Za sterami był doświadczony pilot
Wtorek, 24 marca 2015 (19:27)Nikt nie przeżył katastrofy samolotu, który leciał z Barcelony do Duesseldorfu. Na pokładzie było 144 pasażerów i 6 członków załogi.
Samolot tanich linii lotniczych Germanwings, 24-letni Airbus A320 wystartował o godzinie 9.55. Rozbił się o godz. 11.20 na wysokości ok. 2 tys. metrów n.p.m., w miejscowości Meolans-Revel w Alpach francuskich. Maszyna zniknęła z radarów niedaleko miejscowości Barcelonnette.
Rzecznik linii Germanwings, należących do Lufthansy, Thomas Winkelmann sprecyzował na konferencji prasowej w Kolonii, że samolotem podróżowało prawdopodobnie 67 Niemców. Na pokładzie było dwoje niemowląt, a także 16 niemieckich nastolatków wracających z wymiany z jednym z hiszpańskich liceów.
Wcześniej hiszpańska wicepremier Soraya Sáenz de Santamaria mówiła o 45 „hiszpańskich nazwiskach” na liście pasażerów Airbusa A320, natomiast prezydent Francji François Hollande informował media, że poza Niemcami i Hiszpanami na pokładzie byli „bez wątpienia” Turcy. Według wstępnych przekazanych przez Hollande'a danych wśród ofiar nie ma Francuzów. Zaznaczano, że na liście pasażerów figurowały jedynie nazwiska i daty urodzenia, a kontroli dokumentów nie przeprowadzono, ponieważ lot odbywał się w ramach strefy Schengen.
Przedstawiciel Germanwings podkreślał na konferencji prasowej, że za sterami maszyny siedział doświadczony pilot, który pracował 10 lat dla niemieckiego przewoźnika i miał wylatanych 6 tys. godzin. Poinformował, że samolot kontrolowany był w poniedziałek wieczorem, a ostatni przegląd techniczny przeszedł w 2013 roku. Przedstawiając przebieg katastrofy, Winkelmann wyjaśnił, że samolot osiągnął o godz. 10.45 przewidzianą wysokość 12 tys. metrów, a następnie po upływie jednej minuty zaczął się gwałtownie obniżać – w ciągu 8 minut znalazł się na wysokości 2 tys. metrów. Główny pilot Germanwings Stefan Scheib podkreślił, że pilot airbusa nie zgłosił obniżania lotu.
– Nie wiadomo, dlaczego tego nie zrobił – dodał. Nie wiadomo też, czy wysłał sygnał SOS.
Francuska Dyrekcja Generalna Lotnictwa Cywilnego podała, że załoga samolotu sama nie wysłała sygnału SOS, ale to kontrola powietrzna zdecydowała o ogłoszeniu tzw. fazy niebezpieczeństwa, gdy utracono kontakt z załogą, a samolot rozpoczął zniżanie. Faza niebezpieczeństwa jest trzecim i ostatnim poziomem zagrożenia, służącym do koordynowania akcji ratowniczej, gdy uznaje się, że samolot znalazł się w niebezpieczeństwie. Wcześniej władze lotnicze informowały, że załoga niemieckiej maszyny wysłała sygnał SOS w niecałą godzinę po starcie.
Premier Francji Manuel Valls powiadomił, że w pobliżu trudno dostępnego miejsca katastrofy zdołał wylądować śmigłowiec; ustalono, że nie ma tam żadnych ocalałych ludzi. We wtorek po południu pogoda w miejscu katastrofy uległa pogorszeniu, zaczął padać marznący deszcz. Wcześniej francuski sekretarz stanu ds. transportu Alain Vidalies mówił, że w chwili katastrofy nie panowały „szczególnie złe warunki pogodowe”.
Przedstawiciel władz departamentu Alpes-de-Haute-Provence Gilbert Sauvan przekazał mediom, że szczątki samolotu są rozrzucone w promieniu 100-200 metrów. Według niego największa z części wraku jest wielkości małego samochodu. Sauvan oznajmił, że na miejsce katastrofy nikt nie ma dostępu, ale w okolicy jest ok. 500 strażaków i żandarmów. Według francuskiej policji wydobywanie ciał potrwa zapewne kilka dni.
W związku z katastrofą krótko po przylocie do Paryża król Hiszpanii Filip VI anulował dalszy ciąg trzydniowej wizyty państwowej we Francji.
Prezydent Francji Hollande w rozmowie telefonicznej złożył kondolencje niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, która oświadczyła, że jest wstrząśnięta doniesieniami o wypadku i ogłosiła, że odwołała wtorkowe spotkania. Merkel zapowiedziała, że w środę uda się na miejsce katastrofy. Jeszcze we wtorek mają tam być szefowie resortów spraw zagranicznych i transportu Niemiec, Frank-Walter Steinmeier i Alexander Dobrindt. Hollande wysłał na miejsce ministra spraw wewnętrznych Bernarda Cazeneuve, Hiszpania – wicepremier Sáenz de Santamarię.
Rzecznik polskiego MSZ Marcin Wojciechowski zaznaczył, że polskie służby konsularne – jak zawsze w takich sytuacjach – sprawdzają, czy na pokładzie samolotu nie było Polaków.
To pierwsza katastrofa lotnicza we Francji od wypadku Concorde'a linii Air France, w którym w 2000 roku zginęło 113 osób. Była to też najtragiczniejsza katastrofa lotnicza od 30 lat, gdy we Francji rozbił się samolot Inex Adria i zginęło 180 osób.
RP, PAP