• Sobota, 9 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Kareny, Beginy

Komu potrzebne są eksperymenty wychowawcze?

Piątek, 3 kwietnia 2015 (05:18)

Z Marzeną Wróbel, posłem na Sejm RP, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jedną ze spełnionych obietnic rządu Ewy Kopacz ma być likwidacja „śmieciowego jedzenia” w szkołach. Póki co nic nie zapowiada tej rewolucji, a chipsy, słodkie napoje i inne niezdrowe przekąski jak były, tak nadal są obecne w szkolnych sklepikach, a mają zniknąć dopiero we wrześniu…

– Rząd PO – PSL jest „wybitny” w składaniu różnych obietnic czy deklaracji, gorzej jest z ich realizacją. Skoro jednak deklaracja z ust premier Kopacz padła, to już coś w tym kierunku powinno być robione przez resort edukacji, tymczasem oprócz słów nic się w tej materii nie dzieje, a przynajmniej nic o tym nie słyszałam. Musi być także rozporządzenie wykonawcze, ale o żadnej propozycji w tej materii nic mi nie wiadomo. To z kolei stawia pod znakiem zapytania, czy rząd jest w stanie zdążyć z realizacją tej zapowiedzi.

Za śmieciowym jedzeniem stoją zagraniczne koncerny. Czy Ewa Kopacz i ta koalicja, która tak naprawdę jest bardzo przychylna zagranicznym firmom, jest w stanie przeciwstawić się tym, którzy wciskają dzieciom śmieciowe jedzenie?

– Premier Kopacz dała słowo, że deklaracje wypełni. Należy zatem pilnować i nieustannie przypominać pani premier o złożonym przyrzeczeniu, żeby szumne zapowiedzi zostały wcielone w życie. 

Jaką rolę spełnia realizowany od 2008 r. Rządowy Program „Bezpieczna i przyjazna szkoła”?

– Tak naprawdę w tym temacie właściwie nic się nie dzieje. Poza propagandowymi nie słyszałam o żadnych realnych działaniach w tym obszarze, co zresztą stwierdziła NIK w raporcie opublikowanym w końcu 2014 r. Niestety wbrew opinii rządzących w szkołach są przypadki przemocy głównie werbalnej choć nie tylko, dlatego konieczne jest przygotowanie rzeczywistych, a nie tylko pozorowanych działań naprawczych, aby eliminować i przeciwdziałać zachowaniom patologicznym. Bezpieczna szkoła, to także szkoła wolna od niezdrowej żywności, dlatego należy uświadamiać społeczeństwo już od najmłodszych lat, że niezdrowa, wysoko przetworzona żywność nie służy zachowaniu dobrej kondycji.

Mamy zatem do czynienia z kolejnymi pozorowanymi działaniami?

– W mojej ocenie tak. Natomiast, jeżeli rząd rzeczywiście chce walczyć o zdrową żywność w szkołach, to powinien przywrócić stołówki we wszystkich szkołach. Te stołówki były masowo likwidowane, zwalniano kucharki, które przygotowywały smaczne, tanie i co ważne – zdrowe jedzenie oparte na polskich dobrych produktach. Teraz mamy różnej maści kateringi czy szkolne sklepiki zarzucane niezdrowymi produktami. Najprostszym i najlepszym rozwiązaniem w mojej ocenie jest przywrócenie stołówek w szkołach i kucharek. Mam podobnie jak wielu Polaków bardzo pozytywne doświadczenia z okresu, kiedy stołówki funkcjonowały w szkołach, a jakość jedzenia podawanego tam była naprawdę bardzo dobra.   

Zdrowe żywienie, a właściwie jego brak, to jednak nie jedyny problem polskich szkół, z którym ten rząd nie potrafi się zmierzyć. Co jeszcze niszczy system edukacji, a o co nie dba koalicja PO – PSL?

