Rząd z łapanki
Środa, 17 czerwca 2015 (11:15)Premier Ewa Kopacz i jej zastępca wicepremier Siemoniak, a także wspierające rząd media rozpływają się wręcz nad zaletami nowych ministrów i wiceministrów, a wystarczyło posłuchać ich pierwszych wypowiedzi po odebraniu prezydenckich nominacji, żeby przekonać się, że pochodzą „z łapanki”.
Nie to, żebym wybrzydzał na kompetencje tych nowych ludzi w rządzie, zapewne są fachowcami w dziedzinach, za które przez najbliższe cztery miesiące przyjdzie im teraz odpowiadać, ale to, co przekazali dziennikarzom na pierwszych konferencjach prasowych, potwierdza, że zostali gwałtownie wyrwani ze swych środowisk, nawet bez krótkiej rozmowy z szefową rządu, co zamierzają w najbliższym czasie w swoich resortach zrobić.
Najbardziej znaczącą postacią z trzech nowych ministrów konstytucyjnych jest oczywiście kardiochirurg prof. Marian Zembala, nazwany przez wicepremiera Siemoniaka w jednym z wywiadów radiowych „Messim, który wszedł na boisko w 75. minucie meczu, który Platforma wyraźnie przegrywa i ma go przez te cztery miesiące wygrać dla tej partii”.
Rzeczywiście prof. Zembala to znakomity kardiochirurg ze szkoły prof. Religi, spopularyzowany jeszcze w świetnym, wyświetlanym niedawno w naszym kraju, filmie fabularnym pt. „Bogowie”, ale z zarządzaniem ochroną zdrowia, na czym „polegli” na tym stanowisku jego poprzednicy z Platformy − Ewa Kopacz i Bartosz Arłukowicz, zapewne będzie miał poważne kłopoty.
Już pierwsza jego propozycja, aby firmy ubezpieczeniowe mające w ofercie ubezpieczenia komunikacyjne przekazywały część składki na ratownictwo medyczne, pokazuje, że nie zapoznał się on „z osiągnięciami” 8-letnich rządów Platformy, która takie wpłaty zlikwidowała.
To rozwiązanie przygotował i wprowadził w życie właśnie prof. Religa w 2007 r., przynosiło ono kilkaset milionów zł do budżetu NFZ, ale w 2008 r. ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz przygotowała zmiany w ustawie o finansowaniu ochrony zdrowia i opłata została zlikwidowana.
Z kolei nowy minister sportu − wioślarz, złoty medalista z Pekinu, zaskoczył dziennikarzy na pierwszej konferencji prasowej stwierdzeniem, że swoje zamierzenia programowe przedstawi dopiero za kilka tygodni.
Na uwagę dziennikarzy, że za cztery miesiące wybory i w związku z tym, jeżeli będzie się ociągał, to może nawet nie zdążyć zaprezentować swoich pomysłów, odpowiedział, że nie zamierza wyprowadzać się z resortu.
Tyle tylko, że nic mi nie wiadomo, żeby ten znakomity skądinąd sportowiec miał kontynuować swoją misję także w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, który niechybnie powstanie po jesiennych wyborach parlamentarnych.
Nowy minister skarbu Andrzej Czerwiński na pierwszej konferencji prasowej także sprawiał wrażenie niezorientowanego w najważniejszych sprawach, jakimi zajmuje się obecnie jego resort.
Zapewnił, że nie będzie „wietrzenia” spółek Skarbu Państwa, choć akurat czerwiec jest miesiącem, kiedy odbywają się walne zgromadzenia przyjmujące ich roczne sprawozdania finansowe, i tym stwierdzeniem uspokoił zapewne wielu prezesów.
A przecież gdyby zastosować w odniesieniu do prezesów ten sam schemat, jakim posłużyła się premier Ewa Kopacz w rekonstrukcji swojego rządu, to powinni zostać odwołani szefowie największych spółek Skarbu Państwa, ponieważ zostali po wielokroć nagrani, a fragmenty ich rozmów, które znalazły się w mediach, stawiają ich naprawdę w niekorzystnym świetle.
Tylko mimochodem wspomniał nowy minister o dwóch najważniejszych sprawach, jakie pilotuje resort skarbu − budowie Gazoportu i naprawie branży węglowej, a przecież realizacja tych dwóch priorytetów w najbliższych miesiącach to być albo nie być jego resortu.
Wszystko to potwierdza, że nominacje ministerialne miały głównie charakter wizerunkowy, ale Platformy jednak nie uratują.
Dr Zbigniew Kuźmiuk