Strach przed konfrontacją
Niedziela, 19 kwietnia 2015 (20:59)Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki i wicedyrektorem Instytutu Socjologii UKSW, rozmawia Mariusz Kamieniecki i Paulina Gajkowska
„To była prezydentura niezależna, utrzymująca życzliwy dystans do rządu i opozycji” – mówił Bronisław Komorowski, podsumowując pięć lat swojej prezydentury. Jak skomentuje Pan tę samoocenę?
– Nie wiem, kto pisał prezydentowi Komorowskiemu to przemówienie, ale widać, że oparł je na takich pojęciach jak niezależność czy apolityczność. Jest to wynik badania marketingowego, badania przedwyborczego, w ramach którego ze strony Polaków jako zarzut pojawiały się związki prezydenta z Platformą Obywatelską. To przemówienie miało zredukować rosnącą niechęć, argument opozycji i pokazać prezydenta Komorowskiego jako tego, który nie jest antypodyczny względem Prawa i Sprawiedliwości, ale de facto rości sobie prawo do niezależności. Był to kluczowy element tego wystąpienia, a zbieżność tych elementów miała na celu zracjonalizowanie faktów wynikających z sondaży wyborczych.
W tej sytuacji nie był to jednak przejaw obłudy?
– Nie ulega wątpliwości, że całe zaplecze prezydenta Komorowskiego jest ściśle związane z PO, z jej strukturami terytorialnymi, a sam prezydent ideowo wywodzi się z tej formacji politycznej. To, że aktualnie nie jest jej regularnym członkiem, nie ma najmniejszego znaczenia. W podejmowaniu decyzji przez prezydenta liczy się przede wszystkim podejście do kluczowych wartości, wizji i działań dotyczących polityki wewnętrznej czy międzynarodowej, które w wydaniu Bronisława Komorowskiego niczym nie różniło się od podejścia PO. Zatem nie dość, że politycznie, a przede wszystkim partyjnie prezydent Komorowski jest związany z Platformą, to dodatkowo pod kątem konsekwencji swoich działań jest jednym z głównych przedstawicieli i przywódców w obrębie tej formacji. Prezydent Komorowski w kampanii wyborczej korzysta z zasobów PO. Dlatego mówienie o apolityczności czy niezależności, że jest się prezydentem wielu Polaków, jest rodzajem mitomanii.
Według prezydenta, mijające pięć lat to dobry klimat dla rodzin, polskiej gospodarki, to czas świetnie układającej się współpracy z rządem...
– Trudno w kilku słowach podsumować tę prezydenturę. Na pewno nie należy oceniać społeczeństwa i stanu gospodarki, a także władzy wyłącznie przez pryzmat negatywnych wskaźników, bo byłoby to nie do końca prawdziwe. Jednakże nie należy o nich zapominać, bo skoro prezydent posiłkuje się tylko i wyłącznie optymistycznym obrazem, a nie optymalnym, to również my możemy sobie pozwolić na jego ocenę w tym właśnie świetle. Powiedzmy sobie wprost – patrząc na wskaźniki migracji, na brak imigracji, mimo iż była zapowiadana, patrząc na to, jak zmienia się struktura populacyjna, starzejące się polskie społeczeństwo, ale przede wszystkim na osoby w wieku produkcyjnym, które opuszczają granice naszego kraju, zakładają trwale swoje rodziny na obczyźnie i tak budują swoją przyszłość, biorąc pod uwagę ilość afer, która za rządów PO przekroczyła wszelkie granice absurdu, spraw niewyjaśnionych także pod kątem polityki międzynarodowej zarówno za min. Radosława Sikorskiego, jak i za obecnego min. Grzegorza Schetyny, również za prezydentury Bronisława Komorowskiego, Polska nie jawi się jako państwo przyjazne dla swoich obywateli. Wiek emerytalny przy akceptacji prezydenta Komorowskiego został podwyższony do 67. roku życia, za jego prezydentury dziwne rzeczy miały miejsce w systemie ubezpieczeń społecznych, w ogóle cała przyszłość Polaków w zakresie wsparcia emerytalnego dla obecnych 30-latków została wzięta przynajmniej w duży nawias. Prezydent Komorowski nie zawetował żadnej ustawy o strategicznym znaczeniu dotyczącej powszedniego życia Polaków. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się zgodzić z wizją „raju”, „zielonej wyspy” czy progresu państwa polskiego we wszystkich jego obszarach. Żeby jednak nie być tylko i wyłącznie krytycznym dla zrównoważenia, warto podkreślić, że Polska z różnych względów nie została owładnięta kryzysem ekonomicznym.
Tak czy inaczej nieuprawnione przypisywanie sobie jako własnych sukcesów, których częstokroć nie ma, nie jest dobre nawet marketingowo. Nie da się ukryć, że Polacy w swojej codzienności żyją decyzjami, które podjął prezydent, a przynajmniej nie przeszkodził w ich przeforsowaniu przez swą macierzystą formację PO. Dlatego patrząc na kampanijne wyczyny Bronisława Komorowskiego, wolałbym zobaczyć więcej faktów, a mniej niepotrzebnej, bardzo łatwo weryfikowalnej na poziomie życia codziennego Polaków megalomanii.
No tak. Nawet kryzys, o którym Pan wspomniał, w który nie wpadliśmy, też nie jest przecież żadną zasługą PO, a tym bardziej prezydenta…
– Owszem. Jest to zasługa wielu czynników, ale przede wszystkim jest to efekt aktywności i pracowitości polskich przedsiębiorców, którzy mimo nieprzyjaznych przepisów sami, bez wsparcia rządu, ratując się, nie pogrążyli polskiej gospodarki. Nie bez przesady można powiedzieć, że jesteśmy społeczeństwem, które pracuje w największym wymiarze czasu w porównaniu z innymi nacjami. To, że Polska nie pogrążyła się nadmiernie w kryzysie, jest zatem zasługą polskich obywateli, pracodawców i pracobiorców, którzy mimo niekorzystnych przepisów z poświęceniem próbowali sobie radzić nawet w tak w niesprzyjających warunkach. Nie ma co ukrywać – rozwiązania systemowe podejmowane przez rząd w niewielkim stopniu powstrzymały rozwój kryzysu ekonomicznego.
Dodajmy, że w tych niesprzyjających warunkach prezydent pomógł PO w podwyższeniu podatku VAT…
– Owszem, tak było. Podwyższenie VAT z perspektywy pracodawców było decyzją fatalną, a prezydent Komorowski też w tym palce maczał. W tej sytuacji trudno o nim powiedzieć, że zachował neutralność, skoro się zgodził, bo de facto nie zawetował tej ustawy, a co za tym idzie – pozwolił na jej wejście w życie.
Powołanie nowego szefa NBP można zaliczyć do osiągnięć prezydenta?
– Myślę, że należałoby się wstrzymać co do oceny tego faktu zwłaszcza przez prezydenta. Zresztą jakiekolwiek rozwiązania personalne zazwyczaj trudno oceniać w kategoriach sukcesu, tym bardziej że obecny szef NBP nie jest oceniany jako osoba neutralna politycznie, a wręcz przeciwnie. Widać jednak, że sztab prezydenta Komorowskiego i on sam usiłują szukać pozytywnych faktów w obszarach, w których ich nie ma. Jest to zatem nic innego jak działania na potrzeby marketingu politycznego.
Z jednej strony prezydent wiele mówi o dialogu, a z drugiej unika debaty…
– To dowodzi, że dialog w kampanii prezydenta Komorowskiego jest tylko i wyłącznie figurą retoryczną. Z perspektywy marketingu politycznego takie przedstawienie prezydenta jako osoby nieagresywnej, przedstawianie go jako arbitra, osoby gotowej do dialogu ma na celu przekonanie obywateli, że to właściwa osoba na najwyższy urząd w państwie. Jednak jest to fałszywy obraz, bo gdyby prezydent Komorowski rzeczywiście był przygotowany, zdolny do dialogu, to nie unikałby debat politycznych i skonfrontowania ze sobą innych opcji, spojrzeń na Polskę. Tymczasem Komorowski tego nie czyni, co – w mojej ocenie – wynika z obawy. Zdaje się, że prezydent Komorowski czuje się źle w sytuacjach, których nie do końca może kontrolować zarówno on, jak i jego sztab.
Prezydent sformułował przytyk do lidera opozycji, mówiąc, że nie wszyscy przyjęli zaproszenie do Rady Bezpieczeństwa Narodowego, co miało wyrażać chęć prowadzenia polityki „ponad podziałami”.
– Może to świadczyć o niechęci Bronisława Komorowskiego do podjęcia debaty z głównym kontrkandydatem w wyborach. Prezydent zasugerował, że to druga strona nie chce dialogować i wyłamuje się z debaty publicznej. Jest to klasyczne odbijanie piłeczki, ponieważ osobą, która unika debaty, ewidentnie jest Bronisław Komorowski. Konfrontację odradza mu prawdopodobnie sztab wyborczy, najwidoczniej obawiając się kolejnej wpadki prezydenckiej.
Wśród „priorytetów” Bronisława Komorowskiego znalazły się „dobre prawo” i „nowoczesny patriotyzm”. Czy prezydent jasno zdefiniował, co przez nie rozumie?
– To są figury retoryczne. Jednak za nimi powinny iść konkrety. Zwłaszcza osoba, która miała okazję realizować przez pięć lat swoją koncepcję polityczną, powinna precyzyjnie określać, co rozumie poprzez artykułowane hasła. Co to znaczy „nowoczesny patriotyzm”? Czy ma on stanowić antypody dla patriotyzmu konserwatywnego, tradycyjnego realizowanego przez prawą stronę sceny politycznej? W takiej narracji „nowoczesny patriotyzm” ma się jawić oczywiście jako mniej radykalny, bardziej przewidywalny, a zatem bezpieczniejszy. Odwołując się do okrągłych sloganów, deklaracji apolityczności i otwartości, sztab kandydata liczy na przejęcie segmentu wyborców, którzy nie wiedzą, na kogo ostatecznie oddać głos.
Powiedział Pan, że Komorowski unika bezpośredniej konfrontacji z Dudą. Mało konkretny przekaz prezydenta działałby na jego niekorzyść?
– Stosowanie mniej lub bardziej ogólnych haseł jest nieodłączną częścią marketingu politycznego. Kluczowa jest jednak wiarygodność danego polityka. Co za tym idzie? Bronisław Komorowski nie jest u początku drogi politycznej. Jest prezydentem od pięciu lat, dlatego oczekiwać należałoby, że swoich deklaracji nie będzie opierał na tym, co zrobi, tak jakby nie miał szans na ich realizację. Nie zaprezentował żadnego bilansu, nie wskazał kierunku działań, nie przedstawił faktografii. W kontekście ewentualnej debaty z kontrkandydatem brak umiejętności operowania konkretami podważałby wiarygodność takiego polityka.
Prezydent jest zadowolony ze sposobu reprezentowania państwa na arenie międzynarodowej. Abstrahując od sytuacji na pograniczu śmieszności i kompromitacji z jego udziałem, czy jest to spójna koncepcja?
– Takiej koncepcji nie reprezentuje nie tylko obecny prezydent, ale również formacja polityczna, z której wyrósł. Jego wystąpienie miało być „bezpieczne”, a co za tym idzie pozbawione jakiejkolwiek wizji, z której później jako polityk musiałby zostać rozliczony.
Czy bądź co bądź marny wizerunek obecnego prezydenta jest efektem słabości jego samego jako – nazwijmy to – materiału do obróbki marketingowej, czy świadczy o słabości jego sztabu?
– Myślę, że wizerunek obecnego prezydenta jest wypadkową obu tych czynników, o których pan wspomniał. Osobiście uważam, że sztab wyborczy prezydenta Komorowskiego był tak pewny zwycięstwa – i rzeczywiście pierwsze sondaże na to wskazywały – że on sam i jego sztabowcy nie przygotowali się specjalnie do kampanii. Stąd późno rozpoczęli kampanię, do tego słabo przygotowaną logistycznie i logicznie. Mam wrażenie, że w sztabie Komorowskiego znalazło się wiele osób przypadkowych, stąd liczne wpadki, jak np. wykorzystywanie w kampanii dzieci bez zgody ich rodziców. Kolejne wyniki sondaży pokazują, że prezydent słabnie. Wizja specjalistów od marketingu politycznego w zakresie wizerunku, a nagi wizerunek obecnego prezydenta to dwie różne rzeczy. Marketingowcy usiłują pokazać Bronisława Komorowskiego jako wybitnego polityka, o szerokich horyzontach politycznych, bezstronnego, niezideologizowanego, i starają się na siłę utrzymać ten obraz, jednak z drugiej strony wpadki prezydenta burzą ten skrzętnie budowany niczym mur wizerunek. Prezydent powinien kojarzyć się z mężem stanu, tymczasem okazuje się, że król jest nagi.