• Sobota, 9 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Kareny, Beginy

Czas skończyć z podziałem

Wtorek, 21 kwietnia 2015 (20:24)

Z dr. Grzegorzem Kucharewiczem, prezesem Naczelnej Rady Aptekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Aptekarze zapowiadają protest. Czym jest spowodowana ta decyzja?

– Tak naprawdę Naczelna Rada Aptekarska decyzję o proteście podjęła jeszcze w grudniu 2014 r., ale nie ujawnialiśmy tego do końca. Nie chcieliśmy bowiem pracować w Sejmie podczas prac nad nowelizacją prawa farmaceutycznego pod protestowym naciskiem. Przypomnę tylko, że obiecywano nam stworzenie takich zapisów, które umożliwią równy dostęp do leków dla wszystkich aptek. Dzisiaj, jak dobrze wiemy, leki wyjeżdżają za granicę. Nie wszystkie apteki w kraju mają równy do nich dostęp. Jedne otrzymują leki w nieograniczonych ilościach, inne są całkowicie pozbawione dostępu bądź otrzymują jedno czy dwa opakowania, co często nie wystarcza nawet na zabezpieczenie jednego pacjenta, na jedną receptę. Tak dalej być nie może. Nie można dłużej tolerować podziału na równych i równiejszych. Jeżeli ten proces nie zostanie zahamowany, grozi to zamykaniem aptek. Mamy sytuację, kiedy pacjenci, przychodząc do nas i widząc, że nie ma jednego czy drugiego leku, nie wykupują także pozostałych z recepty, tylko szukają apteki, w której mogą zostać obsłużeni kompleksowo.

Minister Bartosz Arłukowicz twierdzi, że jak brakuje leków w jednej aptece, to wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, by kupić je w drugiej…

– Absolutnie nie zgadzamy się z takim podejściem. Przypomnę, że jeszcze poprzednio, podczas prac nad nowelizacją prawa farmaceutycznego obiecano, że problem dostępności leków zostanie rozwiązany. Jednak okazuje się, że w projekcie nowelizacji z inicjatywy poselskiej, którą my nazywamy antyeksportową, nie uwzględniono naszych poprawek, mimo że takie obietnice były składane przez obecną sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia min. Beatę Małęcką-Liberę. Tymczasem mamy do czynienia z ciągłym zaklinaniem rzeczywistości, a leków wciąż brakuje.

Czym to jest spowodowane?

– W naszej ocenie, dostawy bezpośrednie – model, jaki narzucili niektórzy producenci leków, polegający na dystrybucji leków przy pomocy tylko trzech hurtowni w Polsce, powoduje nierównomierny rozdział leków. Ponadto dwie z tych hurtowni, które służą jako operatorzy logistyczni, mają swoje sieci aptek i w pierwszej kolejności właśnie do nich dostarczają leki. W związku z tym jest podział na lepszych i gorszych. Jako farmaceuci nie możemy się pogodzić z taką sytuacją, aby polscy pacjenci byli pozbawiani leków, żeby polskie apteki były w gorszej sytuacji. Po wyczerpaniu praktycznie niemal całej drogi – bo przypomnę, że ustawa z dnia 19 grudnia 2014 r. o zmianie ustawy – Prawo farmaceutyczne oraz niektórych innych ustaw jest już po drugim czytaniu w Sejmie i w zasadzie pozostał jeszcze tylko Senat, do którego trafi ona na początku maja. Niestety, nie zawiera ona poprawek, które zgłaszaliśmy, a które zostały odrzucone przez koalicję PO – PSL i SLD. Nie skorzystano z naszych propozycji dotyczących kar dla tych aptek i tych hurtowni, które łamią prawo. Mamy zatem sytuację, kiedy apteka popełnia przestępstwo, uczestnicząc w tzw. systemie odwróconym, gdzie lek trafia z apteki do hurtowni, a nie do pacjenta i nikt na to nie reaguje. W naszej ocenie, spółkom, które dopuszczają się tego typu przestępstw, powinny być zabierane zezwolenia na prowadzenie aptek. Taka firma, przedsiębiorstwo czy spółka traci bowiem rękojmię. Tymczasem okazało się, że nie, że takie karanie jest niemożliwe, że trzeba miarkować kary i nie można zabierać zezwoleń całemu przedsiębiorstwu, gdy jedna z aptek popełnia przestępstwo. Według mnie, takie podejście jest niczym innym jak zachętą do tego typu działalności. Podobnie z hurtowniami: jeżeli jedna hurtownia popełnia przestępstwo, a jest w spółce z innymi hurtowniami, to wszystkie powinny być ukarane odebraniem zezwolenia. Owszem, może jest to podejście drastyczne, ale tylko takie rygorystyczne egzekwowanie prawa spowodowałoby po pierwsze, że leki pozostawałyby w kraju, a po drugie byłyby bez problemów dostępne w aptekach, oczywiście przy założeniu, że rząd akceptowałby poprawki, które wnieśliśmy, ale tak dotąd się nie stało.

