Żołnierski orzełek spod Kalet
Sobota, 27 października 2012 (02:09)Z Marianem Tananisem, żołnierzem Armii Krajowej, świadkiem obławy augustowskiej, rozmawia Adam Białous
Z relacji Pana towarzyszy broni i Pańskiej wynika, że ciała żołnierzy z oddziału "Groma", którzy zginęli w największej trzydniowej bitwie w czasie obławy w okolicach jeziora Brożane, Sowieci wywozili samochodami w stronę dzisiejszej granicy z Białorusią?
- Większość moich kolegów z oddziału "Groma" Sowieci w bitwie niedaleko jeziora Brożane zabili. Dopomogli im w tym mocno konfidenci, wskazali miejsce, z którego czerwonoarmiści strzelali do naszych jak do kaczek. Było to takie stanowisko koło szosy. Rosjanie ustawili tam ciężkie karabiny maszynowe i kiedy któryś z naszych wychodził z ukrycia, od razu kładli go serią, rannych dobijali. A ciała wszystkich zabitych wrzucali na wozy i wieźli na wschód. We wrześniu 1945 r. sprawdzaliśmy ten teren. Były tam liczne ślady opon. Prowadziły w stronę Rygoli, później skręcały na Muły, potem na Kalety, które dziś leżą po białoruskiej stronie granicy. Gołębiowski znalazł tam orzełka z koroną z żołnierskiej czapki. Do Kalet ich na pewno wieźli, a później nie wiem, bo tam już dalej nie chodziliśmy. O tym stanowisku sowieckich ciężkich karabinów i ich krwawych żniwach nad jeziorem Brożane dowiedziałem się od miejscowego młodego mężczyzny, który w lipcu 1945 r. miał 19 lat. Właściwie to był ode mnie starszy, bo ja miałem wówczas 16 lat. Chłopak, kiedy usłyszał warkot silników nadjeżdżających szosą sowieckich ciężarówek, schował się do przełazu pod szosą. A Sowieci właśnie tam się zatrzymali. Dobrze więc słyszał ich rozmowę. Zaraz powiedzieli: "Tu jest to miejsce" i wystawili z samochodów ciężkie karabiny.
Co jeszcze udało się Panu ustalić, jeśli chodzi o kierunek, w którym wywożono żołnierzy?
- Jeszcze wcześniej, kiedy razem z Gołębiowskim ujęto nas i zaprowadzono do ubeckiej katowni w augustowskim Domu Turka, sowieccy żołnierze, którzy nas tam prowadzili, zdaje się, że nieco zbłądzili, bo trafili razem z nami do właśnie likwidowanego największego obozu, który czerwonoarmiści założyli za lasem, na polu między Augustowem a Białobrzegami. Tam zwozili dosłownie wszystkich, których mieli zamiar wywieźć i zamordować. Pole było zryte śladami opon dużej liczby samochodów. Wiele tych śladów prowadziło na drogę wiodącą z Augustowa do Grodna. Kiedy tam dotarliśmy, prawie wszystkie wielkie namioty, które tam wcześniej najwyraźniej stały, o czym świadczyły ślady, były już rozmontowane i zabrane. Składano właśnie ostatni. Na polu kręciło się kilku żołnierzy sowieckich z oficerem, robiąc porządki, maskując ślady. Jeden z Sowietów, który nas prowadził, podszedł do oficera i o czymś rozmawiał, a słuchający go oficer rzekł głośno: "Akcja jest skończona i musicie iść z powrotem!". Żołnierze oddali salut i zawrócili nas z powrotem w stronę Augustowa, lecz nie tą drogą, którą przyszliśmy, a drogą z boku targowicy, do środka Augustowa. Idąc ul. 3 Maja, doszliśmy do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, do tak zwanego Domu Turka.
Był Pan przesłuchiwany?
- W Domu Turka ubecy zabili wiele osób. Nie wiem, czy ich tam na posesji chowali, ale na pewno wiele ciał z tego miejsca po cichu wywieźli. Moja mama, kiedy musiałem się przed UB ukrywać na południu Polski, informowała mnie, kogo aresztowali i osadzali w Domu Turka. Mówiła też, kogo znaleźli później nieżywego. Mówiła mi m.in., że jak sadzili las niedaleko Augustowa, to znaleźli ciało m.in. Antoniego Kaczmarka przykryte gałęźmi. Kaczmarek nawet nie był w AK, złapali go podczas odpustu w Studzienicznej w maju 1945 roku. Był wówczas ubrany w długie skórzane buty, tzw. angielki, i wojskowego kroju spodnie, więc podejrzewali, że może być z AK. Tylko za to go wzięli. Kaczmarek długo był w USA, miał więc taki nieco inny sposób bycia. Bardzo lubił też fotografować. Na albumach umieszczał swoje inicjały A.K., to w Janie Szostaku, największym oprawcy UB z Domu Turka, wzbudziło przekonanie, że Kaczmarek jest z AK. Do tego młody Kaczmarek jakoś tak bezmyślnie powiedział przed nim, że jak wyjdzie z Domu Turka, to pojedzie prosto do ambasady USA w Warszawie, bo miał obywatelstwo tego kraju. Szostak się wystraszył, że może coś wygadać Amerykanom o obławie, a on rzeczywiście sporo wiedział, bo podczas obławy przywozili do Domu Turka akowców. My też tam z Eugeniuszem Gołębiowskim, moim przełożonym w AK, wówczas siedzieliśmy jedną noc, właśnie wtedy Kaczmarek powiedział nam, że tych z obławy wywożą krytymi samochodami do Grodna. Kaczmarek mówił nam, że Jan Szostak jeździł do Grodna z każdym transportem. Szostak mordował przeważnie tych, których uważał za niebezpiecznych, nie tylko dla swoich mocodawców - komunistów i Sowietów, ale też dla siebie samego. Zakatował tu m.in. swojego dobrego kolegę, z którym był w partyzantce niepodległościowej. Szostak, jak zresztą wielu późniejszych ubowców, przeniknął do leśnych, żeby ich rozpracowywać. Już wtedy robił listy ludzi do ostrzału. W Domu Turka zamordowano też Dobrowolską, wiele wiedziała, ale nic im nie powiedziała. Zbili ją niemiłosiernie i wywieźli od lasu, tam umarła. Najbardziej opornych przesłuchiwał sam Szostak, był prawdziwym sadystą i katem. Po prostu mordował bez litości. On potrafił raz uderzyć przesłuchiwaną osobę młotkiem w głowę i zabić. Mówili, że jak na początku wojny był w oddziale, to często chodził do kościoła, później przestał. Myślę, że to wtedy zdradził.