• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

W służbie zdrowia wygrywa biurokracja

Wtorek, 16 czerwca 2015 (09:58)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Bartosz Arłukowicz nie jest już ministrem zdrowia. Czy środowisko medyczne odczuwa ulgę?

– Odpowiem może nieco przewrotnie – i tak, i nie. Tak – bo Bartosz Arłukowicz bardzo źle przysłużył się nie tylko środowisku lekarzy, ale również całej służbie zdrowia i pacjentom w Polsce. Dlatego z ulgą przywitaliśmy wiadomość, że ten człowiek po trzech latach nie będzie już dalej szkodził. Jednak z drugiej strony doskonale wiemy, że Ministerstwo Zdrowia to nie był prywatny folwark Arłukowicza i to szkodzenie było na polityczne zamówienie. Spodziewamy się, że następca będzie robił dokładnie to samo, może z nieco większą finezją. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że umocowanie – zarówno konstytucyjne, jak i zależność od układów partyjnych – każdego następnego ministra będzie bardzo duża, w związku z tym nie spodziewamy się, że wreszcie przyjdzie ktoś odpowiedni i dobry na to stanowisko. Bardziej skłaniałbym się, że będzie to taki sam kuglarz i oszust, który będzie robił dokładnie to samo, może tylko w nieco innej formie. Forma działania min. Arłukowicza była nieznośna dla wszystkich i będzie trudna do powtórzenia. Może zatem, przynajmniej przez chwilę, będzie wrażenie, że coś jest lepiej, ale to tylko złudzenie, bo kierunek się nie zmieni.

Jak przyjął Pan uzasadnienie premier Ewy Kopacz odwołania Arłukowicza w związku z aferą podsłuchową, a nie ze względu na stan służby zdrowia?

– To jest pewna forma wytłumaczenia, co wcale nie zmienia stanu rzeczy. Gdyby w ochronie zdrowia miało być lepiej i gdyby tej ekipie rzeczywiście zależało na poprawie fatalnej kondycji służby zdrowia, to Bartosz Arłukowicz już dawno poleciałby ze stanowiska. Jednakże robił to, czego od niego oczekiwano, dlatego tak długo to trwało, za długo.

Skoro o odejściu Arłukowicza zdecydowały względy polityczne, a nie merytoryczne, to czy pokusiłby się Pan o podanie kilku argumentów, dla których min. Arłukowicz już dużo wcześniej powinien zostać zdymisjonowany?

– To jest temat na dłuższą rozmowę. Jednakże gdybym miał to ująć w paru słowach, to powiedziałbym wprost: takich szkód, jakie polskiej medycynie na stanowisku ministra zdrowia wyrządził Bartosz Arłukowicz, już dawno nikt nie zrobił. Choć trzeba dodać, że jego poprzedniczka na tym stanowisku – obecna premier Ewa Kopacz też sporo zniszczyła. W końcu Arłukowicz nie przyszedł w próżnię, ale przejął schedę po swojej do dzisiaj szefowej. Oczywiście nie byłoby sprawiedliwe, gdyby całą winą obarczyć Arłukowicza, ale w życiu powinna obowiązywać zasada, która mówi, że jeżeli się nie może robić tego, co się uważa za słuszne, to się powinno odejść, zrezygnować. To oznaczałoby, że dana osoba dostrzega zło systemu, ale nie jest w stanie sama sprostać jego naprawie i zachowuje się z honorem. Natomiast jeżeli ktoś się podpisuje pod takim źle funkcjonującym obszarem, to znaczy, że bierze za to odpowiedzialność. Być może są to zasady przestarzałe i ktoś uzna je za niedzisiejsze, ale ja uważam, że tak powinno być.

Ale jakby na przekór temu, co Pan mówi, Bartosz Arłukowicz dumnie głosi, że „polityka to nie tylko sztuka obejmowania i piastowania stanowisk, ale też sztuka odchodzenia w odpowiednim momencie”. To odpowiedni moment?

– Kiedy mleko się rozlało, to trochę za późno i żadna próba ratowania twarzy nie zmienia faktu, że Bartosz Arłukowicz powinien odejść w momencie, kiedy miał firmować złe ustawy. Powinien odejść, kiedy wprowadzano ustawę refundacyjną czy później, kiedy kazano mu skrócić kolejki, nie dając na to ani grosza. Wtedy mógł jeszcze uratować resztki honoru. W tej chwili nie jest w stanie już nic uratować oprócz partyjnych kolegów, dla których na „reformie” służby zdrowia zaoszczędził sporo kasy, co pomogło przedłużyć byt polityczny całej Platformy Obywatelskiej. Mimo wszystko wydaje się, że nieudolność i pazerność tego ugrupowania, a zwłaszcza członków rządu, którzy mieli dostęp do publicznej kasy, spowodowały ich upadek. Tak już jest w historii, że zachłanność gubi narody i poszczególne jednostki. Dlatego uważam, że odejście min. Arłukowicza to na pewno nie jest odpowiedni moment, ale najwyższy czas.

