Prezydent od niczego
Sobota, 28 marca 2015 (14:28)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Rafał Stefaniuk
Tylko Francja i Niemcy zostały zaproszone przez Donalda Tuska na spotkanie w sprawie Grecji. Co to oznacza?
– Zaproszenie to jest odpowiedzią na pytanie, czym jest Unia Europejska. Wspólnota to tylko dwa państwa Niemcy i Francja i to one decydują o tym, co się w Europie dzieje. Przypomnijmy sobie, że w Mińsku Władimir Putin miał po drugiej stronie stołu negocjacyjnego Angelę Merkel i François Hollande'a.
Decyzja Tuska spotkała się z ostrym sprzeciwem Belgii, Holandii i Luksemburga…
– Mniejsze kraje zaczynają sobie uświadamiać, że stały się kwiatkiem do kożucha. Sytuacja ta nie jest dla nich wygodna, więc zaczynają „rozpychać” się we wspólnocie. Tu pojawił się problem dla Donalda Tuska, który musi pogodzić ten fakt ze spłacaniem długów wobec Angeli Merkel.
Tusk nie ma wystarczającej siły?
– Donald Tusk nie ma żadnej siły. Nie ma też polityki czy pomysłu na nią. Jest urzędnikiem technicznym, którego celem jest być. Podstawą do wypłacania jego pensji jest to, że jest. I gdyby spytać jakiegokolwiek polityka, co Tusk zrobił dla Europy, to by mieli poważny problem.
Jest jakiś polityk, który mógłby zwiększyć rolę prezydenta Europy?
– Nie ma takiego, bo urząd ten jest wielkim nieporozumieniem. Zresztą tak jak konstytucja UE, przepychana na siłę, wbrew woli społeczeństwa. Tak więc cała struktura Unii jest jednym wielkim nieporozumieniem.
Po co więc jest urząd Przewodniczącego Rady Europejskiej?
– To jest tak samo potrzebna funkcja jak Wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Przecież Federica Mogherini podczas rozmów z Rosją nie istnieje. Te stanowiska to iluzja. Powstały, aby w zbiurokratyzowanej Unii zapewnić dodatkowe stanowiska. Nie nazwałbym też Tuska i Mogherini politykami. To urzędnicy. Polityk musi mieć charyzmę. Tusk jej nie ma.