• Sobota, 9 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Kareny, Beginy

Warto sprawdzić, czy wygrała najlepsza oferta

Czwartek, 23 kwietnia 2015 (04:16)

Z dr. hab. nauk wojskowych, prof. Akademii Obrony Narodowej, prof. KUL Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Minister Siemoniak, komentując wybór Airbusa i śmigłowca H225M Caracal oraz odrzucenie ofert PZL Świdnik i PZL Mielec, stwierdził, że MON oczekiwało na poloneza, tymczasem próbowano mu wcisnąć „malucha”…

– Żeby rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie, trzeba dysponować wiedzą, którą w tej kwestii ma min. Siemoniak, a której niestety my nie posiadamy. Po pierwsze, istotne jest to, jakie warunki i oczekiwania zostały sformułowane przez MON, jeżeli idzie o ten sprzęt, a po drugie, w jakim zakresie odpowiadający na ofertę spełniali te warunki. Z wypowiedzi min. Siemoniaka wynikałoby, że to, co zaproponowały koncerny Sikorsky i AugustaWestland, było, powiedzmy uboższe od tego, co zaoferował Airbus. Jednak żeby stwierdzić to z pełnym przekonaniem, należałoby znać założenia techniczno-taktyczne, które przygotowało wojsko dla tego typu sprzętu i w jakim stopniu te oczekiwania zostały spełnione przez poszczególnych oferentów. Z tego, co mi wiadomo, jedną z kwestii był termin dostaw. Francuzi zaoferowali, że dostarczą śmigłowce w ciągu dwóch lat, natomiast AugustaWestland dopiero w ciągu bodajże czterec.

Owszem, ale koncern Sikorsky i PZL Mielec oferowały, że dostarczą śmigłowce w ciągu kilku miesięcy, najwyżej roku…

– Tak czy inaczej są to terminy bardzo rozbieżne i trudno powiedzieć, kto ma rację. Pamiętajmy też, że nie jest to ostateczne rozstrzygnięcie przetargu na śmigłowce i Airbus został zakwalifikowany dopiero do fazy testów i prób. Można tylko domniemywać, że musiały być jakieś rażące różnice, skoro do tego etapu dopuszczono tylko jednego oferenta. Zakładam oczywiście, że te testy mają być kryterium sprawdzającym, czy założenia, jakie przedstawia oferent, są rzeczywiście takie jak na papierze i czy są one zgodne z oczekiwaniami zamawiającego. Tego jednak też nie wiemy. Zakładając, że różnica ofert była taka, jak między polonezem a „maluchem”, to wybór ten należałoby uznać za słuszny.        

Mamy dobrze rozwinięty przemysł śmigłowcowy, ale kupujemy sprzęt z importu…

– Zakłady w Świdniku czy Mielcu, owszem, są na terytorium Polski, ale tak naprawdę są w obcych rękach, w pierwszym przypadku jest to konsorcjum włosko-brytyjskie, a w drugim amerykańskie. Można zatem powiedzieć, że w przetargu śmigłowcowym mieliśmy trzy zagraniczne oferty, bo nie są to przecież śmigłowce polskiej konstrukcji. Niewątpliwie jednak fabryki w Świdniku czy Mielcu znajdują się na terytorium Polski, natomiast Francuzi, póki co, takiej fabryki w naszym kraju nie mają i nie wiadomo, czy będą mieć. Biorąc pod uwagę ten niewątpliwie ważny aspekt, decyzja rządu może dziwić.

W ocenie związków zawodowych, brak oczekiwanego kontraktu może wpłynąć na strategię koncernów, które zamiast tworzyć nowe miejsca pracy w Polsce, zaczną zwalniać ludzi…

– Zarówno Amerykanie, jak i Włosi, kiedy podejmowali decyzję o zakupie PZL Mielec czy PZL Świdnik, z pewnością nie liczyli tylko na kontrakt śmigłowcowy dla polskiej armii, ale ich polityka miała szerszy aspekt. Dlatego tego typu argumentacji absolutnie nie przyjmuję. Przecież w obu tych zakładach trwa produkcja, są dalekosiężne plany, do których realizacji potrzebni są pracownicy, ponadto żadna poważna firma nie lokowałaby kapitału w danym kraju tylko pod kątem jednego przetargu, w tym przypadku dla naszej armii. Byłoby to działanie dalece nierozsądne i takiej firmie nie wróżyłbym długiej przyszłości. Jest to zatem dość naciągany argument przez związki zawodowe. Warto też zastanowić się i sądzę, że powinni to zrobić właśnie związkowcy, w jaki sposób poszczególne firmy przygotowały odpowiedź na zaproszenie wojska do udziału w tym przetargu. Zakładając, że min. Siemoniak rzeczywiście ma rację, mówiąc o dysproporcji pomiędzy poszczególnymi ofertami, to pytanie brzmi: jak to możliwe, że tak poważne firmy jak Sikorsky czy AugustaWestland nie przygotowały ofert, które skutecznie rywalizowałaby w walce z Francuzami o ten intratny kontrakt. Nie wiem, być może wśród firm, które mają swoje zakłady zlokalizowane w Polsce, panowało przekonanie, że już sam ten fakt wystarczy do wygranej, która im się niejako należy, a przynajmniej da fory w rywalizacji.

Podnoszą się głosy, że o wygranej Airbusa zdecydowały względy polityczne, a nie merytoryczne, a sam przetarg był ustawiony.

– Jeżeli tak rzeczywiście było, to sądzę, że będzie możliwość, żeby stosunkowo łatwo to ustalić. Póki co nie wyprzedzałbym faktów. Jak pan doskonale wie, pracując w MON, kierowałem kiedyś tego typu procedurami i wiem, jaki jest gąszcz różnego rodzaju interesów czy sprzeczności w tego typu sprawach. Wiem też, że łatwo formułuje się zarzuty, że załóżmy coś było ustawione. Przypomnę tylko, że miałem trudną sytuację nawet na gruncie prawa karnego, gdzie sam byłem ścigany za rzeczy, które okazały się od początku do końca nieprawdziwe. Biorąc zatem pod uwagę także moje własne doświadczenia, byłbym tu bardzo ostrożny. Natomiast jeżeli oferty Mielca i Świdnika były porównywalne z francuską i jeżeli do tego okaże się, że rzeczywiście przygotowane w MON założenia techniczno-taktyczne do przetargu nie były do końca uczciwe, to byłby to skandal. Myślę, że ze zbadaniem wszystkich okoliczności dotyczących tego przetargu nie powinno być problemu. Politycy mają odpowiednie instrumenty, żeby przyjrzeć się z bliska tej sprawie, i powinni się tym zająć, ale rzetelnie i od strony fachowej. Snucie domysłów bez sprawdzenia faktów, bez wglądu w dokumenty, nie ma sensu.   

Miało być 70 śmigłowców wielozadaniowych, ostatecznie cena śmigłowca oferowanego przez Francuzów sprawia, że pieniędzy wystarczy tylko na 50…

– Z tego, co mi wiadomo, po pierwsze, przetarg na śmigłowce uniwersalne nie jest jeszcze do końca rozstrzygnięty, a po drugie, czeka nas przetarg na śmigłowce uderzeniowe. Mówi się, że liczba śmigłowców uderzeniowych ma być zwiększona. Tak czy inaczej są to ogromne koszty, bo śmigłowce są bardzo drogie. Śmigłowce uderzeniowe to specjalna kategoria. Będzie to zupełnie nowy, zaawansowany technologicznie śmigłowiec, którego nam brakuje i z pewnością będą to niemałe koszty.

Przejdźmy może do drugiego przetargu i tarczy antyrakietowej. Wybór amerykańskiego systemu Patriot to Pana zdaniem krok w dobrym kierunku?

– Warto pamiętać, że system obrony powietrznej składa się z trzech elementów. Tarcza przeciwrakietowa średniego zasięgu pn. „Wisła” jest, owszem, kluczowym programem modernizacyjnym polskiej armii, ale nie wyczerpuje całości problematyki. Za pomocą rakiet Patriot nie można zniszczyć rosyjskich rakiet Iskander, które są dla nas poważnym zagrożeniem. Do tego niezbędne są innego rodzaju środki i mam nadzieję, że osoby odpowiedzialne za wybór takiego, a nie innego sprzętu biorą to pod uwagę. Z punktu widzenia zadania, jakie mają spełnić patrioty, to owszem, jest to dobry system, który sprawdził się w wielu krajach. Mam też świadomość, że zwolennicy francuskich rozwiązań będą innego zdania, ale osobiście nie podzielam tych opinii. Mam nadzieję, że wybrana zostanie wersja najnowocześniejsza. W mojej ocenie, gdzie indziej jest pies pogrzebany, a mianowicie jest to kwestia, czy i na ile mamy ekipę, która jest w stanie wynegocjować właściwe warunki przyjęcia tego uzbrojenia przez Wojsko Polskie.

Pozostaje jeszcze kwestia offsetu.    

– To bardzo ważna kwestia. Muszę powiedzieć, że negocjacje offsetowe, które przeprowadzali moi następcy w MON, kiedy negocjowany był samolot wielozadaniowy dla polskiej armii, pozostawiają wiele do życzenia. Amerykanie to bardzo zręczni, sprawni i twardzi negocjatorzy, więc z naszej strony muszą być także twardzi, odporni ludzie, którzy nie dadzą się zwieść. Tu chodzi o duże pieniądze i nie ma sentymentów. Niestety, patrząc w przeszłość, nie można powiedzieć, żeby efekty działań i pracy naszych negocjatorów, biorąc pod uwagę interesy polskiego przemysłu, były najwyższych lotów. Mam nadzieję, że teraz w roli negocjatorów zostaną obsadzone odpowiednie osoby, że zostaną wyciągnięte wnioski z błędów popełnionych w latach minionych i zwycięży polski interes narodowy. Oczywiście przy założeniu, że te kontrakty, o których rozmawiamy, ostatecznie dojdą do skutku. Na razie mamy szum medialny i kłótnie, ale efektu końcowego jeszcze nie ma. Chciałbym jednak poruszyć jeszcze jedną kwestię, o której się nie mówi, a przynajmniej niewiele, a mianowicie, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku są to decyzje mocno spóźnione. Kiedy w resorcie obrony w 1998 r. przeprowadzaliśmy kompletną modernizację systemów przeciwlotniczych i wiadomo było, że systemy te będą spełniały swoją rolę w określonym okresie, wiadomo było też, że jest to już koniec zdolności modernizacyjnych, a co za tym idzie, nie ma mowy o kontynuacji czy przedłużaniu tego, nazwijmy to, łatania dziur w nieskończoność. Już w 2003, 2004 r. trzeba było rozpocząć poszukiwania nowego systemu rakiet. Tego jednak nie zrobiono i dopiero teraz wyłaniany jest dostawca. Tym samym doprowadzono system obrony powietrznej naszego kraju do głębokiej zapaści i teraz próbuje się to naprawić. To niepoważne.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki