sztucznego podniesienia im standardów dzięki obecności w Unii i euro i sfinansowania tej różnicy między tym, co Grecy sami wypracowali, a tym, co im dodano. W krajach strefy euro nie ma tylu środków, aby pozwolić sobie na bezterminowy mechanizm sztucznego podwyższania poziomu życia. Warto przypomnieć, że Unia od 2008 r. nie potrafi wyjść z kryzysu, mimo tylu już deklaracji, że dawno się skończył.
Wyjście Grecji ze strefy euro to początek końca idei wspólnej waluty?
– Unie walutowe na świecie prędzej czy później upadały. Przykłady różnych unii walutowych w samej tylko Europie pokazują, żę jest to niesłychanie trudna sprawa. Od początku podkreślano, że euro jest to przede wszystkim narzędzie integracji politycznej, a nie gospodarczej. Warto zwrócić uwagę na fakt, że pieniądz mógł swobodnie przekraczać granicę, ale w tym stopniu już nie towary i ludzie. Ciągle jeszcze są bariery handlowe wewnątrz Unii.
Beata Szydło uzależnia przyjęcie euro od osiągnięcia przez Polskę poziomu gospodarczego i płac z Europą Zachodnią. Wyrównanie poziomów jest możliwe?
– To jest teza, którą powtarzamy od lat. Dzisiaj nasza waluta i euro u naszych sąsiadów przypomina coś, co można porównać do różnego poziomu lustra wody dwóch jezior. Między tymi jeziorami są śluzy, które wyrównują poziom wody i dzięki temu możemy bezpiecznie przepłynąć z jednego jeziora do drugiego. Dzisiaj różne systemy walutowe Polski i naszych sąsiadów pełnią taką rolę bezpiecznych śluz. Jeżeli te lustra wody zbliżą się do siebie, to wtedy przyjęcie euro będzie procesem neutralnym i naturalnym dla gospodarki. Tylko że bogactwo nie bierze się z przyjęcia euro, a to próbowano nam przez lata wmawiać.
Wyrównanie poziomów to perspektywa ilu lat?
– Mamy taki potencjał, tak pracowite i przedsiębiorcze społeczeństwo, że jesteśmy w stanie w ciągu dwóch pokoleń przeskoczyć pod względem dobrobytu i rozwoju gospodarczego Niemcy. Zrobiła to Irlandia, kiedy w ciągu dwóch pokoleń przeskoczyła w dobrobycie Wielką Brytanię. Dokonała tego poprzez radykalną zmianę systemu podatkowego, gospodarczego i stworzyła najbardziej konkurencyjny system do pracy i działalności gospodarczej w Europie lat 80. końca XX wieku.
I wszystko w Polsce rozbija się o system?
– Przez pół wieku mieliśmy sytuację, w której ten sam naród, posługujący się tym samym językiem, czytający tych samych poetów i słuchający muzyki tych samych kompozytorów, był podzielony na dwa państwa. W jednym państwie produkowano mercedesy i podobne marki jako przejaw dóbr najwyższej jakości znanej na świecie, a w drugim systemie przy tym samym narodzie to, co można było wyprodukować, to najwyżej plastikowy trabant. Ten system nie był w stanie dać obywatelom niczego więcej. Konkurencyjność nie polega na tzw. innowacyjności itp. rzeczach, które próbuje się nam opowiadać, bo tzw. innowacyjność, to, czy jest dobry, czy zły system podatkowy, czy ludzie tracą czas na załatwianie spraw formalnych, czy nie tracą. Zarówno w Niemczech, jak i w Polsce cement wiąże się w tym samym czasie. Ale Niemcy wygrywają konkurencję tym, że sprawy formalne do czasu wylania cementu załatwiane są w radykalnie krótszym czasie. My tracimy czas, pieniądze muszą być dłużej zaangażowane, czyli mniej je wykorzystamy i mniej je obrócimy ze względu na to, że przez 25 lat polscy politycy tak skomplikowali nam przepisy, że tracimy życie na niepotrzebne działania. To pokazują badania, że przedsiębiorca w Polsce spędza blisko 2 miesiące w ciągu roku nad sprawami formalnymi, zamiast spędzać je z rodziną lub przeznaczyć na rozwój firmy. Przegrywamy więc o te dwa miesiące życia każdego z nas z innymi nacjami.
Dlaczego więc nie zmienia się systemu na bardziej przyjazny obywatelom i gospodarce?
– W Kancelarii Prezydenta mówiłem, na czym polega konkurencyjność. Przekonywałem, że jest to kwestia systemu, bo Polacy nie są gorsi od innych narodów. Wręcz przeciwnie – mamy cechy, które spowodowały, że Komisja Europejska stwierdziła, że jesteśmy najbardziej przedsiębiorczym narodem w Unii Europejskiej. Mówiłem, że konieczna jest zmiana systemu. Usłyszałem wtedy ripostę ze strony pana prezydenta, że zawsze będziemy za Niemcami i nigdy ich nie przeskoczymy. Twierdził tak, mimo że pokazałem, że Irlandczykom to się udało. Udowadniałem, że i nam się uda, i będzie u nas lepiej niż w Niemczech. Wystarczy, że zmienimy u siebie system podatkowy i gospodarczy. Jednak od lat wśród polskich polityków lub wśród ludzi, którzy pójdą do polityki, panuje zakaźna choroba, że w pewnym momencie zaczynają mówić, że nic się nie da zrobić, że tak musi być. Trzeba byłoby to zgłosić jako nową jednostkę chorobową, na którą zapadają ludzie sprawujący władzę. I gdy u polityka wystąpią objawy choroby, „nic nie da się zrobić”, to powinien być poddany zamkniętemu leczeniu, jak przy chorobach zakaźnych.