Cartoneros spod Akropolu
Czwartek, 2 lipca 2015 (05:28)Grecja miała przelać pieniądze do Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu spłacenia pożyczek. Nie uczyniono tego. Kraj na chwilę obecną jest niewypłacalny. Dużo mówi się o możliwym bankructwie Grecji, ale co ono w rzeczywistości oznacza?
Mamy problem ze zdefiniowaniem bankructwa państwa, ponieważ nie ma jednej ustalonej sformalizowanej procedury, według której kraj by upadał, według której jego finanse publiczne byłyby restrukturyzowane.
Bankructw w historii gospodarczej świata było całe mnóstwo. Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że setki. Tylko w rekordowej pod tym względem dekadzie, a więc w latach 80. XX wieku różne państwa upadały aż 74 razy! Dla przykładu Hiszpania bankrutowała 13 razy, Francja 8 razy, a Polska 3 razy ogłaszała niewypłacalność.
Przypadek Grecji jest o tyle szczególny, że nie mieliśmy do tej pory do czynienia z sytuacją, w której kraj zaliczany do kategorii gospodarek rozwiniętych przestawałby spłacać swoje zobowiązania wobec MFW. To po pierwsze, a po drugie nie mieliśmy do czynienia z bankructwem kraju będącego członkiem unii walutowej. W tym przypadku strefy euro. To są dodatkowe utrudnienia dla sytuacji Grecji, regionu i wreszcie całej gospodarki światowej.
Jeśli mielibyśmy szukać analogii, to przypadek Grecji najbardziej przypomina bankructwo Argentyny na przełomie XX i XXI wieku. Najbardziej kryzysowy dla tamtej historii rok to był 2002. Skończyło się to dla Argentyny bardzo źle. Odnotowano 25-procentowe bezrobocie, 11-procentowy spadek PKB i aż 60-procentowy odsetek Argentyńczyków żyjących poniżej progu ubóstwa. Do historii jako symbol ówczesnego argentyńskiego kryzysu przeszedł nowy zawód, a więc tzw. cartoneros. Byli to ludzie żyjący ze zbierania makulatury.
Na ulicach odbywały się zamieszki. Wówczas Argentyńczykom większość wierzycieli darowała długi, aż w 70 proc., w zamian za obietnicę spłat samych odsetek. Argentyński eksport dzięki deprecjacji został zdynamizowany po uwolnieniu jego kursu, wcześniej sztywnego do dolara USA.
Myślę, że podobnie byłoby w przypadku Grecji, tzn. wyjście ze strefy euro, powrót do drachmy i spadek jej wartości mógłby pozwolić w dłuższej perspektywie na wyjście tego kraju z kryzysu strukturalnego. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że Greków w przypadku totalnego bankructwa czeka co najmniej kilkanaście miesięcy poważnych perturbacji społeczno-ekonomicznych.
To jest największy problem, bo tego się boją rządzący Grecją politycy. Rząd Aleksisa Ciprasa na pewno w takich warunkach się nie utrzyma. A przecież po to się uprawia politykę, by władzę sprawować.
Dr Marian Szołucha