Barcelona jak z nut. Messi? Maestro
Czwartek, 7 maja 2015 (20:04)Po pierwszej odsłonie pasjonującej rywalizacji Barcelony z Bayernem Monachium wiemy, że Katalończycy są jedną nogą w finale Ligi Mistrzów, Lionel Messi ma wielką ochotę znów zbierać nagrody dla najlepszego piłkarza świata, a Luis Enrique ma szansę zakończyć trwającą od lat na Camp Nou tęsknotę za Josepem Guardiolą.
Zacznijmy od wyniku: 3:0 to duża zaliczka i choć Bayern stać na to, by wygrywać wysoko praktycznie z każdym, z rozpędzoną Barceloną taka sztuka mu się nie uda. „Duma Katalonii” jest bowiem niebywale mocna i żądna sukcesów. Trio Messi – Neymar – Suarez rządzi, rozdaje karty i doprowadza rywali do rozpaczy. Do 77. minuty środowego meczu panów M-N-S powstrzymywał jeszcze Manuel Neuer, ale i on w końcu skapitulował. Raz, drugi, trzeci.
Dwa z tych ciosów zadał Messi, przy ostatnim Neymara asystował. Argentyńczyk zagrał genialnie. Guardiola przed spotkaniem opowiadał, że to zawodnik, którego nie jest w stanie powstrzymać żadna taktyka i... wiedział, co mówi. Jerome Boateng przy drugim trafieniu Messiego został tak ośmieszony, że z wrażenia upadł na zieloną murawę. Lionel znów był dowódcą, kimś, kto prowadzi do boju i wtedy, gdy trzeba, zadaje najważniejszy cios.
− Pokazał, jaka jest różnica między piłkarzem wielkim a jedynym w swoim rodzaju – powiedział Ivan Rakitić, chorwacki pomocnik „Dumy Katalonii”.
Kibice Barcelony do środy żyli wspomnieniami o Guardioli i sukcesach prowadzonej przez niego drużyny. Nie ma co się im dziwić, była niepowtarzalna, wspaniała, grała jak nikt i wygrywała. Fani lubią wracać do tych czasów, ale wczoraj na Camp Nou zobaczyli na własne oczy, jak pisze się nowa historia, kreślona przez Enrique. Z Guardiolą wiele go łączy, od przyjaźni po spojrzenia na piłkę, oddanie pracy. Początki przygody z Barceloną miał ciężkie, ale im dalej w las, tym wszyscy chcą przy nim być, bo gwarantuje spokój i sukces.
Być może nawet drużyna Enrique zajdzie dalej od ekipy Guardioli. Cechuje ją niesamowity głód zwycięstw, Messi ma coś do udowodnienia, Neymar i Suarez marzą o triumfie w Champions League, a to... powinno wystarczyć.
Bayern? 0:3 to bolesna porażka, praktycznie rozstrzygająca losy rywalizacji. Nie można jednak powiedzieć, by Bawarczycy zawiedli, czy zagrali źle. Przeciwnie, długo realizowali swój cel, byli zdeterminowani i konsekwentni. Że nie narzucali warunków gry? Pamiętajmy, że radzili sobie bez Arjena Robbena i Francka Ribery'ego. To tak, jakby Barcelona miała grać bez Messiego i Neymara. Czy byłaby tą samą drużyną? Absolutnie nie. Do tego Robert Lewandowski musiał biegać w specjalnej masce, chroniąc złamany nos i szczękę. Do 77. minuty wydawało się, że plan Guardioli wypali, ale gdy Bayern został nadkruszony, runął.
Lewandowski miał jedną wyborną okazję, przy stanie 0:0. Źle trafił jednak w piłkę, szansa przepadła. Polak walczył, absorbował defensorów rywali, jednak nie miał wsparcia w kolegach. Brakowało kogoś, kto dokładnie zagrałby mu piłkę, wyprowadził na czystą pozycję. Kilka wymian z Thomasem Muellerem wyglądało obiecująco, ale bądźmy szczerzy: w ofensywie Bayern był raczej bezzębny. Co ważne, Lewandowski i fizycznie, i psychicznie dobrze zniósł trudy spotkania. W masce komfortowo zapewne mu się nie biegało, jednak nie było po nim widać żadnego strachu czy zawahania.
Za nami dwa pierwsze półfinały, oba porywające. O ile w starciu Barcelony z Bayernem wszystko zdaje się być przesądzone, o tyle wynik pojedynku Realu Madryt z Juventusem Turyn stanowi niewiadomą. Włosi u siebie wygrali 2:1. „Królewscy” mogą tę stratę spokojnie odrobić, ale... nie muszą.
Piotr Skrobisz