– Problemem jest przede wszystkim źle skonstruowane i nieprecyzyjne prawo. Mamy już opinię z Biura Analiz Sejmowych dotyczącą znowelizowanej ustawy o systemie oświaty, która ocenia jednoznacznie, że ustawa ta jest niezrozumiała nawet dla prawników. Ten chaos widać chociażby w numeracji poszczególnych artykułów, nie mówiąc już o samych zapisach. To wskazuje, że absolutnie konieczne jest uporządkowanie zapisów ustawy o systemie oświaty, bo skoro są one niezrozumiałe dla prawników, to cóż powiedzieć o dyrektorach szkół, którzy mają wprowadzać te zapisy w życie.

A może właśnie chodzi o ów chaos i dowolność interpretacji?

– Owszem, to prawda, że w mętnej wodzie łatwiej łowić ryby, natomiast w tym przypadku, w mojej ocenie mamy do czynienia ze zwykłym bałaganiarstwem i zwyczajnie z brakiem profesjonalizmu przygotowujących takie, a nie inne prawo. Może to wskazywać, że albo pracownicy resortu oświaty bardzo dawno pracowali w szkole i sądzą, że już nigdy do zawodu nauczyciela nie powrócą bądź też wcale nie pracowali w szkolnictwie, czego przykładem jest obecna szefowa resortu oświaty minister Joanna Kluzik-Rostkowska. Jednak najważniejsza jest kwestia dotycząca programów szkolnych, a dokładniej rzecz ujmując podstawy programowej w klasach I-III, dotyczy to także obowiązku obniżenia wieku szkolnego. To rodzice, a nie państwo powinni decydować, czy ich dziecko ma rozpocząć naukę w wieku sześciu czy siedmiu lat, a program ma być dostosowany do możliwości psychofizycznych dziecka, ale niestety tak nie jest.

A jeżeli chodzi o szkoły ponadgimnazjalne?

– W szkołach ponadgimnazjalnych sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Mamy do czynienia z tzw. specjalizacją, gdzie po pierwszej klasie uczniowie muszą się ukierunkować bądź to na przedmioty ścisłe bądź na humanistyczne. I pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby w tej drugiej części, której nie wybiorą, otrzymywali rzetelną, uporządkowaną logicznie wiedzę, tak jednak nie jest. W praktyce jest tak, że jeśli ktoś wybiera profil humanistyczny, to z przedmiotów ścisłych otrzymuje w zasadzie jedynie publicystyczne wiadomości. I nawet, przy założeniu, że ta wiedza jest podawana w sposób bardziej uporządkowany, to brakuje czasu na jej utrwalenie. I odwrotnie, jeżeli ktoś wybierze profil związany z tzw. naukami ścisłymi, to ma ograniczone np. nauczanie z historii, a więc z przedmiotu, który kształtuje naszą świadomość narodową, nasze – Polaków poczucie wspólnoty. Jest to w mojej ocenie niezwykle groźne, ponieważ już za kilka lat możemy mieć sytuację, kiedy polska inteligencja, a więc polscy lekarze, inżynierowie, nauczyciele nauk ścisłych nie będą mieli wystarczającej wiedzy z zakresu historii swojej Ojczyzny i Narodu. Ta perspektywa jest niezwykle groźna dla przyszłości naszego państwa. Powinniśmy umacniać nasze więzi narodowe, niestety obecna konstrukcja podstaw programowych może to skutecznie uniemożliwić.

Jaka zatem można zahamować ten szkodliwy proces?        

– W mojej ocenie konieczna jest natychmiastowa zmiana podstawy programowej.

Kolejna sprawa, o której Pani wspomniała, dotyczy obniżenia wieku szkolnego, gdzie rodzice praktycznie nie mają wyboru…

– Dotyczy to dzieci, o czym wspomniałam, ale także szkół, w których zmieniono podstawę programową i moim zdaniem jest to zmiana na gorsze. Również pod względem organizacyjnym szkoły nie dają sobie rady z nadmiarem zadań. Świadczy o tym fakt, że w wielu szkołach nauka odbywa się w systemie zmianowym.

Niewiele mówi się o ideologizacji szkół, tymczasem to też zaczyna być problemem. Jak dużym…?

– Ideologizacja zaczyna wchodzić do szkół, ale niejako tylnymi drzwiami, niczym zza zasłony z mgły. Nikt nie chce się do tego oficjalnie przyznać i w podstawach programowych takich zapisów rzeczywiście nie ma. Natomiast różnego rodzaju edukatorzy wchodzą do polskich szkół od zaplecza, co umożliwiają im nie dość szczelne zapisy np. dotyczące programu wychowawczego. Rady rodziców muszą opiniować wszystkie dokumenty szkolne, stąd apel do rodziców, aby zwracali uwagę na zapisy chociażby związane z programem wychowawczym szkoły i dokładnie analizowali, co tam jest zapisane i co się kryje pod z pozoru niewinnymi sformułowaniami. „Diabeł” jak zwykle tkwi w szczegółach, dlatego trzeba być bardzo czujnym. Mamy też do czynienia z agresywną edukacją seksualną, która wprawdzie do szkół jeszcze oficjalnie nie wchodzi, natomiast tzw. seksedukatorzy różnymi furteczkami wkraczają na grunt szkolny. Sejm odrzucił projekt środowisk lewicowych, które chciały wprowadzić do szkoły edukację seksualną typu B, tzw. biologiczną, która ingeruje w tzw. okres latencji, czyli okres, w którym hormony są wyciszone. Ten czas nazywam „złotym okresem” w życiu dziecka. Jest to moment, kiedy ono poznaje świat, uczy się chodzić, mówić, czytać, rachować, poznaje podstawowe prawa funkcjonujące w naszym świecie i nie interesuje się własną seksualnością. Nie należy w ten okres ingerować, a już na pewno go skracać. Natomiast nowy typ edukacji seksualnej może do tego doprowadzić. Warto też mieć świadomość, że zgodnie z zapisami Konstytucji i zapisami polskiego prawa oświatowego to rodzice decydują o kształcie wychowania swoich dzieci. Rodzice są suwerenem w szkole i dobrze byłoby, aby nie dali sobie tych praw odebrać czy też pozbawić się swojej wiodącej roli w szkole, a tym bardziej żeby rezygnowali ze swoich praw.

Szkoła ma wychowywać, tymczasem…?

– Tymczasem bywa różnie. Jest cała masa dobrych przykładów jak chociażby szkoły katolickie, ale także szkoły publiczne, gdzie placówki oświatowe realizują program, ucząc i wychowując. Problemy mogą się pojawić i są w tych placówkach, gdzie nie ma bezpośredniego kontaktu między uczniami i wychowawcami, nauczycielami.

Z czego to wynika?  

– Barierą w tym kontakcie interpersonalnym są zbyt liczne klasy. Bywa, że nauczyciele dopiero w drugim semestrze są w stanie poznać cały zespół klasowy. Sytuacja jest szczególnie trudna w gimnazjach, gdzie do klas trafiają dzieci wchodzące – w zawsze trudny – okres rozwoju psychofizycznego, okres dorastania i dojrzewania, który ja nazywam okresem burzy i naporu. Nauczyciele zwłaszcza na początku nie znają zespołu klasowego i kiedy pojawiają się problemy wychowawcze wynikające z braku adaptacji, więzi z nauczycielem, to nie są w stanie odpowiednio wcześnie zareagować. Wtedy pojawia się problem narkotyków, przemocy, wielu młodych ludzi odczuwa samotność.

Co, Pani zdaniem, jest panaceum na tego typu problemy wychowawcze?

– W mojej ocenie skutecznym lekarstwem jest tworzenie małych klas, w których nauczyciel dobrze zna każde dziecko, zna jego rodziców, z którymi jest w kontakcie. Trzeba też pamiętać o tym, że zadaniem każdej szkoły jest wychowywanie do tradycyjnych wartości, które już w starożytności jasno określił Platon w triadzie, a mianowicie do prawdy, dobra i piękna. Coraz częściej pojawiają się oceny, że dochodzi do marginalizacji przedmiotów, które budują w młodym człowieku świat wartości. Trzeba się tej narracji stanowczo przeciwstawić. Jeżeli chcemy budować świat przyjazny człowiekowi, to nie wolno rugować wartości ze szkół. Natomiast należy unikać eksperymentów wychowawczych, takich, które w rezultacie mogą się okazać groźne dla naszych dzieci.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki