• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

Zbliżają się lepsze czasy

Wtorek, 12 maja 2015 (05:23)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Temat SKOK-ów, przychylność mediów i szeregu dziennikarzy, znacząco dłuższy czas prezentacji w publicznej telewizji, czytanie przemówień z kartki… wszystko to okazało się niewystarczające. Kto ponosi winę za porażkę w I turze prezydenta Bronisława Komorowskiego?

– Przyczyn jest wiele. Po pierwsze, Bronisław Komorowski to słaby kandydat, który – jak wszyscy wiemy – a wyborcy to pokazali dosadnie wczoraj przy urnach wyborczych, zasłynął z nic nierobienia. I nie chodzi tu tylko o mijające pięć lat kadencji prezydenta RP, ale o okres dłuższy, bo już wcześniej przez trzy lata Bronisław Komorowski pełnił funkcję marszałka Sejmu. Już wtedy był drugą osobą w państwie, człowiekiem, który mógł mieć potężny wpływ na cały proces legislacyjny wielu istotnych projektów w Sejmie. Nic jednak dobrego nie zrobił dla Polski zarówno jako marszałek, a także później jako prezydent RP. Powiem delikatnie, bo nie godzi się kopać leżącego, widać bardzo zmęczonego, mam nadzieję, że nie chorego człowieka, że to, co robił w tym minionym okresie pięciu lat, przechodziło wszelkie dopuszczalne granice. To nic nierobienie, szereg wpadek, buta, wreszcie brak elementarnych zasad wychowania, o czym świadczy nazywanie kobiet mianem kaszalotów, to wszystko pokazuje, że nie jest to odpowiedni kandydat na funkcję najważniejszej osoby w państwie. Jeżeli dodamy do tego osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, dewastowania kraju, działania na szkodę obywateli, niszczenia gospodarki łącznie ze stoczniami, próby szukania przychodów do budżetu poprzez sprzedaż majątku narodowego, niespełnione obietnice w obszarze służby zdrowia, oświaty plus słaby sztab, to wszystko dało taki, a nie inny rezultat. Zresztą choćby nawet sztab był najlepszy, to cóż mógłby zrobić z tak słabym kandydatem.

Wynik niedzielnego głosowania zaskoczył Pana?   

– Tak, osobiście jestem zaskoczony, że tak niski wymiar kary został wymierzony przez społeczeństwo Bronisławowi Komorowskiemu i całej tej ekipie, która rządzi Polską, a którą znacząco wspiera swoimi działaniami obecny prezydent. Jestem też zaskoczony wysokim wynikiem Pawła Kukiza.

Pana zdaniem, najbliższe dwa tygodnie to będzie czysta gra ze strony obozu prezydenta?

– Patrząc na dotychczasowe dokonania tej ekipy, nie sądzę, że będzie to gra fair-play. Jestem pewien, że Platforma zrobi wszystko, posługując się wszelkimi – niekoniecznie czystymi – instrumentami, żeby ratować tonącego prezydenta Komorowskiego, żeby ratować ten przyczółek władzy. Będą robić wszystko, żeby utrzymać się na powierzchni, bo ludzie ci mają naprawdę wiele do stracenia.

Okazuje się, że zwycięstwo nie należy się z urzędu, ale trzeba na nie zasłużyć…

– Właściwego osądu tej całej sytuacji dokonało społeczeństwo, które w niedzielę poszło do urn wyborczych i oceniło rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia, a nie mrzonki. Polacy pokazali, że chcą zmiany na lepsze, bo obecna ekipa, mimo hucznych zapowiedzi, zawiodła.  

Prezydent Komorowski rozpoczynał kampanię z wysokiego pułapu, a teraz jest bliski porażki. Z czego wynika taki spadek poparcia? 

– Sądzę, że Bronisław Komorowski wspólnie ze sprzyjającymi mu mediami odnieśli sukces, który powinien się znaleźć w Księdze rekordów Guinnessa. W ciągu zaledwie trzech miesięcy z blisko 80-procentowego poparcia spaść do ok. 30 proc. to w światowej polityce rzecz chyba bez precedensu. Jeszcze na kilka dni wcześniej Andrzej Duda przegrywał z Bronisławem Komorowskim w sondażach. Może w sondażowniach ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i zostanie zahamowany proces robienia ludziom wody z mózgu, a z siebie idiotów. Chyba że stoją za tym pieniądze, a to już zupełnie inna sprawa, choć pytanie brzmi: czy pieniądze publiczne powinny być wydawane w taki sposób? 

Wynik I tury przesądza sprawę czy elektorat Komorowskiego stać jeszcze na mobilizację?

– Oczywiście wynik niedzielnych wyborów i wygrana naszego kandydata w I turze nie przesądza sprawy. Czekają nas dwa tygodnie wytężonej pracy, którą podejmujemy z pokorą. Z drugiej strony spodziewamy się nieczystej gry i zdajemy sobie sprawę, że nie będzie przebierania w środkach, z czego zresztą słynie PO. Nie sądzę, żeby obozowi PO udało się przyciągnąć elektorat Pawła Kukiza czy innych sił prawicowych na swoją korzyść. Z pewnością jednak będą mobilizować swój elektorat i zachęcać do udziału w wyborach osoby, które nie poszły do urn w niedzielę. Zresztą chyba po raz pierwszy po 1989 r. mieliśmy tak niską frekwencję w wyborach prezydenckich. W domach zostali nawet ludzie, którzy pięć lat temu głosowali na Bronisława Komorowskiego.

Z czego to wynika?   

– Ludzie mają dość rządów PO, mają też dosyć tego prezydenta, który był przedłużeniem rządu, akceptując jego inicjatywy, i nie zrobił nic, żeby głos społeczeństwa był słyszany na szczytach władzy. Dziś, po pięciu latach spędzonych pod żyrandolem, próbuje nagle wyjść do ludzi, mówić o inicjatywach, których nie podjął przez pięć lat, i przekonywać Naród do czegoś, czego nie zrobił bądź co zaniedbał.

Czy obóz prezydencki jest jeszcze w stanie obudzić tych niezadowolonych i jaką rolę w próbie powrotu Komorowskiego do gry o prezydenturę może odegrać Donald Tusk?      

– Nie wierzę, żeby udało się zachęcić do głosowania na Komorowskiego tych, którzy świadomie zrezygnowali z poparcia tego kandydata w pierwszej turze z powodów, o których mówiliśmy wcześniej. Natomiast Donald Tusk nic nie zrobi. Owszem, gdyby chodziło o sprawy Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii, to pewnie zaangażowałby się, ale nie w Polsce. Moim zdaniem szkoda, że Tusk dłużej nie był premierem, nie byłoby drugiej tury, bo w pierwszej zwyciężyłby Andrzej Duda. Biorąc to pod uwagę, można powiedzieć, że Tusk i tak dużo zrobił dla Komorowskiego.

Na czym skupi się sztab prezydenta Komorowskiego?  

– Najprawdopodobniej będzie próbował zdyskredytować Andrzeja Dudę, licząc na to, że nie będzie czasu na ewentualne sprostowanie. Spodziewam się zatem bardzo brutalnej kampanii, w której obóz prezydenta Komorowskiego – obóz PO – nie będzie przebierał w środkach i metodach. Przedsmak tego, co nas czeka, mogliśmy zaobserwować ze strony jedynie słusznych tzw. mediów, kiedy dziennikarze atakowali Andrzeja Dudę, a ulgowo traktowali prezydenta Komorowskiego, bardzo dbając o to, żeby – mówiąc kolokwialnie – się nie wysypał. W niedzielny wieczór widać było trwogę i niezadowolenie na twarzy nie tylko samego Bronisława Komorowskiego i jego popleczników, ale także w gestach i słowach dziennikarzy niektórych stacji, które relacjonowały wieczór wyborczy i wynik wyborów. Kiedy oglądałem te wydarzenia w telewizji, przypomniałem sobie scenę z „Potopu” Henryka Sienkiewicza, kiedy wyzwany na pojedynek przez Wołodyjowskiego Kmicic buńczucznie pyta: „Który to Wołodyjowski…?”. A kiedy przyszło co do czego, to wyrzucił z siebie: „Kończ waść, wstydu oszczędź! Natomiast dzisiaj, kiedy zmęczeni przylecieliśmy z europosłem Wojciechowskim z Warszawy do Brukseli, wlokąc za sobą walizki, nagle w tłumie na lotnisku usłyszeliśmy głos młodej kobiety, która z uśmiechem po polsku powiedziała do nas: „Czego jesteście, panowie, tacy smutni, zbliżają się lepsze czasy”. Muszę powiedzieć, że humor się nam poprawił zdecydowanie.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki