Armia dla mniej wymagających
Poniedziałek, 16 marca 2015 (03:16)Z dr. hab. Pawłem Soroką z Polskiego Lobby Przemysłowego im. E. Kwiatkowskiego rozmawia Rafał Stefaniuk
Bronisław Komorowski stwierdził, że proces podnoszenia wydatków na siły zbrojne przynosi dobre efekty. Podziela Pan opinię prezydenta?
– W porównaniu do innych państw krajów Europy Środkowo-Wschodniej to rzeczywiście wydajemy więcej. Mamy także pewną stabilność dzięki współczynnikowi 1,95 i on teraz zostanie podniesiony do 2,0 proc. PKB. Inną kwestią jest to, jak szybko realizowane są programy modernizacyjne. Otóż opóźnienia dotyczą np. programu Tytan, który jest programem indywidualnego wyposażenia żołnierza. Ciągle czekamy na decyzję o zakupie śmigłowca wielozadaniowego i do dziś przetarg nie został rozstrzygnięty. Przesuwa się w czasie program systemu obrony powietrznej „Tarcza Polski”, a to jest najbardziej strategiczny program. W kontekście tego, co się dzieje teraz na Ukrainie, wszystkie procedury modernizacji armii przebiegają zbyt powolnie.
Wydatki się zwiększają, ale czy korzysta na tym polski przemysł zbrojeniowy?
– Jeżeli chodzi o modernizację wojsk lądowych, to tak. Zakupiono w Stalowej Woli produkowane na licencji brytyjskiej kraby, czyli działa samobieżne. Postępuje także realizacja programu Rosomak. Dotyczy on kołowych transporterów opancerzonych, które są spolonizowaną formą fińskiej patrii, produkowanych w Siemianowicach Śląskich. Jeżeli chodzi o zakup śmigłowców czy realizację programu obrony powietrznej „Wisła”, który tworzą rakiety średniego zasięgu, to jest taka groźba, że one w całości zostaną zrealizowane za granicą, a nasz przemysł nic z tego nie będzie miał.
Mamy dostęp do morza, a nie mamy floty. Dlaczego?
– To jest najbardziej zaniedbany rodzaj sił zbrojnych w Polsce. Cały czas przedłużają się procedury związane z wyborem okrętów podwodnych. Polska ma 4 okręty podwodne z 1967 roku – zmodernizowane kobbeny. Pierwszy nowy okręt na pewno nie trafi do nas zbyt szybko. Problem też mogą stanowić ludzie. Bo okręty podwodne wymagają bardzo wysoce wyspecjalizowanej kadry. Kiedy ministrem obrony był Aleksander Szczygło, a dowódcą marynarki wojennej wiceadmirał Andrzej Karweta, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, to wtedy rozpoczęła się bardzo poważna dyskusja nad przyszłością marynarki i dochodziło do ważnych decyzji. Po ich śmierci rozpoczął się okres zastoju. I dopiero od roku można stwierdzić, że coś się zaczyna zmieniać.
Planujemy kupić 24 pociski Tomahawk.
– Tak. Pociski te byłyby częścią tzw. triady odstraszającej. Zapadła już decyzja o zakupie pocisków Jassm na wyposażenie F-16. Niepokojące w tym jest to, że nie będziemy mieć tzw. kodów źródłowych, które pozostaną w rękach producenta. Sytuacja ta nie daje nam autonomii. Drugą część triady mają stanowić rakiety Homar i ten program został powierzony do realizacji Stalowej Woli. To mają być rakiety ziemia-ziemia o zasięgu 300 km. Projekt ten ma stanowić próbę odbudowy wojsk rakietowych. Wojska te zostały zlikwidowane z chwilą wycofania zestawów poradzieckich – „Toczka” i „Łuna”. Została nam już tylko artyleria rakietowa, a wśród niej nowoczesnym zestawem produkowanym w Stalowej Woli jest langusta. Jest to polonizacja zestawów radzieckich. Są to dużo nowocześniejsze odpowiedniki gradów, czyli tych rakiet, które Rosja wykorzystuje przeciwko Ukrainie. Ostatnim elementem triady mają być rakiety manewrujące, które według planów będą zainstalowane na okrętach podwodnych. Tomahawki mogą być istotną częścią tego systemu. Jest to jednak melodia dalekiej przyszłości.
Nasz przemysł zbrojeniowy odnosi realne korzyści z członkostwa w NATO i Unii Europejskiej?
– Jeżeli chodzi o Unię, to w ramach niej funkcjonuje Europejska Agencja Obrony i ona inicjuje programy międzynarodowe. Niestety tych programów jest niewiele. Polska uczestniczy w kilku, ale one nie dotyczą głównych i dużych systemów uzbrojenia. Korzyści mamy z tego niewielkie. Jeżeli chodzi o NATO, to musieliśmy dostosować się do standardów jakościowych. Dla nas jest to pozytywne, bo wymaga produkowania lepszych produktów. Gdybyśmy nie byli w NATO, to na pewno Amerykanie nie sprzedaliby nam pocisków Jassm dla F-16. Także dzięki Sojuszowi nie ma większej bariery w pozyskiwaniu najnowocześniejszego sprzętu. Natomiast współpraca naszego przemysłu zbrojeniowego z zachodnim jest niewielka. Jeżeli chodzi o nasze zaangażowanie w NATO, to uważam, ze powinno być zdecydowanie większe.
Produkowany w Polsce sprzęt wojskowy cieszy się zainteresowaniem za granicą?
– Tak, ale na mniej wymagających rynkach. Zrealizowaliśmy kontrakty na czołgi PT-91 dla Malezji w liczbie ponad 40 sztuk. Jest zapotrzebowanie na rakiety Grom, które zostały sprzedane do Indonezji. Do kilku krajów sprzedaliśmy radary. To są trzy produkty, które pozwoliły nam wejść na rynek, ale i tak jest bardzo źle z eksportem. Bumar miał być pierwszym ośrodkiem konsolidującym, który miał odnieść sukces, ale nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.