Damy z siebie wszystko
Wtorek, 30 października 2012 (02:12)Ze Sławomirem Szmalem, bramkarzem reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych rozmawia Piotr Skrobisz
Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że Michael Biegler nie będzie miał łatwego życia, bo kadrowicze woleli na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polaka. Ile w tym prawdy?
- Kilka miesięcy temu w kuluarach mówiono, że jeśli uda nam się awansować do mistrzostw świata, to Daniel Waszkiewicz wraz z Damianem Wleklakiem pozostaną selekcjonerami. Była w tym jakaś logika i my, zawodnicy, faktycznie opowiadaliśmy się za takim rozwiązaniem. Niestety, związek postanowił inaczej, zdecydował się na trenera z zagranicy.
I to takiego, którego wybór opinię publiczną lekko zaskoczył. A Pana?
- Powiem szczerze, że dla mnie zaskoczeniem był w ogóle fakt, że w konkursie na selekcjonera pojawiła się osoba z Zachodu. Wybór trenera nie należał do zawodników, drużyny, decyzję podejmuje związek i on bierze za nią odpowiedzialność. My mamy tylko stawić się na zgrupowaniu, jeśli otrzymamy powołanie, i dawać z siebie wszystko niezależnie od tego, kto nas poprowadzi do boju. Reprezentowanie swojego kraju jest bowiem zaszczytem i nie ma miejsca na żadne fanaberie. Trzeba czynić to godnie, zawsze i wszędzie.
Rozumiem jednak kibiców, dla kogoś spoza wąskiego światka piłki ręcznej nazwisko Bieglera nie było zbyt znane.
Kojarzył go Pan z Bundesligi?
- Wiedziałem, w jakich klubach pracował, jak mniej więcej grały, ale mogłem ocenić go tylko i wyłącznie po dorobku, nic więcej. Posiadałem tylko suche informacje, wcześniej nie miałem okazji osobiście go poznać. Czego się po nim spodziewam? Powiem o swoich osobistych marzeniach i planach. Chciałbym jeszcze kiedyś wystąpić w wielkim turnieju, takim jak choćby mistrzostwa świata, i powalczyć na nim o najwyższe cele.
Gdyby kadrę objęli Waszkiewicz z Wleklakiem, można by mówić o pewnej kontynuacji, bo przecież współpracowali wcześniej z Bogdanem Wentą. Zatrudnienie Bieglera oznacza małą rewolucję?
- Odniosę się do pierwszej części pana pytania. Obojętnie kto w ostatnich latach prowadził kadrę, czy był to Bogdan Zajączkowski, czy Bogdan Wenta, czy Daniel z Damianem, każdy z nich miał swoją ideę budowania drużyny. Nikt nie powielał pomysłów poprzednika. Biegler też posiada oczywiście własną drogę, wie, co chce zrobić, co zmienić, co jest dla niego ważne.
Mówiąc o rewolucji, miałem na myśli m.in. kwestie kadrowe. W pierwszych powołaniach Niemca znalazło się sporo nowych twarzy, debiutantów.
- Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Część chłopaków zrezygnowała z gry w reprezentacji z powodów rodzinnych, zdrowotnych, z racji wieku, wyeksploatowania. Gwardia się zmienia, pojawiają się nowe nazwiska, ale nie sposób dziś powiedzieć, jak będzie wyglądał zespół za kilka miesięcy. Być może trener będzie zmuszony sięgnąć po zawodników, których z różnych powodów w kadrze nie widział albo którzy w narodowym zespole sami się nie widzieli.
Pamiętajmy o jednym. Głównym zadaniem postawionym przed Bieglerem jest przygotowanie drużyny do mistrzostw Europy w 2016 roku. Byłoby wskazane, by Polska nie tylko na nich wystąpiła, ale i powalczyła przed własną publicznością o medal. Dlatego wszyscy musimy się w tym dążeniu wesprzeć. Budowa zespołu to proces, który musi trochę potrwać i wymaga czasu. Trener musi dokonać odpowiedniej selekcji i wybrać zawodników, którzy nie tylko będą prezentowali wysokie umiejętności, ale i dopasują się charakterologicznie. To właśnie było siłą reprezentacji za czasów Wenty. Bogdan potrafił wybrać właściwych ludzi, byliśmy razem na dobre i na złe, niczym rodzina. To szalenie ważne, bo czasami jedna, dwie osoby potrafią organizm psuć od środka. Poza tym istotne, by na linii trener - zawodnicy - związek było wzajemne zaufanie.
Ostatnie wielkie imprezy nie były dla reprezentacji Polski udane, nie udało się awansować na igrzyska olimpijskie. Trzeba o tych niepowodzeniach zapomnieć czy przeciwnie - pamiętać?
- O przeszłości nigdy nie można zapominać. W rzeczach dobrych i złych kryje się bowiem jakaś nauka, z której trzeba wyciągać wnioski. My doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że ostatnio graliśmy poniżej oczekiwań, ale równocześnie wierzymy, że kartę odwrócimy.
Mamy w kraju talenty porównywalne do Szmala, Bieleckiego, Tkaczyka, Lijewskiego, czyli możemy być spokojni o przyszłość czy raczej powinniśmy się jej obawiać?
- Są młodzi, przykładowo Kamil Syprzak i Paweł Paczkowski. Ci chłopcy wyróżniają się, dobre recenzje zbiera Piotrek Wyszomirski, który wyjechał do ligi węgierskiej.
Węgierskiej, nie niemieckiej. Przed laty w Bundeslidze występowało wielu naszych piłkarzy, wśród powołanych przez Bieglera znalazło się tylko dwóch grających tam na co dzień. To coś oznacza?
- Moim zdaniem, człowiek najlepiej rozwija się, gdy gra w mocnej lidze. Zatem pozostaje wybór - wyjechać, przykładowo do Niemiec, gdzie rozgrywki toczą się na najwyższym w Europie poziomie, lub stworzyć w kraju silną ligę. Bardziej odpowiada mi to drugie rozwiązanie. Obecnie mamy w kraju dwie, tylko dwie klasowe drużyny, które między sobą walczą o tytuł. Jesteśmy jedyną niezawodową ligą w Polsce. Popatrzmy na siatkówkę, jaki boom nastąpił w ostatnich latach, jakie gwiazdy udało się ściągnąć. Gdybyśmy i my poszli tym śladem, młodzież garnęłaby się do szczypiorniaka, miała od kogo uczyć, bo miałaby gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Do mistrzostw w 2016 roku nie pozostało za wiele czasu, a ten trop, także w kontekście reprezentacji, byłby jak najbardziej wskazany.
W 2016 roku będzie Pan jeszcze stał w reprezentacyjnej bramce?
- Tego nie wiem, to trener wysyła powołania (śmiech). Ja staram się swoją pracę, czy to podczas codziennych treningów w klubie, czy w reprezentacji, wykonywać najlepiej, jak potrafię. Jeśli zatem będę w formie, a szkoleniowiec uzna, że będę mógł pomóc, to jak najbardziej, chciałbym jak najdłużej reprezentować barwy swojego kraju.