• Sobota, 9 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Kareny, Beginy

Chcemy tylko prawdy

Piątek, 10 kwietnia 2015 (10:36)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mija 5 pięć lat od katastrofy smoleńskiej, tymczasem pojawiają się nowe fragmenty stenogramów rozmów z kokpitu z Tu-154M. Ma Pani poczucie manipulacji?

– Kiedy słyszę o nowych „rewelacjach”, to przyznam, że jestem zasmucona i zniesmaczona. Jednocześnie zadaję sobie pytanie: dlaczego takie media jak stacja RMF FM, które przecież są powołane do czegoś innego, jak tylko szukanie sensacji i to w tak poważnej i bolesnej sprawie, włączają się w tę retorykę. Skoro nie poradziła sobie prokuratura, skoro komisja jedna czy druga, czy inne gremia i specjaliści są ostrożni w ocenach, to skąd to całe zamieszanie? Przecież wciąż nie mamy jednego z głównych dowodów – czarnych skrzynek tupolewa, a otrzymujemy nie to, co się nam należy, a więc oryginały nagrań, a jedynie to, co Rosjanie chcą nam przekazać i jak się okazuje, za każdym razem jest to coś innego. Tymczasem ni stąd, ni zowąd jakaś redakcja otrzymuje dziwne materiały. Proszę, traktujmy się poważnie, traktujmy poważnie rodziny smoleńskie, krewnych osób, które zginęły w katastrofie. Nasi bliscy zmarli już nie mogą obronić się przed oszczerczymi zarzutami i powiedzieć: nie byłem w kokpicie. Dlatego to my mamy obowiązek występować w obronie ich dobrego imienia.

Pani zdaniem, jest szansa, że kiedyś poznamy całą prawdę w sprawie katastrofy rządowego tupolewa?   

– Mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi i wszystko się wyjaśni. Niemniej jednak dla mnie to, z czym obecnie mamy do czynienia, jest niedopuszczalne. Przez pięć lat było tak wiele niedomówień, informacji wypływających z takiego czy innego źródła, i myślę, że najwyższy czas z tym skończyć. Chcę opierać się tylko na faktach. Gdyby nie Zespół Parlamentarny do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M pod kierownictwem Antoniego Macierewicza, to bylibyśmy daleko, daleko w tyle. Dzięki zespołowi wiemy wiele rzeczy, a dodam, że cały czas badania trwają i do publicznej wiadomości są podawane tylko ich wyniki. Natomiast twierdzenie, że odczytano coś nowego, czego wcześniej nie udało się odtworzyć, jest niepoważne. Dopóty dopóki nie będziemy mieć u siebie w Polsce dowodów w postaci wraku samolotu i czarnych skrzynek, które nie wiadomo, w jakim są dziś stanie, i co zawierają, bo każda kopia, jaka dociera do Polski, jest inna od poprzedniej, to kolejne upubliczniane „rewelacje” będą jedynie próbą manipulacji i dolewaniem oliwy do ognia. Podczas wspomnianej przeze mnie wcześniej konferencji redaktor Roth na pytanie, kiedy może dojść do wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy, odpowiedział, że być może w tym 50-leciu, ale na pewno nie za jego życia. To tylko dowodzi, że nie żyjemy w świecie prawdy, tylko w świecie, którym rządzą kłamstwo i manipulacje.           

Komu zależy na tym, aby wprowadzać chaos do spraw związanych z tą wielką narodową tragedią?