Arłukowicz, który przecież sam jest lekarzem, przez trzy ostatnie lata jako minister starał się antagonizować pacjentów i lekarzy, wmawiając społeczeństwu, że system opieki zdrowotnej jako taki jest dobry, a nie działa z powodu „złych lekarzy”…

– Proponuję już byłemu ministrowi Bartoszowi Arłukowiczowi, żeby powrócił do zawodu lekarza i spróbował wypisywać recepty według zasad, jakie sam ustalił, gdzie obowiązuje zasada 200 złotych za błąd, żeby przepisywał leki według aktualnego poziomu refundacji, jaki ustali jego następca. Niech pokaże, że jest dobrym lekarzem, który potrafi pracować w systemie, jaki sam stworzył.

Będzie miał taką okazję?

– Nie sądzę. Nie lubię zakładów, ale w tym wypadku można postawić niemałe pieniądze, że Bartosz Arłukowicz już sobie przygotował czy może jego koledzy z PO przygotowali mu tzw. złoty spadochron i jakieś miękkie lądowanie na ciepłej posadce. Nie wierzę, żeby chciał się splamić, podejmując pracę jako lekarz, pracę z ogromną odpowiedzialnością za marne grosze. Jestem co do tego przekonany. Podobnie było z jego poprzednikami, chociażby z Ewą Kopacz, która do zawodu lekarza nie wróciła, bo i po co.       

W jakiej kondycji Arłukowicz zostawia służbę zdrowia w Polsce?

– Służba zdrowia w Polsce po rządach Ewy Kopacz, a teraz po trzech latach rządów Bartosza Arłukowicza to trup, który jest pudrowany i szminkowany, ale teraz jeszcze polewany wodą kolońską, żeby nie było czuć, jak się rozkłada. Ze służbą zdrowia w Polsce jest tak jak w bajce, kiedy wszyscy udają, że król ma jakieś szaty do czasu, aż ktoś krzyknie, że król jest nagi. To istna prowizorka, którą doraźnie próbuje się łatać czy gasić pożary. Nie jest to jednak żaden system, ale coś wynaturzonego. W takim układzie nie da się normalnie pracować, a tym bardziej leczyć pacjentów.

Lekarze czują się zagrożeni?

– Dzisiaj, żeby leczyć pacjenta, wypadałoby zatrudnić notariusza, wypełnić całą masę formularzy, a to, co jest sednem bycia lekarzem, a więc pomoc chorym ucieka gdzieś na boki w tym całym biurokratycznym bałaganie. Lekarz nie ma czasu dla pacjenta i nic dziwnego, że chory, który trafia do szpitala, jest traktowany jako potencjalny wróg, który może zaszkodzić. To nienormalne. Zaburzona jest relacja lekarz – pacjent i to negatywnie wpływa na efekty naszej pracy z chorymi. Owszem, środowisko lekarskie nie jest zbiorem ludzi idealnych i tak jak zdarzają źli nauczyciele czy policjanci, tak samo jest z lekarzami. Jednak problemem jest system, który stoi na głowie i ogromny udział w tym ma były już min. Bartosz Arłukowicz i jego poprzedniczka Ewa Kopacz sprawująca obecnie funkcję premiera. Błędy i złe decyzje tych osób i oszukiwanie ludzi będą się nam jeszcze długo odbijać czkawką. Złe rzeczy pojawiają się szybko i trwają długo, a dobre nie mogą się przebić. Dlatego zło, które zostało wyrządzone polskiej służbie zdrowia, będzie jeszcze trwało. Pozostaje mieć nadzieję, że jesienią zmieni się układ polityczny, że ktoś rozsądny dojdzie do władzy i będzie szansa na dobre zmiany organizacyjne, finansowe, a przede wszystkim dotyczące odbudowy zaufania pacjentów do lekarzy. Pacjenci tego oczekują, a lekarze na to zasługują. Nie łudźmy się jednak, że to wszystko będzie łatwe. Normalizacja, postawienie systemu ochrony zdrowia z powrotem na nogach będzie trudnym zdaniem, wymagającym ogromnego wysiłku, ale nie znaczy to, że niewykonalnym. Proszę uwierzyć – w żadnym cywilizowanym kraju lekarze nie pracują w tak nienaturalnych i zmiennych figurach biurokratycznych jak w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki