• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

Prawdziwy finał Mistrzów

Niedziela, 7 czerwca 2015 (20:22)

W sobotnim finale piłkarskiej Ligi Mistrzów tak naprawdę nie było pokonanych. Brzmi paradoksalnie, bo przecież Barcelona wygrała, a Juventus Turyn przegrał.

Na ten mecz czekał piłkarski świat. Barcelona była faworytem, Juventusowi szanse dawali tylko jego najzagorzalsi sympatycy. Wielu spodziewało się, że Włosi zamurują dostęp do własnej bramki i to wszelkimi możliwymi sposobami, nadziei na sukces upatrując w kontrach, albo wyłącznie w szczęściu. Wielu zaglądało im w metryki i faktycznie – ze średnią składu wyjściowego wynoszącą 30 lat i 153 dni Juventus był drugą najstarszą drużyną w historii Ligi Mistrzów, po... Milanie z 2007 roku.

Na boisku jednak nie było tego widać. Turyńczycy zmusili bowiem Barcelonę do największego wysiłku. Już w pierwszych minutach pokazali, że nie zamierzają się bronić, tylko spróbują wywrzeć na rywalach presję. Co prawda szybko stracili bramkę, która nieco wybiła ich z rytmu, ale nadal grali swoje. A co do gola – był ze wszech miar wyjątkowy. W akcji, którą wykończył Ivan Rakitic, uczestniczyli bowiem wszyscy (!) zawodnicy „Barcy” z pola, dokładnie dziesięciu. Każdy z nich w pewnym momencie dotknął piłkę. Gol był niezwykły także z tej racji, iż w jej decydującym fragmencie nie wziął udziału nikt z tria Lionel Messi − Luis Suarez − Neymar. Do Chorwata podawał bowiem Andres Iniesta, wybrany później na najlepszego aktora widowiska.

Juventus mimo takiego obrotu sprawy się nie poddał. Nadal walczył, nadal starał się bardziej konstruować, niż niszczyć. Stąd mecz musiał się podobać, bo aż do samego końca nic nie było w nim rozstrzygnięte. A gdy w drugiej połowie Alvaro Morata wyrównał, to na kilka minut turyńczycy przejęli inicjatywę i mogli nawet pokusić się o strzelenie kolejnej bramki. I za to Włochom należy się chwała. Zagrali lepiej, niż ktokolwiek się spodziewał. Lepiej – znaczy inaczej. Odważnie, do przodu, rzucając Barcelonie wyzwanie. A że przegrali – cóż, w futbolu są wygrani i przegrani, a na Katalończyków nie ma obecnie mocnych.

W tym sezonie zdobyli już mistrzostwo i puchar Hiszpanii, teraz dołożyli triumf w Lidze Mistrzów. Luis Enrique powtórzył więc to, co osiągnął jego wielki poprzednik, przyjaciel, były kolega z boiska Josep Guardiola. Można się zastanawiać, która „Barca” była lepsza, która bardziej zachwycała, budziła większe emocje. Dla wielu ekipa stworzona przez Guardiolę była najlepszą w historii, ale wiele liczb przemawia za obecną. Niezależnie od wszystkiego w sobotę „Duma Katalonii” porwała, choć w roli głównej wcale nie wystąpił Messi. Nie znaczy to, że Argentyńczyk w jakiś sposób rozczarował. Przeciwnie, zagrał świetnie, tylko... inaczej. Nie oddał tylu strzałów co zwykle, bardziej rozgrywał, słał długie podania, przerzuty na drugą stronę boiska (jeden z nich zainicjował akcję, po której trafił Rakitic). Wybornie spisywał się Suarez, znakomicie Neymar. Po sobotnim spotkaniu panowie MSN mają na koncie 122 gole, zdobyte w tym jednym sezonie! To niesamowita sprawa, wyjaśniająca w dużej mierze, czemu Barcelona znów jest na szczycie. Od razu dodajmy – sami jednak nie wygrywają, mają wokół siebie kolegów, którzy równie mocno na wszystkie sukcesy zapracowali. – Mam okazję pracować z wyjątkowymi piłkarzami i nie chodzi mi tylko o umiejętności, tylko grupę, jaką tworzą. Ich zjednoczenie w celu, pasja, są niezwykłe – przyznał Enrique.

Barcelona wygrała Puchar Europy po raz piąty w historii. Zwyciężyła w czwartym finale z rzędu, oczywiście spośród tych, w których uczestniczyła. Z kolei Juventus przegrał swój czwarty finał z rzędu, a takiej serii do tej pory nie zanotował nikt. Mimo to miał prawo opuścić stadion olimpijski w Berlinie z podniesioną głową.

Finał zakończył się też symbolicznie. Gdy turyńczycy schodzili do szatni, Katalończycy ustawili szpaler i brawami dziękowali im za walkę i postawę. I jak tu mówić o pokonanych?

Piotr Skrobisz