Awans wciąż na wyciągnięcie ręki
Poniedziałek, 30 marca 2015 (20:07)Mecz z Irlandią pozostawił w nas sporo niedosytu, ale jednego nie zmienił. Polscy piłkarze pozostali na prowadzeniu w tabeli grupy D eliminacji Euro 2016 i są na dobrej drodze do wywalczenia awansu. Wciąż jednak nic nie jest przesądzone, a w grze o paszporty do Francji pozostały cztery drużyny.
– 11 punktów, pierwsze miejsce. To bardzo dobra pozycja wyjściowa – powiedział po meczu w Dublinie Adam Nawałka, selekcjoner Biało-Czerwonych. Miał rację, bo jego podopieczni utrzymali prowadzenie w tabeli i miano jedynej w grupie niepokonanej drużyny. Z drugiej strony niedzielna potyczka pozostawiła po sobie sporo niedosytu i sporą porcję pytań i wątpliwości.
Reprezentację Polski ostatnio prawie wyłącznie chwaliliśmy. A to za fantastyczne zwycięstwo nad Niemcami, za efektowną grę w zremisowanej potyczce ze Szkocję, pewną wygraną z Gruzją. Na naszych oczach tworzył się i stworzył zespół świadomy swej wartości, podążający do wspólnego celu i dający nadzieję na przyszłość. To się nie zmieniło, tyle że mecz w Dublinie naszym niekoniecznie się udał.
Jeszcze w pierwszej połowie było dobrze. Co prawda można było mieć sporo zastrzeżeń do gry w ofensywie, bo Polacy praktycznie nie stwarzali sytuacji, ale zdobyli gola i prowadzili. Trafił Sławomir Peszko, dla którego był to drugi gol w narodowych barwach. Przy okazji dygresja – stał się tym samym kolejnym zawodnikiem, którego powołanie wywołało spore kontrowersje, a który krytykom odpowiedział na boisku. Poprzednio w ten sam sposób czynili Krzysztof Mączyński, Sebastian Mila i nawet Arkadiusz Milik. Gdy Nawałka ich powoływał, słyszał tu i ówdzie krytykę. Często uzasadnioną. Potem ci piłkarze pokazywali jednak, że selekcjoner ma nosa i potrafi podjąć nie tylko zaskakujące, ale i trafne decyzje.
W niedzielę Peszko był najlepszym spośród Biało-Czerwonych, obok Łukasza Fabiańskiego. Nadawał akcjom ton, był dynamiczny, podejmował ryzyko, przy tym mocno pracując w defensywie. Owszem, i jemu zdarzały się błędy, ale zanotował występ jak najbardziej na plus.
W narodowych barwach nie grał długo, podobnie jak wspomniany Fabiański, który przegrywał rywalizację z Wojciechem Szczęsnym i Arturem Borucem. Kiedy jednak Szczęsny trafił na ławkę Arsenalu Londyn, Nawałka uznał, że trzeba dać szansę jego byłemu koledze klubowemu. I się nie zawiódł. Fabiański może nie miał ogromu pracy, ale imponował spokojem i pewnością siebie. Raz uratował zespół w kapitalny sposób, przy straconym golu nie miał szans. Zasłużył na solidną „czwórkę” z plusem.
Pierwsza połowa niedzielnego meczu wyglądała dobrze, bo Polacy kontrolowali to, co dzieje się na boisku. W dużej mierze brało się to z solidnej postawy obrony, a przynajmniej trzech spośród czterech defensorów. Kamil Glik udowadniał, że Serie A jest najlepszą szkołą, jeśli chodzi o destrukcje. Interweniował pewnie, skutecznie, przy tym, kiedy było trzeba, potrafił sprytnie wymusić na sobie faul. Dobrze partnerował mu Łukasz Szukała, na lewej stronie radził sobie Jakub Wawrzyniak. Odstawał tylko Adam Olkowski. O ile do przerwy rywale tej słabości nie wykorzystywali, o tyle w drugiej połowie prawy sektor boiska zdominowali. Olkowski, najgorszy na boisku, był ogrywany raz za razem.
Słabo wyglądali również nasi środkowi pomocnicy. Nawałka postawił na wariant defensywny, czyli silnych fizycznie Grzegorza Krychowiaka i Tomasza Jodłowca. Zawodnik Sevilli przed meczem się rozchorował, brał antybiotyki i być może dlatego nie specjalnie przypominał siebie z Primera Division. Jodłowiec zaś równał poziomem do Olkowskiego w ilości błędów i niebezpiecznych zagrań.
Szkoda, że Nawałka bał się zaryzykować i nie wpuścił wcześniej na boisko Sebastiana Mili. W drugiej połowie Polacy całkowicie się bowiem cofnęli, skupiając na obronie skromnego prowadzenia. W ofensywie praktycznie nie istnieli, nie oddawali strzałów, a nawet nie przeprowadzali akcji. Robert Lewandowski oddał jeden strzał, Milik żadnego. Brakowało kogoś, kto potrafiłby uspokoić grę, wziąć na siebie jej ciężar, jakimś nieszablonowym podaniem uruchomić napastników. Brakowało Mili. Nasi po przerwie razili brakiem pomysłów, grali wręcz po... wyspiarsku, długimi podaniami, licząc, że piłkę przejmie Lewandowski i coś z nią zrobi. To nie mogło skończyć się dobrze i nie skończyło. W doliczonym czasie gry Irlandczycy wyrównali.
Mecz w Dublinie był najsłabszym występem Polaków w eliminacjach. Ale mimo to zdobyli punkt i zachowali prowadzenie w tabeli grupy D. Euro we Francji wciąż mają na wyciągnięcie ręki. Pamiętajmy, że awans wywalczą po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, a także ekipa z najlepszym bilansem z miejsca trzeciego (pozostałe zmierzą się ze sobą w barażach). Wszystko to powoduje, że podopieczni Nawałki wręcz nie mogą nie wykorzystać swojej szansy. Muszą jednak pozostać czujni, bo w grupie D podobne plany mają jeszcze trzy inne drużyny: Niemcy, Szkocja, a także Irlandia, dla której gol zdobyty w niedzielę miał gigantyczną wartość.
I jeszcze jedno: Polacy w niedzielę nie zagrali dobrze, ale niesamowicie walczyli. To trzeba podkreślić. Kilka lat temu mieliśmy do reprezentantów sporo zastrzeżeń za podejście wolicjonalne, brak serca i zdrowia zostawianego na boisku. W Dublinie dali z siebie wszystko i to każdy. Widać, że ten zespół chce ze sobą grać i lubi to robić. To wartość bezcenna.
Piotr Skrobisz