Cios w plecy polskiej zbrojeniówki
Wtorek, 21 kwietnia 2015 (20:12)Nie firma Sikorsky i PZL Mielec czy włoski koncern AgustaWestland i PZL Świdnik, ale francuskie konsorcjum Airbus Helicopters decyzją rządu PO – PSL przeszło do kolejnego etapu przetargu na śmigłowce dla polskiej armii.
O tym, kto pozostaje w grze w przetargu śmigłowcowym, którego wartość to co najmniej 13 miliardów złotych, a kto obejdzie się smakiem, ogłosił dziś prezydent Bronisław Komorowski. Decyzją rządu do kolejnej fazy testów przeszedł śmigłowiec H225M oferowany przez francuskie konsorcjum Airbus Helicopters, które do tej chwili nie ma w Polsce zakładów związanych z produkcją śmigłowców.
Śmigłowiec S-70i Black Hawk oferowany przez firmę Sikorsky i produkowany przez PZL Mielec oraz AW149 oferowany przez AgustaWestland i produkowany w PZL Świdnik odpadają z gry. I choć nie jest to jeszcze ostateczna decyzja, to wydaje się mało prawdopodobne, aby wskazany śmigłowiec nie przeszedł testów i nie został ostatecznie wybrany jako sprzęt, którym będą się posługiwać polscy żołnierze.
Komorowski stwierdził, że kontrakt śmigłowcowy będzie kontraktem podzielonym.
– Będzie także realizowany równolegle, nie wiadomo jeszcze przez którego oferenta, drugi program dotyczący śmigłowców bojowych, których obecność w systemach armii polskiej może mieć kapitalne znaczenie dla uzyskania wartości bojowej całości armii na terenie spodziewanych działań obronnych na rzecz terytorium państwa polskiego – oznajmił prezydent Komorowski.
Polska znów polem doświadczalnym
Przetarg śmigłowcowy dotyczy wyboru platformy, w skład której wejdą śmigłowce w wersjach: transportowej, bojowych misji poszukiwawczo-ratowniczych oraz morskiej do zwalczania okrętów podwodnych, które mają powstać w ramach jednej wspólnej platformy. W ocenie rządu, to konstrukcja zaproponowana przez Francuzów jest najbardziej zbliżona do oczekiwań polskiej armii. Przeciętny zasięg, za to możliwość zabrania na pokład większej liczby żołnierzy i sprzętu, prawdopodobnie to zdecydowało o takim, a nie innym wyborze.
Nie przekonuje to jednak związkowców polskich zakładów zbrojeniowych, którzy decyzję rządu ogłoszoną przez Bronisława Komorowskiego przyjęli z goryczą. Dlaczego nie zostały wybrane śmigłowce produkowane w Polsce, co pozwoliłoby na utrzymanie i stworzenie tysięcy nowych miejsc pracy nad Wisłą, a wsparcie uzyskał sprzęt produkowany we Francji? – pyta w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl Stanisław Głowacki, przewodniczący sekcji Krajowej Przemysłu Zbrojeniowego NSZZ „Solidarność”.
– Koncerny amerykański czy włosko-brytyjski zainwestowały w Polsce w nasze zakłady w Mielcu czy Świdniku, mając nadzieję na kontrakty, co pozwoliłoby także zwiększać miejsca pracy w naszym kraju. Tymczasem został wybrany produkt francuski i pytanie brzmi, czy i na ile ten wybór przysporzy Polsce korzyści, czy może posłużymy tylko jako montownia – zastanawia się Stanisław Głowacki.
Offset znowu tylko na papierze
Decyzją rządu amerykańska firma Raytheon dostarczy Polsce systemy przeciwrakietowe Patriot. Stanisław Głowacki zwraca uwagę, że wybór Amerykanów wcale nie oznacza udziału w offsecie polskiego przemysłu obronnego, a jeśli jakieś zamówienia kompensacyjne będą miały miejsce, to w bardzo małym zakresie.
– Jeżeli w przypadku patriotów w grę ma wchodzić tylko transport z naszej strony, a przy śmigłowcu montaż niektórych elementów, to warto się zastanowić, co z pieniędzmi polskiego podatnika. Od dłuższego czasu powtarzamy, że pieniądze zainwestowane w polskie zakłady na terenie naszego kraju w dużej mierze wracają do polskiego budżetu. Polityka, która ma na celu finansowanie miejsc pracy w innych krajach i pomagać im w walce z bezrobociem, jest niezrozumiała. To bardzo dziwne. Przyszłość polskiego przemysłu zbrojeniowego stoi pod znakiem zapytania. W tej sytuacji wszyscy mamy prawo się czuć oszukani – podkreśla przewodniczący sekcji Krajowej Przemysłu Zbrojeniowego NSZZ „Solidarność”.
Podkarpacie i Lubelszczyzna, które liczyły na rozwój swoich zakładów, czują się zawiedzione, ponieważ pozostają niejako na lodzie. Kontrakt określany mianem kontraktu stulecia, który miał wesprzeć zakłady i być również siłą napędową do rozwoju regionów Polski Wschodniej i Południowo-Wschodniej przeszedł im koło nosa. Trudno jednak oczekiwać, żeby pracownicy PZL Mielec czy PZL Świdnik pozostali bierni wobec decyzji rządu, dlatego możemy się spodziewać protestów. Niewykluczone zatem, że premier Kopacz i min. Tomasz Siemoniak mogą się spodziewać „wizyty” związkowców w Warszawie.
Mariusz Kamieniecki