Środowisko aptekarskie zgłaszało wiele propozycji. Co stało na przeszkodzie, żeby je uwzględnić?

– Owszem, zgłaszaliśmy różne warianty poprawek, ale za każdym razem słyszeliśmy „pomidor” od strony rządowej. Mało tego, skoro nasze poprawki się nie podobały, to co stało na przeszkodzie, aby rząd zaproponował inny skuteczny wariant, który zapewniłby równy dostęp leków dla wszystkich aptek. Jeżeli tego nie ma, to oznacza, że rząd nie chce regulacji rynku leków i godzi się na zamykanie aptek, zwłaszcza tych indywidualnych, które nie weszły we wspomniany już proceder odwróconego łańcucha i uczciwie pracują dla swoich pacjentów, ale nie mogą spełniać tej roli, bo nie mają dostępu do leków. Taki dyktat firm farmaceutycznych jest nie do przyjęcia. Nie możemy się na to zgodzić, dlatego postanowiliśmy poinformować opinię publiczną o naszym proteście.

Na czym będzie polegał protest?

– Zapewniam, że nie jest to protest skierowany przeciwko naszym pacjentom. Na stronie internetowej Naczelnej Rady Aptekarskiej można podpisać się pod protestem. Następnie wydrukujemy nasz protest ze wszystkimi podpisami i złożymy na ręce premier Ewy Kopacz. Ponadto aptekarze mogą pobrać z naszej strony, wydrukować i umieścić treść tego protestu w widocznym miejscu apteki. Chcemy, aby te protesty były podpisywane nie tylko przez kierownictwo danej apteki, ale także przez każdego farmaceutę. Podpisane egzemplarze prosimy przysyłać listownie na adres Naczelnej Rady Aptekarskiej. Również tak zebrane podpisy trafią do premier Kopacz.

Spodziewa się Pan, że taki protest zrobi jakiekolwiek wrażenie na przedstawicielach rządu PO – PSL?

– Jeżeli nie ma żadnego odgłosu, żadnej reakcji, jeżeli nasz głos podczas posiedzeń sejmowych podkomisji i komisji zdrowia przeszedł bez echa, to może ta forma będzie bardziej skuteczna. Próbujemy zwrócić uwagę na mankamenty chorego prawa, ale po drugiej stronie mamy mur. Próbując odwrócić uwagę od meritum sprawy, usiłowano z nas zrobić lobbystów, eksporterów leków, co jest wierutną bzdurą i nieprawdą od początku do końca. Nam zależy tylko na tym, żeby nasz, polski pacjent był leczony w pierwszej kolejności tymi lekami, które są przeznaczone na rynek polski. Nie może być tak, że leki wyjeżdżają za granicę albo ich dystrybucja polega na tym, że część aptek jest pozbawiana dostępu do leków. Na dłuższą metę sytuacja, w jakiej obecnie funkcjonują apteki, nie może mieć miejsca.

Jakie inne warianty protestu ma jeszcze w zanadrzu NRA?

– Myślę, że nad kolejnymi ewentualnymi krokami będziemy się zastanawiać w marę rozwoju wydarzeń. Aptekarstwo w Polsce jest pozbawiane wielu rozwiązań, które zdają egzamin w innych krajach Unii Europejskiej, np. w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Portugalii. Tam aptekę może prowadzić tylko wykształcony farmaceuta. Jeżeli państwo polskie kształci farmaceutów, to przede wszystkim oni powinni mieć możliwość prowadzenia aptek i dbać o bezpieczeństwo pacjentów i uczestniczyć w dystrybucji leków.

A jak kwestia dystrybucji leków jest rozwiązana w innych krajach?

– W innych krajach są określone odległości między aptekami, bierze się pod uwagę liczbę mieszkańców, jaka powinna przypadać na jedną aptekę. Tak jest w rozwiniętych gospodarczo krajach, jak Austria, Włochy, i tam można to zrobić z powodzeniem. Dlaczego więc nie da się tego zrobić w Polsce? W momencie, kiedy nastąpiła swoboda gospodarcza, wolny rynek, mamy sytuację, kiedy każdy robi, jak chce, tymczasem nie tędy droga. Farmacja to dziedzina, która musi być prowadzona precyzyjnie w odpowiedzialny sposób. Tu chodzi o bezpieczeństwo, życie i zdrowie pacjenta. Ponadto farmacja to dziedzina, która może przynosić do budżetu bardzo wymierne korzyści. Niestety, nieodpowiedzialna polityka sprawia, że większość aptek przynosi straty. Czy taki był pożądany kierunek rozwoju aptekarstwa w Polsce… śmiem wątpić. Mówimy, apelujemy, ale nikt nas nie słucha. Nie wiem, dlaczego nie czerpiemy wzorców z innych państw. Weźmy np. Węgry, gdzie w 2011 r. przyjęto zasadę „apteka dla aptekarza” i zastosowano przepisy dotyczące odległości między aptekami, brano też pod uwagę ilość mieszkańców na jedną aptekę. Okazało się, że wszystko funkcjonuje w sposób nienaganny zarówno dla pacjentów, jak i dla gospodarki tego kraju. Tym bardziej że usieciowienie aptek było tam jeszcze większe niż w Polsce. Trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć, tym bardziej nie chcieć pozytywnych, korzystnych zmian dla wszystkich. Dalej tak się nie da, trzeba w końcu zrobić porządek z dostępem, dystrybucją leków, a co za tym idzie – z bezpieczeństwem dla pacjenta.

Co z lekami na stacjach benzynowych?        

– To jakieś nieporozumienie. Leki powinny być w aptekach, a nie w ogólnodostępnych sklepach spożywczych czy np. na stacjach benzynowych. W 2013 r. lobbyści usiłowali wprowadzić na Litwie podobną do tej z Polski wolnoamerykankę, która funkcjonuje na rynku pozaaptecznym. Jednak parlament litewski postawił tamę tym próbom. Uczmy się od innych, skoro sami nie potrafimy regulować rynku leków i zadbać o bezpieczeństwo pacjentów. Lek to nie jest bułka z masłem.

W krajach zachodnich farmaceuta to zawód zaufania publicznego, a w Polsce wygląda na to, że farmaceuci stali się niejako zakładnikami koncernów farmaceutycznych, dla których liczy się tylko zysk…

– Jeżeli nienormalne prawo, które sprzyja tego typu podejściu, nie zostanie skorygowane i zmienione, to branżę farmaceutyczną czeka całkowita zapaść. Jeżeli zniknie perspektywa posiadania aptek przez farmaceutów, a rynek ten przejmą globalne sieci, to będziemy mieli katastrofę. Jeżeli zaś chodzi o zawód zaufania publicznego, to farmaceuci wciąż są grupą bardzo cenioną przez społeczeństwo. Niestety, to zaufanie zaczyna słabnąć, a wynika to właśnie z tego, że nasi farmaceuci stają się zakładnikami sieci, często pracują na umowach śmieciowych, które są permanentnie przedłużane, są nakazy sprzedaży przykasowej, jest tzw. magdonaldyzacja aptek, czyli promowanie różnych produktów, jak suplementy diety, które mają być sprzedane za wszelką cenę. Tak dalej być nie może. W Kanadzie, kiedy sieci przejęły globalny rynek, sytuacja zmieniła się chociażby dla uczelni, bo jeżeli farmaceuci stracili perspektywę posiadania własnej apteki, sieci przejęły cały rynek, to zainteresowanie studiami farmaceutycznymi gwałtownie spadło, a co za tym idzie – część wydziałów farmaceutycznych została zamknięta. Jeżeli nie zahamujemy tej tendencji, którą mamy obecnie w Polsce, czeka nas podobny los. Myślę, że osoby odpowiedzialne w w Polsce za służbę zdrowia, w tym również za farmację, powinny się bardzo poważnie zastanowić nad tym, co robią.

Apele farmaceutów są jednak ignorowane…   

– Jak pan widzi. Występujemy z dziesiątkami propozycji rozwiązań, które uporządkowałyby rynek dystrybucji leków i uniemożliwiałyby ich wywożenie za granicę, ale nikt nas nie słucha. Tymczasem leki liczone w miliardach złotych jak wyjeżdżały za granicę, tak dalej wyjeżdżają, i wszystko wskazuje na to, że ten proceder będzie wzrastał. Z kolei w naszych aptekach zaczyna brakować leków. Warto też zbadać informację podaną na ostatnim posiedzeniu Sejmu przez jednego z posłów PSL, z której wynika, że posiada on wiedzę, jakoby producenci nie dostarczali na polski rynek leków w takiej ilości jak w latach ubiegłych, bo bardziej opłaca im się dystrybucja na rynek zagraniczny. Myślę, że odpowiednie organy w Polsce, które dysponują odpowiednimi instrumentami, mogłyby to sprawdzić. Nie może być dalej tak, że jedne apteki mają leki, a inne ich nie posiadają. Nie może być tak, że dochodzi do niekontrolowanej regulacji rynku, jak chociażby ostatnio na Podlasiu, gdzie ponad 20 uczciwie działających aptek upadło tylko dlatego, że nie chciały wejść do sieci.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki