Wieś częścią kampanii
Sobota, 14 marca 2015 (11:39)Z senatorem Jerzym Chróścikowskim, przewodniczącym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, rozmawia Rafał Stefaniuk
W tym tygodniu Bronisław Komorowski odwiedził gospodarstwo rolne i świętował w Koninie Międzynarodowy Dzień Sołtysa. Skąd to nagłe zainteresowanie prezydenta wsią?
– Trudno mi to ocenić inaczej niż to, że zainteresowanie to wynika z prowadzonej kampanii wyborczej. Świętowanie Międzynarodowego Dnia Sołtysa w Koninie zostało zorganizowane przez Ireneusza Niewiarowskiego, który stoi na czele Krajowego Stowarzyszenia Sołtysów, a który jest także senatorem Platformy Obywatelskiej. Ugrupowanie to w pełni poparło kandydaturę Komorowskiego w wyborach prezydenckich. I nagłe zainteresowanie wsią stało się elementem, który ma mu pomóc w ubieganiu się o reelekcję.
Zainteresowanie się protestem rolniczym przez prezydenta byłoby namacalnym dowodem na troskę o dobro wsi?
– Uważam, że już dawno Bronisław Komorowski powinien zainteresować się wsią. Prezydent powinien dbać o to, aby rolnicy nie musieli przebywać w miasteczku. Przecież prezydentowi powinno być szkoda tych ludzi. Powinien dostrzegać ich cierpienia i wyrzeczenia. Bronisław Komorowski mógłby zachęcić premier Kopacz, żeby wreszcie podjęła dialog. Ten dialog, o którym tyle mówi. Rolą prezydenta jest próba rozwiązania problemu. I to jest możliwość na wyrażenie zainteresowania w konkretny sposób, a nie pod publikę. Konin pokazał, że prezydent woli spotykać się na wydarzeniach organizowanych przez Platformę Obywatelską.
Dlaczego toczycie także walkę o przyszłość Lasów Państwowych?
– Rolnicy popierali zbieranie podpisów pod referendum w sprawie przyszłości Lasów Państwowych. We wniosku o referendum jest zapis, który domaga się zakazu sprzedaży ziemi obcokrajowcom. Ten postulat jest wspólny dla rolników i grupy prof. Jana Szyszko. Nie był on jednak wyartykułowany na początku protestu, a dodaliśmy go już w „zielonym miasteczku”.
Nie odnosi Pan Senator wrażenia, że protest rolniczy jest spłycany wyłącznie do kwestii odszkodowań za szkody spowodowane przez dziki?
– To jest celowy zabieg, aby wywołać w społeczeństwie przekonanie, że „te pazerne chłopy szukają okazji do wyciągnięcia kasy”. Wiele osób jest po prostu głuchych na nasze mówienie o rozwiązaniach systemowych. Problem dzików nie stanowi istoty protestów. Uwagę społeczeństwa koncentruje się na nim w celach propagandowych.
Jak teraz wygląda życie w „miasteczku”?
– Dalej stosujemy protest rotacyjny. Rolnicy z różnych województw mają wyznaczone dyżury. Znajduje się w nim od 100 do nawet 190 osób. Wszystko jest uzależnione od tego, jak wielkie jest województwo, które pełni dyżur. Na noc zostaje w nim do 30 osób.
Dochodzą jeszcze do Was głosy poparcia?
– Wspierają nas mieszkańcy Warszawy. Przychodzą, dyskutują… Przedstawiają także swoje problemy. A my im tłumaczymy, że protest jest walką o konsumenta. Walczymy o bezpieczeństwo żywnościowe, o to, żeby była tańsza produkcja. Mówimy także o bezpieczeństwie jakościowym, przecież mamy najlepsze produkty, które możemy przetwarzać. To wszystko wpływa na zadowolenie konsumentów, z których wielu mieszka w miastach.