– Myślę, że tym wszystkim, którym zależało, aby najważniejsze osoby w państwie zginęły, wśród nich urzędujący prezydent, ministrowie, parlamentarzyści, duchowni, generałowie Wojska Polskiego i wiele innych osób, które znalazły się na pokładzie tupolewa. Zważając na rangę osób, które poniosły śmierć, nigdy dotąd w historii nie doszło do katastrofy o podobnych rozmiarach i znaczeniu. Ten samolot nie miał prawa się rozbić, tymczasem nagle się rozbija i wszyscy giną. Do tego to nieszczęsne lotnisko i ta ziemia, którą nazywamy Golgotą Wschodu, która już raz pochłonęła kwiat polskiej inteligencji, oficerów i żołnierzy, na których dokonano rzezi. Mordu, który wspominając, mówimy, oby nigdy więcej się nie powtórzył w historii. Trudno o tym mówić, ale widać komuś bardzo zależało, aby tych, którzy byli na pokładzie, zgładzić. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś trzeźwo myślący, o zdrowych zmysłach, mógł powziąć taki plan, którego tragiczne efekty do dziś rozpamiętujemy. Jest to szczególnie bolesne zwłaszcza dla nas, rodzin ofiar tej katastrofy. Tam zginął mój mąż, a większość tych, którzy zginęli wraz z nim, znałam osobiście. Pytam, co komu mogli być winni chłopcy z BOR-u, młode dziewczyny stewardesy czy członkowie rodzin katyńskich, którzy przez tyle lat pielęgnowali pamięć o swoich bliskich, w końcu cóż był winny prezydent Kaczyński i jego małżonka czy choćby mój mąż… No, chyba że ich winą było to, że troszczyli się o swoją Ojczyznę, o Polskę, o Polaków, że dbali o należny Polsce wizerunek i pozycję w świecie. Dziś niestety nie widzimy, żeby ktoś o to dbał. Za to jesteśmy świadkami, jak Polska jest ośmieszana, jak przypisuje się nam niepopełnione winy, a osoby odpowiedzialne i powołane do tego nie reagują. Dopiero po interwencji społeczeństwa poszczególni ministrowie, niejako zmuszani, wysyłają noty dyplomatyczne. Tymczasem troska i dbałość o właściwy wizerunek państwa jest obowiązkiem rządzących bez względu na opcję, jaką prezentują.  

Jak rodziny ofiar oceniają współpracę z prokuraturą? Otrzymują Państwo informacje na temat prowadzonego śledztwa?

– Owszem, otrzymujemy listy, zawiadomienia, ale głównie w okresie poprzedzającym kolejne rocznice katastrofy. Przez cały rok nic się nie dzieje, a przed 10 kwietnia prokuratura się uaktywnia. Mój mąż Stanisław Zając był jedną z ostatnich osób, jakie zidentyfikowano, i to na podstawie badań genetycznych, oczywiście pod warunkiem, że takie badania w ogóle były przeprowadzone. Jakiś czas temu otrzymałam zawiadomienie o nowych wynikach badań laboratoryjnych dotyczących mojego męża. Nie wiem, czy badano jakieś nowe próbki, czy może raz jeszcze analizowano te, co poprzednio, czy może z Rosji dotarły nowe dokumenty, bo o tym nas nie informowano. Jako rodziny byliśmy kilka razy przesłuchiwani w ramach realizacji rosyjskiego wniosku o pomoc prawną, natomiast na nasze wnioski, aby przesłuchać Rosjan w trybie pomocy polskim śledczym prowadzącym postępowanie, odpowiedzi nie było. Podobnie jak nie było odpowiedzi na prośby o ekshumacje. Media dziś już nie wracają do bałaganu, który był przy pochówkach naszych bliskich. Przypomnę tylko, że dotyczyło to nawet tych rodzin, które uczestniczyły przy identyfikacji swoich bliskich w Moskwie. Jedynie ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego było tym, nad którym roztoczyliśmy właściwą pieczę, począwszy od momentu jego odnalezienia na pobojowisku w Smoleńsku, i tylko dzięki temu dotarło ono do Polski. Z innymi ciałami było różnie. Przypomnę tylko Zuzannę Kurtykę, która jest lekarzem, zidentyfikowała ciało swojego męża i wyraźnie widziała, że nie było ono poddane sekcji, podczas gdy według dokumentów sekcja została przeprowadzona. To wszystko nie mieści się w głowie i świadczy o błędach już nie tyle Rosjan, których zaniedbania uważam za celowe i świadome, ale także naszych prokuratorów, którzy bazują jedynie na tym, co otrzymają od strony rosyjskiej. Kolejne konferencje organizowane przez prokuraturę, które tak naprawdę nic nowego nie wnoszą do sprawy, w żadnym stopniu nie przybliżają nas do prawdy. Wystawiają natomiast świadectwo naszym śledczym. Każdy, kto myśli logicznie, widzi i słucha tych przekazów, sam może sobie wyrobić zdanie.   

Z obozu rządowego dochodzą głosy, aby nie wykorzystywać rocznicy katastrofy do celów politycznych, ale nic nie mówi się o tym, jak wyglądają kontakty władz z rodzinami, co, jak pamiętamy, szumnie zapowiadał Donald Tusk...

– Nie ma żadnych kontaktów. Jeden, jedyny raz widziałam się z ówczesnym premierem Tuskiem podczas spotkania w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Owszem, czasem jesteśmy zapraszani do Warszawy na uroczystości w ramach obchodów kolejnych rocznic, ale ani ja, ani nikt z mojej rodziny w nich nie uczestniczy, bo grób męża jest w Jaśle. Otrzymałam zawiadomienie o pomniku poświęconym ofiarom, który ma być w Warszawie na zapleczu jednego z budynków. Proszę: nie róbmy pośmiewiska z tak poważnej sprawy. To osoby, które nawet nie znały osobiście ofiar katastrofy smoleńskiej, występują z inicjatywami instalacji tablic, budowy pomników, natomiast organy państwa nie potrafią wznieść się ponad podziałami i godnie uczcić ofiary największej tragedii w powojennej historii Polski. To pokazuje, że wbrew oczekiwaniom obecnych władz udało się w Polsce zbudować jedną wielką rodzinę rodzin zmarłych w wyniku katastrofy smoleńskiej i przyjaciół oraz tych wszystkich, którzy o tych ofiarach pamiętają. My nie damy się podzielić grubymi nićmi szytymi manipulacjami. Nie umiem natomiast zrozumieć obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który nie potrafi uczcić swojego poprzednika. Przecież wystarczy tylko zacząć normalnie, po ludzku myśleć, odsunąć na bok doradców i słuchać głosu swojego serca.    

Jakie są oczekiwania Pani i innych rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej w sprawie śledztwa?

– Oczekujemy, że jeżeli ma się do nas mówić, to niech to wreszcie będzie prawda. Nie chcemy i nie życzymy sobie, żeby używano nas do niejasnej gry, do manipulacji. Oczekujemy, żeby polskie władze dopięły sprawę budowy pomnika na miejscu katastrofy w Smoleńsku. Przecież chodzi tu o upamiętnienie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i sprawa ta w żaden sposób nie wpływa i nie powinna wpływać na stan relacji polsko-rosyjskich. Tymczasem nawet w tej sprawie minister kultury nie potrafi dojść do porozumienia z Rosjanami.

Kiedyś, zaraz na początku, tuż po katastrofie, mówiła Pani, że przedstawiciele państwa polskiego dobrze wypełniali swoje obowiązki. A dzisiaj…?

– Rzeczywiście mogło się wydawać, że polscy lekarze, patomorfolodzy, którzy udali się do Moskwy, aby uczestniczyć we wszystkich procedurach, i kiedy zapewniano nas, że uczestniczą w sekcjach, gdzie każde odnalezione ciało czy też szczątki ciał zostały obejrzane, można było odnieść wrażenie, że wszystko jest w porządku. Dzisiaj tej pewności nie ma, co więcej, wiemy, że mogło być różnie, bo jak inaczej wytłumaczyć pomyłki ciał w trumnach. Dlaczego dzisiaj nie mam odpowiedzi na wnioski, jakie rodziny składają o ekshumacje, widząc, że w dokumentach widnieje inny, nieprawdziwy obraz osoby pochowanej. Tymczasem prokuratura przeprowadziła tylko te ekshumacje, które chciała przeprowadzić.

Dzisiaj część rodzin ofiar tragedii smoleńskiej zaapelowała o powołanie międzynarodowej komisji, która zbadałaby przyczyny katastrofy smoleńskiej…

– Owszem, apelujemy o to właściwie od 10 kwietnia 2010 r., niestety z mizernym skutkiem. Dzisiaj na światło dzienne wychodzą takie fakty, że powołanie międzynarodowej komisji złożonej z niezależnych ekspertów to konieczność. To dziwne, że pomimo iż proponowano polskim władzom powołanie takiego zespołu, te nie wiedzieć czemu z tego zrezygnowały. Pamiętam pierwsze spotkanie rodzin z premierem Tuskiem i słowa, które wówczas wypowiedział, słowa, które wykułam na pamięć jak regułkę: „Nie chciałem, aby sprawa Smoleńska wywołała negatywny tematycznie przełom w stosunkach polsko-rosyjskich”. To wszystko tłumaczy, a mianowicie, że Tuskowi bardziej zależało na poprawnych stosunkach z Putinem (jeżeli to w ogóle możliwe) niż na interesie Rzeczypospolitej. Na pewno nie myślał wówczas o rodzinach, jestem o tym święcie przekonana, co zresztą potwierdziły późniejsze wydarzenia. Tymczasem my, – rodziny, mamy tylko jeden interes, którym jest poznanie prawdy o przyczynach tragedii, w której zginęli nasi bliscy, i potwierdzenie, że w grobach, które odwiedzamy, rzeczywiście spoczywają ciała naszych bliskich.

I to właśnie ta uległość Donalda Tuska, o której Pani wspomniała, zaowocowała takim, a nie innym traktowaniem sprawy katastrofy przez stronę rosyjską...?

– Myślę, że była to kluczowa decyzja, której pochodną są późniejsze wydarzenia. Kiedy spojrzeć z perspektywy czasu, to widać, że osoby, które były blisko sprawy tragedii smoleńskiej, dziś są poza Polską. Donald Tusk odjechał do Brukseli, a jego wierny pretorianin Tomasz Arabski, który był osobą odpowiedzialną za organizację i koordynację lotów ViP-ów, piastuje funkcję ambasadora RP w Hiszpanii. Trudno mi oceniać, czy te kariery są ucieczką od sprawy smoleńskiej, niewykluczone też, że ciężar decyzji, jakie podejmowali w sprawach katastrofy smoleńskiej, nie pozwala tym ludziom dalej żyć na polskiej ziemi…  

Niemiecki dziennikarz śledczy Juergen Roth w swojej książce „Tajne akta S” pisze, że niewykluczone, iż katastrofa smoleńska to nie wypadek, a wynik mordu zaplanowanego i dokonanego przez rosyjskie służby wywiadowcze FSB na zlecenie polskiego polityka…

– Pierwszy raz z redaktorem Rothem zetknęłam się – wprawdzie tylko pośrednio, bo widząc go na ekranie – podczas konferencji naukowej „Społeczeństwo polskie pięć lat po katastrofie smoleńskiej”, jaka niedawno odbyła się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. To, co wówczas mówił, było ze wszech miar wiarygodne zresztą nie tylko dla mnie. Szokująco zabrzmiały zwłaszcza słowa, w których oznajmił, że gdyby opublikował całą wiedzę, jaką posiada, to popełniłby akt samobójstwa… To najlepiej świadczy, jak dużego kalibru jest wiedza, jaką posiadł, i jakie mogą być kulisy tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku w Smoleńsku. Jest to przerażające zwłaszcza dla nas, dla rodzin ofiar katastrofy. Jeżeli bowiem dociera do nas, że ktoś mógł zaplanować likwidację niewinnych osób, to dreszcz przechodzi człowieka, a w głowie rodzi się myśl i pytanie: gdzie my żyjemy…? Przecież to, że z kimś się nie zgadzamy w kwestiach dotyczących polityki, wcale nie musi oznaczać, że mamy go zgładzić. To nie są czasy, kiedy mieczem ścinano politycznych oponentów, i mogłoby się wydawać, że żyjemy w cywilizowanych czasach, tymczasem nic na to nie wskazuje. Biorąc pod uwagę precyzję Niemców, i jeżeli tak doświadczony redaktor, jakim jest Juergen Roth, upublicznia tego typu wiedzę, to myślę, że wie, co robi. Sądzę, że ten wątek i tezy postawione przez niego warto rozważyć i potwierdzić bądź im zaprzeczyć.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki