• Wtorek, 10 marca 2026

    imieniny: Cypriana, Marcelego

Ukraina wybiera

Sobota, 27 października 2012 (02:03)

Na Ukrainie odbędą się jutro wybory do Rady Najwyższej. Kampania upłynęła pod znakiem oskarżeń ze strony opozycji o nierówne traktowanie, szykany i przygotowywanie do fałszerstw. Osadzona w więzieniu Julia Tymoszenko wzywa, by Unia Europejska już teraz uznała całe wybory za nieuczciwe i niedemokratyczne.

Z Zachodu przyjedzie rekordowa liczba kilku tysięcy obserwatorów, w tym 60 polskich parlamentarzystów. Kadencja Rady Najwyższej, jednoizbowego parlamentu, trwa pięć lat. O 450 mandatów ubiega się 5 tys. 771 kandydatów z 22 partii politycznych i 67 komitetów wyborczych.

Prezydent Wiktor Janukowycz związany z rządzącą Partią Regionów zapewnia, że głosowanie będzie spełniało wszelkie standardy i chętnie zaprasza obserwatorów.

Wybory mają udowodnić światu, że oskarżenia o brak demokracji i tendencje autorytarne są bezpodstawne. Władza liczy, że uda się przywrócić zamrożone po skazaniu Tymoszenko stosunki z Unią Europejską, w tym podpisać gotowy już układ stowarzyszeniowy.

Sprawa Julii Tymoszenko rzutuje na relacje Ukrainy z Zachodem. Kijów ma jednak alternatywę. Moskwa kusi go wciąż Unią Celną, do której należy już Białoruś i Kazachstan. Pogłębienie integracji czwórki największych państw WNP wzmacnia oczywiście Rosję, a Ukraina jest dla Kremla strategicznym celem geopolitycznej i ekonomicznej ekspansji.

W zamian za wstąpienie do "swojej" Unii Moskwa obiecuje obniżenie ceny gazu, którego wysokość jest dla ukraińskiej gospodarki nie do udźwignięcia. W dalszej perspektywie oznacza to jednak praktyczną utratę suwerenności i wchłonięcie przez potężnego sąsiada.

Ukraińcy są w tej sprawie podzieleni. Spora część obywateli, zwłaszcza we wschodnich obwodach, identyfikuje się z państwowością rosyjską, często nie zna nawet ukraińskiego. Na kierunek wschodni naciska też część środowisk biznesowych mających korzenie w Rosji lub funkcjonujących dzięki handlowi ze Wschodem.

Większość Ukraińców ceni sobie jednak odzyskaną niedawno narodową niepodległość i widzi wzór kierunku przemian raczej w Polsce czy krajach bałtyckich.

Oficjalne deklaracje prezydenta oraz rządu także wskazują na zamiar integracji z Zachodem, czyli Unią Europejską. Ta jednak oczekuje bardziej konsekwentnych reform politycznych, walki z korupcją, poprawy działania wymiaru sprawiedliwości i większej przejrzystości w życiu gospodarczym. Dla rządzącej oligarchii to bardzo trudne wymagania.

Między Brukselą a Moskwą

Niedzielne wybory przypadają więc na przełomowy moment w historii Ukrainy. Kierunki integracji z Unią Europejską i Unią Celną nawzajem się wykluczają i wkrótce Kijów będzie musiał się na jeden z nich zdecydować. Ten dzień może okazać się symbolicznym momentem zwrotu.

Ważny będzie zarówno wynik, jak również przebieg wyborów, który potwierdzi lub zaprzeczy deklaracjom Janukowycza. Jeżeli ogólna opinia obserwatorów będzie dla systemu wyborczego pozytywna i uda się jakoś załatwić sprawę Tymoszenko, droga do Europy zostałaby otwarta.

W przeciwnym wypadku Zachód może utracić wpływ po wschodniej stronie Bugu nawet na dziesięciolecia. Nie trzeba dodawać, jak istotne znaczenie ma to dla Polski.

Chociaż sam wynik wyborów też jest istotny, to nie aż tak jak kwestia ich uczciwego przeprowadzenia. Zdaniem większości komentatorów, skład parlamentu i tak jest przesądzony, a jego uprawnienia niewielkie. Traktują więc głosowanie jako sprawdzian przed wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 2015 rok.

Ostatnie sygnały są jednak raczej negatywne. Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton i unijna komisarz ds. zagranicznych Catherine Ashton napisały we wspólnym artykule opublikowanym przez "International Herald Tribune", że dostrzegają na Ukrainie "niepokojące tendencje". Przytaczają ustalenia raportu misji obserwacyjnej Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE.

"Nasze zaniepokojenie wzbudzają informacje, mówiące o wykorzystywaniu zasobów administracyjnych do faworyzowania kandydatów partii będącej u władzy i trudnościach napotykanych przez niektóre media" - napisały Clinton i Ashton.

Za niepokojące uważają też przeprowadzanie zamkniętych spotkań przez Centralną Komisję Wyborczą oraz "brak reprezentacji niektórych partii politycznych w rejonowych i obwodowych komisjach wyborczych".

W artykule mowa jest oczywiście o Julii Tymoszenko i innych politykach, którym wyroki sądowe uniemożliwiają startowanie w wyborach. Szefowe dyplomacji USA, a także UE wytykają ponadto masowy proceder kupowania głosów przez kandydatów rządzącej partii.

Strategia manipulacji

Prawie nikt spoza kręgów związanych z władzą nie wierzy w uczciwe wybory. Obowiązująca ordynacja ma charakter mieszany.

Połowa kandydatów zostanie wyłoniona proporcjonalnie z list partyjnych, a pozostali w okręgach jednomandatowych. Eksperci oceniają, że najmniej uczciwe będą te ostatnie, gdyż kandydaci rządzącej Partii Regionów dysponują zasobami i poparciem lokalnej administracji, co stawia ich z góry na uprzywilejowanej pozycji.

Często startują w nich lokalni biznesmeni mocno związani z władzą, popierani przez Partię Regionów, ale oficjalnie występujący jako kandydaci niezależni, co zmyla wyborców. Opozycja i niezależni komentatorzy przewidują masowe fałszowanie głosów i manipulacje podobne do obserwowanych niedawno w Rosji.

Córka Julii Tymoszenko, Jewhenija, wzywa do uznania wyborów za niedemokratyczne.

- Jeśli świat demokratyczny i misje obserwatorów nie zgłoszą w końcu, że wybory nie są ani wolne, ani uczciwe, możemy ujrzeć legitymizację ukraińskiej dyktatury, dyktatury Janukowycza. A wtedy będzie już za późno, by ratować ukraińską demokrację. Jestem pewna, że represje wzrosną, będzie więcej aresztowań, więcej morderstw i może to nawet doprowadzić do ludobójstwa - powiedziała w środę w Genewie.

Podczas gdy stosunki z Brukselą pozostają chłodne, w poniedziałek Janukowycz odbył krótką wizytę w Moskwie. Politycy opozycji interpretują to jako sygnał zwrotu w polityce zagranicznej Ukrainy w sytuacji, gdyby władza nie mogła liczyć na uznanie wyborów przez Zachód. Tak uważa jeden z liderów opozycji Arsenij Jaceniuk.

- Wizyta prezydenta w Moskwie miała nie tylko charakter przedwyborczy, ale miała także na celu faktyczne włączenie Ukrainy do Unii Celnej. Takie oświadczenie złożył też wicepremier Serhij Tihipko, który powiedział, że tylko w Unii Celnej będziemy szczęśliwi i będzie nam dobrze. Wszystko to wpisuje się w jedną koncepcję. Jeśli Europa uzna wybory parlamentarne za nieuczciwe i niedemokratyczne, to oznacza to, że UE wstrzymuje dialog. A to z kolei oznacza, że umowa stowarzyszeniowa wraz z umową o strefie wolnego handlu nie zostanie podpisana. To oznacza także zamrożenie rozmów o ruchu bezwizowym, po czym Ukraina zacznie przekształcać się w coś w rodzaju Białorusi -zaznaczył.

Wielu analityków sądzi jednak, że nagła zmiana polityki nie gozi Ukrainie. Janukowycz będzie wolał balansować między Moskwą a Brukselą, i to raczej bliżej Brukseli. Musi z uwagą obserwować, jak jego białoruski "kolega" Alaksandr Łukaszenka okupuje pozostawanie u władzy coraz mniejszą samodzielnością, izolacją i marginalizacją państwa.

Niezależnie od wyborów na Ukrainie konieczne są zdecydowane reformy gospodarcze, gdyż państwo to w żadnej konfiguracji politycznej nie poradzi sobie z niewydolnym przemysłem, przestarzałymi, zżartymi korupcją strukturami. Obserwuje się spadek produkcji przy rosnącym bezrobociu i ubóstwie.

Ceny rosyjskiego gazu dobijają ekonomiczne podstawy państwowego bytu, coraz więcej kapitału jest wyprowadzane za granicę. Z tym wszystkim będzie musiał zmierzyć się nowy rząd, który wcale nie musi być odzwierciedleniem układu sił w parlamencie. Zgodnie z konstytucją Ukrainy decydującą rolę przy powoływaniu premiera ma bowiem prezydent.

Piotr Falkowski