Reforma potęgująca bałagan
Poniedziałek, 22 czerwca 2015 (21:42)Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Akademii Obrony Narodowej Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Rafał Stefaniuk
Prezydent wskazał dziś dowódcę Sił Zbrojnych w czasie wojny. Dalej krytycznie ocenia Pan sposób zorganizowania tego stanowiska?
– Użył Pan dobrego słowa: wskazał. A co to oznacza? Nie mamy pewności, czy ów wskazany w razie konieczności będzie dowódcą. O tym ma ostatecznie decydować prezydent wspólnie z premierem. A to dzisiejsze wskazanie w żaden sposób nie obliguje premiera i prezydenta do późniejszej nominacji. To pierwsza sprawa. Ale żeby nie było za prosto, to przepisy mówią, że prezydent może na pewien czas wskazać kogoś zupełnie innego. A więc dzisiejszy wskazany może nigdy nie być dowódcą Sił Zbrojnych, bo w międzyczasie prezydent wskaże kogoś innego. To jest za bardzo poplątane, żeby to pozytywnie oceniać.
Zna Pan gen. Marka Tomaszyckiego?
– Tak, oczywiście znam go.
Jak Pan ocenia jego kwalifikacje?
– To nie jest kwestia oceny. Jego kwalifikacje są dobre, zajmował stanowiska dowódcze, był też na misjach. Większe uwagi trzeba mieć do czegoś zupełnie innego, czyli sposobu jego powołania.
A co budzi Pana obiekcje?
– Generał, a do tego dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych nie mógł odmówić prezydentowi i powiedzieć, że nie zgadza się z tym wskazaniem. Inne uwagi mam do sytuacji, w której został powołany, i jak ustępujący, jak by nie było, prezydent to zrobił. Komunikat, że nastąpi wskazanie, został wydany przez BBN w niedzielę. Sama nominacja odbywa się na kilka godzin przed spotkaniem Bronisława Komorowskiego z prezydentem elektem Andrzejem Dudą. Dlaczego tak zrobiono? Przecież wystarczyło odczekać, przedstawić prezydentowi elektowi propozycję, a następnie zgodnie z zasadami grzeczności i elegancji można było to ogłosić, skoro uznano, że jest to teraz konieczne i potrzebne. Tym samym wprowadzono generała w sytuację mało komfortową.
Na kim powinniśmy się wzorować, tworząc system dowodzenia Siłami Zbrojnymi?
– Na starej zasadzie, która obowiązuje od tysiącleci w wojsku, a więc że na każdym szczeblu jest tylko jeden dowódca. Dzięki zasadzie jednoosobowego dowodzenia podwładni zawsze wiedzą, kto im wydaje rozkazy i które rozkazy mają wykonywać. Ta zasada została złamana podczas reformy dowodzenia w Wojsku Polskim. Nasze wojsko na szczeblu najwyższym ma dwóch dowódców. Wychodzi na to, że dowódcą Sił Zbrojnych jest minister obrony, bo obaj dowódcy podlegają jemu. A jak wiemy, cywilna osoba nie ma doświadczenia ani kompetencji do wydawania rozkazów wojsku. Rozkazodawstwa nie można mylić z zarządzaniem. Zasada została złamana, a bałagan będzie się potęgował.
Zmieńmy wątek. Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy i Grecy nie biorą udziału w rotacyjnej obecności wojsk NATO w Polsce. Sojuszowi trudno będzie zmobilizować wszystkie kraje do działania w razie zagrożenia?
– Lepiej, żebyśmy tego nie musieli sprawdzać. Już teraz pojawiają się głosy wśród członków NATO, że Polska powinna sama zadbać o swoje bezpieczeństwo. Badania opinii publicznej w Niemczech, Francji czy we Włoszech mówią, że większość społeczeństwa uważa, że nie należy wykonywać artykułu piątego i nie pomagać militarnie Polsce. Oczywiście badania opinii publicznej a decyzje władz to są różne rzeczy, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z krajami demokratycznymi. W takich ustrojach politycy zwykle starają się działać zgodnie z wolą większości, żeby przypodobać się wyborcom. To oznacza jedno. Powinniśmy gorąco dziękować Panu Bogu, że Stany Zjednoczone nie zamierzają wycofywać się z Europy, a wręcz umacniają swoją obecność. Dziękujmy także za to, że Rosja nie jest tak silna, jak się jej wydawało. Operacja Ukraińska i sankcje może doprowadzą do tego, że reżim Putina się załamie. To są jednak nadzieje. Jednak to, co jest realne, to to, że nasz system obrony kraju pozostawia wiele do życzenia.
Niemożliwe jest więc istnienie europejskiej armii?
– To jest science fiction. Europejska armia nigdy nie powstanie. Nie ma spoiwa, które mogłoby łączyć kraje Europy. Euro miało być spoiwem, a jak się okazało, nie jest. Nie ma także wspólnej strategii bezpieczeństwa. To jest baśń z tysiąca i jednej nocy i jako taka musi być traktowana.