Pomieszane z poplątanym
Czwartek, 2 kwietnia 2015 (20:45)Nie ulega wątpliwości, że potrzebujemy jasnego systemu dowodzenia na wypadek wojny. Obawiam się jednak, że ustawa o kierowaniu obroną państwa w czasie wojny w żaden sposób tego nie gwarantuje.
Nowa ustawa nie rozwiązuje w sposób jasny pozycji naczelnego dowódcy, który ma dowodzić wojskiem wtedy, kiedy by do wojny doszło. Prawo mówi, że prezydent na wniosek premiera powołuje naczelnego dowódcę wtedy, kiedy zostanie ogłoszony stan wojny. No dobrze, tylko wcześniej nie wiemy, kto będzie pełnił tę funkcję… I nie wie tego żaden z wyższych dowódców, który z nich na wypadek wojny będzie musiał wziąć na siebie odpowiedzialność za obronę państwa.
Nie rozstrzygnięto tego w sposób formalnoprawny, w zamian za co pojawia się nam osoba kandydata na naczelnego dowódcę. Stworzono więc figurę o nieokreślonych kompetencjach i która w ostateczności nie musi być naczelnym dowódcą, bo prezydent w porozumieniu z premierem może wybrać kogoś innego.
Ale żeby nie było nudno, to ten kandydat w warunkach pokoju ma być dopuszczony do pewnych zdarzeń, jakby był już tym naczelnym dowódcą. Będzie więc brał udział w grach strategicznych itd. Zastanawiam się, czy będzie miał dostęp do planów operacyjnych. W najbliższym czasie to sprawdzę…
To nie koniec poplątanych pomysłów. Stworzono jeszcze inną dziwną konstrukcję. W czasie wojny naczelny dowódca ma podlegać prezydentowi. Zadania naczelnego dowódcy będzie określał i zdefiniuje również prezydent. A ponieważ rzecz dotyczy materii wojskowej, to ma prezydentowi pomagać sztab generalny. Skoro instrukcje wojskowe leżą w gestii prezydenta, a sztab generalny ma mu pomagać, to de facto prezydent staje się naczelnym dowódcą! Ustawowy naczelny dowódca staje się więc dowódcą wykonawczym, którego działania i tak są okrojone do pewnego fragmentu.
Wszystko to sprawia, że jest to bardzo dziwna konstrukcja, której - muszę się przyznać - nie potrafię zgłębić...
Prof. Romuald Szeremietiew