• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

Gra na szczytach władzy…?

Środa, 10 czerwca 2015 (09:09)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem PiS, sekretarzem stanu w kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego, koordynującym prace służb specjalnych, prokuratorem z 30-letnią praktyką, rozmawia Mariusz Kamieniecki

O czym może świadczyć nieszczelność dotycząca akt prokuratorskich w tzw. aferze podsłuchowej?

– Akta śledztwa są tajne i nie powinny być udostępniane osobom nieuprawnionym. Zadziwiające jest to, że niektóre akta śledztw – zresztą nie tylko tego – dziwnym trafem wpadają w ręce różnych osób, niekoniecznie tych, które teoretycznie mają prawo wglądu do nich. Niewątpliwie ta sprawa powinna być rzetelnie zbadana i wyjaśniona. Widać wyraźnie, że ktoś nie dochował obowiązków służbowych, skoro dopuścił do tego, że akta śledztwa zostały udostępnione osobom postronnym. Chciałbym jednakże zwrócić uwagę, jak wygląda sytuacja w sprawie śledztwa smoleńskiego, gdzie prokuratura bardzo często jest powściągliwa w udzielaniu informacji nie tylko opinii publicznej, ale również stronom postępowania i ni stąd, ni zowąd nagle odkrywa wycinkowo pewne materiały dziennikarzom. Dochodzę do wniosku, że nie przestrzega się zasad określonych prawem, a jednocześnie manipuluje się materiałami, które powinny być tajne. Jedne się udostępnia, a inne nie. W tym wypadku wygląda na to, że wbrew temu, co twierdzi prokuratura, akta zostały udostępnione, bo ktoś miał do nich wgląd. Przypomnijmy, jak wyglądały działania prokuratury w ubiegłym roku, kiedy ujawniono fragment taśm opublikowanych przez „Wprost”. Prokuratura bardziej skupiła się na tym, żeby uniemożliwić dalsze rozpowszechnianie kolejnych nagrań. Myślę, że to dobrze, że opinia publiczna dowiaduje się, co rządzący myślą i mówią, kiedy wydaje się im, że korzystają z atmosfery prywatności. Wtedy słyszymy prawdę, co sądzą o państwie, o swoich obowiązkach, i – co ważne – wydaje się, że robią to szczerze, kiedy słyszymy, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. Wygląda na to, że wiedzą, o czym mówią, w końcu są to osoby, które zajmują się konkretnymi obszarami funkcjonowania instytucji państwowych.   

Z jednej strony mamy okazję, żeby zobaczyć, kto rządzi Polską, ale kiedy widzimy, że akta śledztwa trafiają do obiegu publicznego, to mówiąc kolokwialnie: „strach się bać…”

– Bez wątpienia osoba, która upubliczniła fotokopie akt, miała do nich bezpośredni dostęp. Ciekawi mnie, jak na tę konkretną sytuację zareagują organy państwa. Uprawnione jest także pytanie, czy nie mamy do czynienia z wewnętrznymi rozgrywkami poszczególnych służb? Nieraz byliśmy przecież świadkami, że jakiś dziennikarz śledczy nagle wpadł na coś, na co latami nie mogli wpaść biegli śledczy zajmujący się daną sprawą. Być może i tym razem mamy do czynienia z tzw. wyciekiem kontrolowanym, którego celem było upublicznienie pewnych treści opinii publicznej. Służby nie mogą pewnych spraw pokazać opinii publicznej, stąd korzystają z różnych sposobów. Nie dziwi już chyba nikogo, kiedy dziennikarz nagle na wycieraczce znajduje akta. Wszystko to ma na celu rozgrywanie rozmaitych, czasami pokrętnych interesów. Nawet z taśm „Wprost” wynika, że takie rozgrywki mają miejsce, że są pewne różnice w podejściu do tych samych spraw ze strony urzędników państwowych, i to najwyższego szczebla. Być może teraz mamy kolejny rozdział rozgrywania tej sytuacji. Przy okazji ludzie mają okazję zobaczyć, kto rządzi Polską od ośmiu lat. Nie ma jednak wątpliwości, że osoby, które upubliczniły akta objęte tajemnicą śledztwa, powinny być pociągnięte do odpowiedzialności.

Jaki może być cel wycieku tak ważnych dokumentów?

– Bez pełnej wiedzy wszystko, co na tym etapie powiedzielibyśmy, będzie spekulacją. Tak czy inaczej gry między służbami mogą być zawiłe i skomplikowane, dodajmy: gry na szczytach władzy. Niestety takie rozgrywki mają często na celu pogrążyć jednych, po to, by inni mogli rosnąć w siłę. Wszystko jest możliwe. Nie wykluczałbym jednak pewnego elementu gry na szczytach władzy.  

A zatem nie jest wykluczone, że jest to nie tylko problem prokuratury, ale problem państwa, a konkretnie tej władzy?

– Jeżeli jakaś instytucja nie funkcjonuje w należyty sposób, to jest to problem państwa. Przecież ktoś ponosi odpowiedzialność za stan państwa. W tym konkretnym wypadku odpowiedzialność za stan państwa ponoszą przedstawiciele PO i PSL, i trzeba to jasno podkreślić. Niektórzy uważają, że za to, co dzieje się w państwie, odpowiedzialność ponoszą wszyscy politycy, a więc również ci, którzy są w opozycji. Natomiast trzeba to bardzo mocno rozgraniczać – za to wszystko, co w tej chwili dzieje się w państwie, zarówno dobrego, jak i złego, odpowiedzialność ponosza ugrupowania rządzące, PO i PSL, bo to one tworzą rząd. Są zatem odpowiedzialne za wszystkie instytucje pośrednio bądź bezpośrednio. Jesteśmy świadkami dość dziwnych sytuacji, bo widać, że ugrupowaniom rządzącym spada poparcie, ale jednocześnie mamy do czynienia z pompowaniem na siłę wysokich wyników ugrupowań, które formalnie nie istnieją. To pokazuje, że również sondażownie biorą udział w grze, poddając badaniom sondażowym formacje, które formalnie nie istnieją. Być może mamy do czynienia z sytuacją, że PO zrobiła, co miała zrobić, i zwyczajnie jest zgraną kartą, a co za tym idzie – nie może liczyć na kolejny sukces wyborczy. I ten zużyty organ trzeba zastąpić nowym, podanym w pięknej oprawie, zastąpić kimś innym, kto, choć pod nowym szyldem, będzie realizował dokładnie to samo, co przez osiem lat robiła ekipa PO – PSL. W społeczeństwie będzie natomiast wrażenie, że jest nowe otwarcie, nowi ludzie, podczas gdy jest to dokładnie to samo i realizacja dokładnie tego samego programu, co obecnie. Obserwujemy, jak pompowany jest godny następca PO, który zadba o to, żeby się nic nie zmieniło, żeby określonym grupom interesu nie stała się żadna krzywda.

Wracając jednak do sprawy publikacji akt prokuratorskich, czy reżim dotyczący szczelności jest wystarczający, skoro dochodzi do takich sytuacji, i czy nie należałoby zaostrzyć obowiązujących procedur?

– To, z czym mamy do czynienia, musi zastanawiać, jak strzeżona jest tajemnica śledztwa. Skoro akta śledztw trafiają w niepowołane ręce, to cały ten reżim jest niedostateczny. Nieraz dziennikarze słyszeli od prokuratorów, że nie mogą udzielać żadnych informacji ze względu na dobro śledztwa, a tutaj okazuje się, że bez większych trudności akta śledztwa trafiają na portal i są publikowane. Jedno jest pewne: prokuratorzy są zobowiązani do przestrzegania tajności akt, które nie mogą być udostępniane osobom nieuprawnionym. Jest to nie tylko kwestia dobra śledztwa, ale również ochrony danych osobowych. Wygląda na to, że zostały upublicznione materiały nie tylko w sensie merytorycznym, a więc treści zeznań i innych dowodów, ale również nazwiska i dane osób, które składają zeznania. Tego rodzaju działania wydaje się, że wyczerpują znamiona przestępstwa. Prokurator ma nie tylko możliwość, ale obowiązek strzeżenia tajemnicy śledztwa i danych osobowych. Dlatego akt nie wolno wynosić poza siedzibę prokuratury, gdzie mają być odpowiednio zabezpieczone i przechowywane w taki sposób, żeby nikt niepowołany nie miał do nich dostępu. Jeżeli tak się nie dzieje, to oznacza, że ktoś nie dopełnia swoich obowiązków. Powtórzę jeszcze raz: prokuratura ma obowiązek strzec tajemnicy śledztwa i danych osobowych, które w tych aktach się znajdują.

Według prokuratury, wgląd w te konkretne akta miało kilkanaście osób. Czy zatem ujawnienie, kto jest autorem tego „wycieku”, może być problematyczne?

– Dostęp do akt może mieć prokurator prowadzący postępowanie, również jego przełożony, który może sobie tych akt zażyczyć do wglądu. Dostęp do akt mają również pracownicy sekretariatu, stąd ten wachlarz, o którym pan wspomniał, jest dość szeroki, ale jednocześnie ograniczony, bo nie są to osoby przypadkowe, a w zasadzie nie powinny to być osoby przypadkowe. Jest kwestia ustalenia, kto w tym konkretnym przypadku miał dostęp do akt, i sądzę, że powinno to wyjaśnić zarówno postępowanie służbowe, a być może również śledztwo, bo wydaje się, że ta sytuacja wyczerpuje znamiona przestępstwa.    

PiS jeszcze w ubiegłym roku domagało się powołania komisji śledczej w sprawie afery podsłuchowej, ale sprawa została zamieciona pod dywan. Teraz znów odżywa…

– Chciałbym zwrócić uwagę, że w ciągu minionych ośmiu lat rządów koalicji PO – PSL nie powołano żadnej komisji śledczej, mimo że wydarzyło się bardzo wiele rzeczy bulwersujących opinię publiczną. Mieliśmy szereg afer, chociażby aferę hazardową, aferę z Amber Gold i inne, które pokazywały, że władza publiczna, instytucje państwowe nie wywiązywały się z nałożonych na nie obowiązków. Sprawa, o której rozmawiamy, to klasyczny przykład i powód do powołania komisji śledczej. Jeżeli ktoś zawini i odpowiednie służby czy instytucje zareagują, to jest w porządku, ale w obu przypadkach, które przytoczyłem, mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy instytucje państwowe nie zadziałały, choć powinny. Skoro tak, to jest szczególny powód, aby wyjaśnić wszelkie wątpliwości przez komisję śledczą. Rządzący łamią wszystkie standardy demokratycznego państwa, nie wyjaśniają bulwersujących spraw, spraw noszących znamiona przestępstwa. Jeżeli natomiast zdarzyło się, jak to miało miejsce w poprzedniej kadencji, że komisja śledcza powstała – mam na myśli komisję hazardową – to jej przewodniczący Mirosław Sekuła zadbał o to, aby sprawy nie wyjaśnić. Widać Platforma i wspomagające ją PSL robią wszystko, żeby rządzący nie podlegali kontroli parlamentarnej. Tego doświadczamy niemal na każdym posiedzeniu Sejmu, kiedy padają pytania i nikt z ministrów, nawet obecnych na sali, nie kwapi się, żeby udzielić na nie odpowiedzi, a marszałek Sikorski też nie jest tym zainteresowany. Również interpelacje składane przez posłów nie znajdują wyczerpujących odpowiedzi. Nie tylko ze strony PiS, ale również ze strony innych ugrupowań coraz częściej pojawiają się stwierdzenia, że Sejm pod rządami PO i PSL utracił funkcję kontrolną nad rządem, a to jest jeden z podstawowych obowiązków parlamentu. Nic zatem dziwnego, że żadna afera nie została wyjaśniona.  Dlatego w aferze podsłuchowej nie słyszymy o wyjaśnieniu treści rozmów najwyższych przedstawicieli państwa – co jest bardzo ważne, bo wynika z nich, że mamy do czynienia z przestępstwami. Nie słyszę, żeby w tej sprawie toczyło się śledztwo, natomiast toczy się śledztwo, bo osoby podsłuchiwane poczuły się pokrzywdzone. Bezprawne nagranie jest rzeczywiście przestępstwem ściganym na wniosek.

Co to konkretnie znaczy?   

– To znaczy, że państwo jako takie nie dostrzega bezpośredniego interesu, w związku z czym nie ściga tego czynu z urzędu, ale dopiero wtedy, kiedy osoba zainteresowana poczuje się dotknięta, uzna, że jej interes został zagrożony, i w związku z tym na wniosek tej osoby prowadzi się śledztwo. Treść tych konkretnie rozmów może wskazywać na zaistnienie przestępstwa, które jest ścigane z urzędu. W związku z tym, czy się to komuś podoba, czy nie, czy się czuje dotknięty, czy nie, organy ścigania mają obowiązek ścigać w szczególności, gdy z nagrań wynika, że ktoś nie dopełniał obowiązku, że przekracza swoje uprawnienia. A zatem postępowanie w sprawie treści wypowiedzianych przez prominentnych polityków w restauracji powinno być postępowaniem pierwszym, natomiast o tym śledztwie jakoś jednak nie słychać. Natomiast co jakiś czas dochodzą do nas informacje o śledztwie w sprawie nielegalnych podsłuchów. Wynika z tego, że dla organów ścigania ważniejsze jest to, kto nagrywał, niż to, co wynika z tych rozmów.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki